#EPIZODY: Rak Schrodingera cz. 2/2

12 września 2015

Rak Schrodingera cz. 2/2

Zakończyliśmy na tym, jak wygoniły mnie na korytarz, gdzie dodałem wpis z podziękowaniami i wyjaśnieniem, że prośba o modlitwę nie była żartem.. Przez najbliższy tydzień będę się modlił jeszcze kilka razy, ale sam, bowiem dojdę do wniosku, że lepiej nie przesadzać ze spamowaniem Niebios, żeby nie zostać umieszczonym na liście nawet nie to, że spamerów, co przywódców spamerskich grup zorganizowanych.

Ale na razie stałem na korytarzu czekając, kiedy i czy w ogóle będę mógł wejść na salę do Najmilszej...


Tutaj należy się wyjaśnienie:
W poprzednim wpisie, a później wielokrotnie na Facebooku napisałem, że po operacji Najmilsza leżała na OIOM-ie. To nieprawda. Pomieszczenie nazywało się Salą Wzmożonej Opieki Pooperacyjnej i chociaż wyglądało jak OIOM, całe zalane światłem, oddzielone wielką szybą od pokoju obserwujących wnętrze pielęgniarek, chociaż pacjenci byli poprzypinani do specjalnych łóżek, wielkiej ilości kroplówek, a przede wszystkim Maszyn, Które Robią Pik  - to nie był oddział OIOM.
Dowiedziałem się o tym później, gdy wędrując w poszukiwaniu wózka inwalidzkiego trafiłem na prawdziwy OIOM.
Ale w zasadzie różnic nie ma, oprócz tego, że na drzwiach prawdziwego jest napisane Oddział Intensywnej Opieki Medycznej, a na drzwiach tego, w którym leżała Najmilsza nie jest.
No i tam jest Oddział, a tutaj tylko jedna (podwójna) sala.
W każdym razie nie chciałem wprowadzić w błąd, a już na pewno nie chodziło mi o podniesienie dramatyzmu opowieści - naprawdę wolałbym, żeby ta była dramatyczna jak najmniej.

Po trzech, może trzydziestu minutach Mama Najmilszej wyszła z sali, a z nią pielęgniarka, która kazała nam iść do domu.
- Niech się państwo nie martwią, będziemy pilnie obserwować, nic nie pomożecie, przyjedźcie rano, najlepiej w okolicach dziesiątej - powiedziała, więc pokiwaliśmy głowami, poklepaliśmy się po ramionach "najgorsze za nami, będzie dobrze, będzie dobrze" i ostrożnie przestępując wydeptane przeze mnie wyżłobienie poszliśmy do domu. 
Było po dwudziestej trzeciej.

CZWARTEK

O szóstej rano dochodzę do wniosku, że i tak nie zasnę i że szósta jest wystarczająco blisko dziesiątej, żeby ją można było nazwać "okolicami".
Zabieram telefon Najmilszej, może będzie chciała gdzieś zadzwonić, jadę do szpitala.
I prawidłowo.
- i10, ty wiesz jak tu się strasznie czas dłuży? - mówi na powitanie Najmilsza  - ze sto razy pytałam która godzina, pielęgniarki mają mnie chyba dość. Ile czasu tu jestem?
- No... - końcami palców gładzę jej policzek, chyba mogę to zrobić, przed wejściem na oddział jest dozownik z płynem do dezynfekcji rąk, na wszelki wypadek zdezynfekowałem trzy razy. - ...więc skoro mamy grudzień...
- Co?
- ...dwa tysiące dwudziestego... to będzie jakieś pięć i pół roku.
- A ty przez cały ten czas w jednej koszuli - śmieje się, czyli poczucia humoru jej nie wycięli.
Ale śmiech wywołuje ból, który widzę na jej twarzy.
- Mocno boli?
- Znośnie. Mniej niż poprzednio - znowu się krzywi - ale zapytasz pielęgniarki czy mogą mi coś dać?
Idę zapytać.
Mogą. Przynoszą wiadro z Ketonalem i wieszając je nad łóżkiem Najmilszej proszą, żebym na chwilę wyszedł.
I tak wychodzę i wracam jeszcze kilkakrotnie. W rozmowach Najmilsza czasem mówi niezrozumiałe słowa, to po takiej operacji normalne.
Poza tym budzi się i zasypia co kilkanaście minut.
Pyta o Zmorę, bardzo chciałaby ją zobaczyć, mówię że u rodziców, pyta o Monisię, bardzo chciałaby zadzwonić. Wczoraj nie chciała i nie kazała nic mówić, bo Monisia jest w Warszawie na szkoleniu, a jakby się dowiedziała o problemie to by przyjechała. Najprawdopodobniej tracąc pracę.
Ale teraz Najmilsza chce, więc pokazuję jej telefon, jednak nie pozwalam użyć bez zgody pielęgniarek. Te mówią, żebym zapytał lekarza po obchodzie.
I o dziesiątej wyganiają mnie ostatecznie, bo zaczyna się obchód.

Wygląda jak procesja, uczestniczy w nim ze dwadzieścia osób. Religijną rytualność podkreślają szaty uczestników. Białe kitle, zielone stroje, różowe fartuchy, a na czele kapłan w beżowym garniturze.
Ordynator. Widziałem jak wychodził z pokoju z napisem "Ordynator".
Wiek uczestników procesji różny - szpital ma status akademicki, więc na samym końcu wleką się najmłodsi. Studenci w zwykłych białych kitlach.
Stacja Sala Wzmożonej Opieki Pooperacyjnej jest pierwszą, do której wchodzą, ale oprócz Najmilszej leży tu ponad dziesięć osób, więc obchód wychodzi dopiero koło jedenastej.
Dezynfekuję ręce i wchodzę.
- Co powiedzieli?
- Nie wiem. Prawie nic nie zrozumiałam.
"Lekarze na obchodzie używają żargonu medycznego, żeby pacjent ich nie zrozumiał - myślę - czemu to ma służyć? Oczywiście oprócz tego, że pacjent ich nie rozumie. Dobra, pójdę do lekarza to się dowiem. "
Zmieniam temat:
- Wiesz, że napisałem o wszystkim na Facebooku?
- A po coż?
- Uznałem, że moja modlitwa to mało, chciałem większego zasięgu.
Pokazuję jej wpisy.
Komentarze ją cieszą, dyktuje mi swoją odpowiedź:
"Blwree!**
Bardzo dziękuję za otuchę, wcześniejsze modlitwy i dobre słowa.
Są bardzo miłe, jesteście cudowni.
Nie pamiętam żadnego przystanku, to i10 bredzi...".
...po czym Oddziałowa mnie wygania, na korytarzu dodaję do wpisu zdjęcie i idę porozmawiać z lekarzem.
Od niego dowiaduję się że:
1. Lekarz, który operował (doktor House) ma od dzisiaj urlop, więc go nie ma.
2. Ale nie ma potrzeby, żeby był, bo wszystko przekazał.
3. Guz Najmilszej został usunięty w całości i bez komplikacji. (hura)
4. Pacjentka ma założony dren w celu zmniejszenia ciśnienia płynu mózgowo-rdzeniowego.
5. Być może będzie trzeba założyć zastawkę, to jest taka rurka idąca od głowy do brzucha. Zaszywa się ją pod skórą. (Lipa. Jestem równie pewien tego, że Najmilsza z rurką będzie wyglądać pięknie, co tego, że się z moją opinią całkowicie nie zgodzi. Lepiej, żeby nie było rurki.)
6. To, że pacjentkę boli głowa to normalne, większym powodem do zmartwienia byłby brak bólu.
7. Nie może dostać telefonu, bo na telefonie są bakterie, a w związku z założonym drenem przede wszystkim chcemy uniknąć ryzyka infekcji.
8. Psa też nie może.

Wracam do pacjentki, myję ręce... (dozowniki z płynem do dezynfekcji rąk są umieszczone przy każdej klatce schodowej, przy windach, przed każdą salą, i dodatkowo obok każdego łóżka. Nie od rzeczy będzie wspomnieć, że ten płyn to - sądząc po zapachu i wściekłym pieczeniu drobnego skaleczenia lewej dłoni - wysokoprocentowy alkohol. W żelu. Gdyby tylko się o tym dowiedzieli nasi stokowscy żule...) ... i wchodzę do przedsionka sali.
Na której jedna z Maszyn, Które Robią Pik robi "PIIIIIIIIII...!"
I o ile zwykłe "pik, pik..." jest ciche i irytuje jedynie zmieniająca się wysokość dźwięku (szybsze tętno - dźwięk wyższy), o tyle teraz piszczy jakieś dziesięć razy głośniej.
Nie dziwne - w końcu ktoś umiera.
Wcale nie umiera, po prostu maszyna sąsiadki Najmilszej się zepsuła. Od czasu do czasu przełącza się w tryb alarmu. Co ciekawe - włączenie alarmu w tej jednej maszynie powoduje natychmiastowe przyspieszenie pikania wszystkich pozostałych. Te maszyny muszą się jakoś komunikować.
Pielęgniarka klika w monitor wyłączając wycie, a ja siadam koło Najmilszej i informuję, o czym się dowiedziałem:
1. Operacja się udała, wszystko jest ok.
2. Najmilsza ma założony specjalny dren, przez który do woreczka obok łóżka spływają myśli Najmilszej, żeby ich nie było za dużo. (na razie nie wspominam o zastawce, pewnie nie będzie potrzebna, a po co mam Najmilszą denerwować)
3. Nie można dać telefonu, ja mogę zadzwonić do Monisi, ale lepiej, żeby Najmilsza zrobiła to sama, żeby nie było paniki (Najmilsza się zgadza).
4. Psa lepiej nie przyprowadzać do szpitala, bo się czymś zarazi i zdechnie.

- A tak w ogóle operacja polegała na zamianie twojego mózgu i wsadzeniu go do ciała innej osoby - kończę.
Najmilsza rechocze.
Rechotać może biedactwo tylko gdy wisi nad nią wiaderko z Ketonalem.
A później przyjeżdżają rodzice Najmilszej, a  ponieważ w sali może być tylko jedna osoba odwiedzająca - wychodzę na korytarz.
Tego dnia rozmawiam z Najmilszą jeszcze kilka razy.
W trakcie jednej z rozmów zauważam na wiszącym nad Najmilszą monitorze bardzo wysokie ciśnienie. Sto sześćdziesiąt na sto dwadzieścia, podczas gdy normalne u Najmilszej to sto na sześćdziesiąt. Po prostu ma takie niskie, zawsze miała. Sto dwadzieścia miała zaraz po operacji, a tu sto sześćdziesiąt? Dzieje się coś złego - lecę poinformować pielęgniarkę. Ta przychodzi i rzeczywiście - "za dużo" stwierdza i woła koleżankę. Koleżanka woła lekarza, lekarz każe dać coś na obniżenie ciśnienia, na to wszystko wchodzi oddziałowa, odpina monitor od sąsiadki z łóżka obok i przypina do portów zamontowanych w Najmilszej. Tętno wraca do sto dziesięć na sześćdziesiąt. Lekarz chwilę zastanawia się nad czymś tym razem do powyższenia ciśnienia, ale w końcu macha ręką i wychodzi.
Złącza, jakie zamontowano Najmilszej:
1. klamerka na palcu prawej ręki
2. na obu nogach w okolicach kostek jakieś rurki, chyba wenflony
3. na pewno wenflony w obu zgięciach łokci
4. rurka z nadgarska
5. klemy** na piersiach
6. i na plecach
7. wystająca spod bandaży na głowie rurka do odprowadzania myśli
8. i rurka... o której Najmilsza zabroniła mi opowiadać.
Czyli wyglądała jak Robocop...
- ...albo jak na tych zdjęciach na Facebooku, co jest pod nimi numer konta i jakieś dramatyczne wezwanie do wpłaty - informuję ją.
- O kurwa - skwitowała.

Po czym pielęgniarka prosi wszystkich o wyjście na czas karmienia pacjentów tabletkami.
W czwartek wyganiają mnie ze szpitala o dwudziestej drugiej.

PIĄTEK

A w piątek od szóstej jestem z powrotem.
Najmilsza czuje się lepiej, próbuje podnosić głowę, pomacać się po niej.
Nie pozwalam jej tego robić, w końcu za którymś razem mówię:
- Słonko, a możesz się obejrzeć do tyłu i spojrzeć co jest za tobą?
- No nie.
- A ja mogę. I tu cały czas stoi śmierć z kosą i się na ciebie czai. Na razie się udało, ale bądź uprzejma mu** niczego nie ułatwiać, dobrze?
Najmilsza przestaje się obmacywać i później już tego nie robi.
Do wieczora, bo wieczorem jakaś epidemia urazów mózgu powoduje, że na Sali Wzmożonej Opieki Pooperacyjnej trzeba zwolnić miejsce dla świeżozoperowanych pacjentów i przenieść do normalnych sal osoby w najlepszym stanie.
W tym Najmilszą.
Niby dobrze, że uznają jej stan za najlepszy, ale wolałbym, żeby cały swój pobyt spędziła w najlepiej wyposażonym oddziale pod bacznym okiem siedzących za szybą pielęgniarek.
Bo przede wszystkim odłączają ją od Maszyny Która Robi Pik!
Więc proponuję, że tę maszynę zastąpię, będę całą noc siedział, trzymał Najmilszą za rękę i reagował gdy tylko nastąpi pogorszenie czegokolwiek.
Mogę pikać, ale mam też funkcję "mute".
Nie zgadzają się i koło dwudziestej drugiej każą pójść do domu twierdząc, że poradzą sobie sami.

Na nowej sali Najmilsza będzie mogła mieć rzeczy osobiste, a ponieważ bardzo jej doskwiera nic nie robienie i obserwowanie sufitu - myślę, że to właściwy moment, aby zaczęła naukę gry na instrumencie. Na przykład na puzonie.

SOBOTA

Pytałem i okazuje się, że z puzonu nici, nie wolno.
Bo pytam o wszystko, nawet o to czy mogę Najmilszej dać szklankę wody. Wolę uniknąć sytuacji, w której tutejszy doktor House zamyśli się, spojrzy w dal i powie "a czy pacjentka przypadkiem nie piła wody?"
Poza tym Najmilsza prawie przestała bełkotać. Zdarza się jej tylko zaraz po przebudzeniu, bo jest oszołomiona i małą chwilę trwa zanim zaspany (i pocięty) mózg weźmie rozbieg.
Nowa sala jest ok - vis a vis dziupli pielęgniarek.
Głowa ją boli, ale jakże miałaby nie boleć, to normalne.
Idzie ku dobremu.
Na obchodzie, który dzisiaj był znacznie mniejszy, ale wiadomo - sobota, lekarze sprawdzili wszystkie odruchy i zmysły Najmilszej, ale o smaku jakoś nie pomyśleli.
Całe szczęście, że ja pomyślałem.

PRZEBIEG BADANIA:
W celu przeprowadzenia badania kupiono w markecie kilka owoców i dawano pacjentce do spróbowania, pytając o nazwę.
WYNIKI:
O ile nie miała problemów z rozpoznaniem jabłka, brzoskwini, banana i kiwi, tak przy granacie się zawahała, a kakisharon nie rozpoznała zupełnie!
WNIOSKI:
Mózg Najmilszej został nieodwracalnie uszkodzony!

Do pokoju wraz z Najmilszą trafia pacjentka z sali pooperacyjnej. Babka koło pięćdziesiątki, łysa, opuchnięta jak po walce z Tysonem, pierwsze co zrobiła po obudzeniu po operacji to poprosiła siostry o zapalniczkę, bo ma zamiar zajarać. Z tlenem podłączonym do nosa.
Nazwaliśmy ją TurboHelgą.
Na obchodzie zapowiedzieli, że dzisiaj od biednej głowy Najmilszej będą odłączać dren czyli taki kran z rurkami, przez które do plastikowego worka odprowadzany był nadmiar myśli.
Po odłączeniu myśli Najmilszej powinny się stać normalnie skłębione, pogmatwane i poddane wysokiemu ciśnieniu. Jak to u kobiet.
I tak się dzieje. Po odłączeniu wężyka odprowadzającego myśli, Najmilsza krytykuje mój ubiór od koszuli aż po buty.
Czyli wszystko ok!
Choć myślę, że trochę szkoda, że zaszyli miejsce po wężyku, zamiast zostawić jakieś szybkozłącze...


NIEDZIELA


Rano Najmilsza kichnęła.
Wiem że to brzmi idiotycznie, ale wbrew pozorom kichnięcie po operacji mózgu, gdy głowa nieprzerwanie pulsuje bólem tak, że człowiek non stop wierci się szukając na poduszce pozycji, w której ból minie choćby na małą chwilkę, to nie w kij dmuchał!
W każdym razie kichnęła i nic się nie stało.
Godzinę później przychodzi rehabilitant, żeby zbadać, czy Najmilsza umie chodzić.

PRZEBIEG BADANIA:
Położyć się na boku. Spuścić jedną nogę. Drugą. Usiąść na łóżku. Machamy nogami. Coś się dzieje?
Że głowa boli? Ale inaczej niż przez cały czas?
Nie? To wstajemy. Potupać w miejscu.
To tyle. Po kolacji mąż może panią zaprowadzić na spacer do końca korytarza i z powrotem. Nie mąż? I tak może.

Po kolacji idziemy na spacerze do końca korytarza i z powrotem. Najmilsza czuje się dobrze, więc idziemy jeszcze raz. I ponownie. Po czwartym razie mówię dość, choć ona by jeszcze pochodziła. Ale ja wolę nie przesadzać.
Najlepszym przyjacielem Najmilszej jest od samej operacji worek Ketonalu, po nim, jak mówi "stać ją na wiele".
Ale gdy się skończy głowa znowu zaczyna boleć.
Wszystkie objawy i niedogodności każę zgłaszać lekarzom.
Wszystkie.
- Nawet jak cię oko zaswędzi - powiadam - masz to zgłosić.
Za dużo obejrzałem Dr. House'a, żeby nie wiedzieć do czego może prowadzić powściągliwość w przekazywaniu informacji.
- A co oni wtedy zrobią? - pyta Najmilsza sprawdzając jednocześnie ile metrów uda jej się przejść na rękach.
- No więc widzę to tak...
"Pokój lekarski.
Przy niskim stole na fotelach siedzą: doktor House, Chase, Cameron i Foreman.
House dyskretnie rzuca na ziemię rolkę bandażu i rozwija go laską wokół nóg Foremana. Cameron udaje, że tego nie widzi i podaje Houseowi i pozostałym teczki z dokumentacją:
- Pacjentka lat... osiemnaście. Uskarża się na ból głowy.
- Diagnozowanie różnicowe! - dysponuje House, nie przerywając manewrów z bandażem.
Chase bez otwierania teczki oznajmia:
- To toczeń.
Reszta go ignoruje, więc Chase wzrusza ramionami.
- Wirus Ebola powoduje ból głowy! - stwierdza Foreman.
- Niemożliwe - natychmiast odpowiada Cameron - pacjentka nigdy nie była w delcie Mekongu.
Wszyscy na chwilę nieruchomieją patrząc na Cameron.
Ona wyjmuje z dokumentacji i pokazuje reszcie kartkę, na której jest napis "pacjentka nigdy nie była w delcie Mekongu".
Pozostali ze zrozumieniem kiwają głowami.
- A jak z dietą? - House nadal turlając laską bandaż, w drugą rękę bierze dokumenty.
- Dieta idealna - mówi Cameron. - Układał ją nasz szpitalny dietetyk ponieważ pacjentka przedwczoraj przeszła operację mózgu.
House przy pomocy laski zawiązuje na bandażu kokardkę po czym patrzy w dal.
Nagle na jego twarzy pojawia się wyraz zrozumienia.
- Operację mózgu... To może mieć związek z bólem głowy - mówi - Chodźcie za mną!
Wszyscy wstają i ruszają do drzwi oprócz Foremana, który upada waląc twarzą w stół..."
-... i dlatego masz im wszystko mówić. Sami nie wpadną na to, że cię boli.

PONIEDZIAŁEK

TurboHeldze znudziło się leżenie. Rano chwyciła w garść węże od kroplowek, szarpnęła przyciągając wieszak do łóżka i spojrzała ile zostało do końca. Wynik jej się musiał nie spodobać, bo mruknęła "a pierdolę" i wstała. Zdjęła kroplowki z wieszaka i i przerzuciła je sobie przez ramię. Ponieważ była półnaga - zarzuciła na wszystko koc i oświadczywszy "idę zajarać" - wyszła.
Kawę pije sypiąc połowę szklanki, "bo żaden konował nie będzie mi niczego zabraniać".
Bardzo jej się spieszy do domu. Tak bardzo, że mówi lekarzom, że nic ją nie boli. Dlatego nie dostaje leków przeciwbólowych. Dlatego w nocy płacze z bólu.
Mówię pielęgniarkom jak wygląda sytuacja, coś jej podadzą.

Spacerujemy z Najmilszą po całym szpitalu i wychodzimy na dwór. Jest tu taki mały park, można by rzec wirydaż, z umieszczoną przy wejściu fontanną.
Cały dzień patrzymy na chlapiące się w niej gołębie i TurboHelgę udającą, że nie odgasza w niej żadnych papierosów.
Chwilę z nią rozmawiamy. Okazuje się, że TurboHelga nie zajmuje się zawodowo zbieraniem puszek, jak myśleliśmy, tylko jest główną księgową w wielkiej poznańskiej firmie.
Zaskakujące.
TurboHelga żali nam się też na swoje poprzednie współpacjentki:
- Z panią Najmilszą to się fajnie rozmawia. Poprzednie były w ogóle nie rozmowne! Jedna cały czas spała, a drugą ciągle bolała głowa.
Mówi o kobietach, które leżały z nią na sali pooperacyjnej - czego się spodziewała? Ploteczek?
Patrzę na Najmilszą, ta stara się ukryć rozbawienie.


WTOREK

Rano Najmilsza stwierdziła, że albo ma zwidy, albo personel szpitala oszalał.
- Wyobraź sobie, że przyszli mi zmienić pościel o trzeciej w nocy. O trzeciej w nocy! Kto normalny zmienia pościel o o trzeciej w nocy? Myślałam, że to jakiś napad, bo najpierw celowali mi czymś w głowę, a potem kazali zejść z łóżka i stanąć pod ścianą. I tak stałam wystraszona, a te mi kurczę pościel zmieniają!
Uznałem, że zwidy są objawem niepokojącym, dlatego podpytałem pielęgniarki i okazało się, że Najmilsze mówiła prawdę. Tyle, że nie całą.
Bowiem gdy w środku nocy zaczęła mamrotać przez sen - pielęgniarki przyszły zapytać, czy wszystko w porządku. Najmilsza (prawdopodobnie nadal przez sen) wrzasnęła "WSZYSTKO BRUDNE!" więc najpierw zmierzyły temperaturę (termometrem, który wygląda jak pistolet) i - ponieważ pomiar wyszedł prawidłowy - Oddziałowa kazała zmienić pościel.
Faktycznie była trzecia w nocy.
Na jutrzejszy wypis będę musiał przynieść dla Oddziałowej czekoladki, spoko babka.
Bo jutro wypis!
Tylko najpierw muszą ściągnąć szwy, ale to formalność.


ŚRODA

Siedzimy z Mamą Najmilszej i z Najmilszą, czekamy na pielęgniarkę, która ma zdjąć szwy. Najmilsza nazywa ją Panią Chusteczkową.
Rozmawiamy o pierdołach.

Najmilsza: W lodówce były pomidorki. Są może jeszcze?
Mama Najmilszej: Wyrzuciłam. Kupicie sobie nowe.
Najmilsza: Czemu wyrzuciłaś?
Ja: Myśleliśmy, że ci się nie uda.

Mama Najmilszej patrzy na mnie jak na wariata, ale Najmilsza rży.

Szwy zostają zdjęte o dziewiątej.
Łóżko zabierają po obchodzie, czyli koło jedenastej.
I od jedenastej do prawie osiemnastej czekamy na wypis.
Mógłbym zawieźć Najmilszą i sam czekać, ale kto wiedział?
Nie złościmy się - lekarze nie mają dla nas czasu, bo operują.
W końcu koło osiemnastej dostajemy wypis i jedziemy do domu.
Choroba trwała tydzień.

CZWARTEK
Zmora (która cały czas była pod opieką rodziców Najmilszej) posikała się z radości**, a teraz śpi w nogach (również śpiącej) Najmilszej.
Najgorsze za nami, chociaż to nie koniec naszych zmagań.
W najbliższym czasie będzie trzeba trochę pochodzić do specjalistów, a wyniki histopatologii (czyli badania potwierdzającego, że rozbójnik w głowie Najmilszej nie był złośliwy) będą dopiero we wrześniu. Liczymy... mamy nadzieję... WIEMY, ŻE BĘDĄ OK!
Ale uczciwość nakazuje mi przekazać Wam informację, która zdaniem Najmilszej jest w tym wszystkim najsmutniejsza, można by rzec - tragiczna:
Moja miłość jest wręcz załamana tym... że przez rok nie wolno jej farbować włosów.
Czyli jej mózg powrócił do normalności!


EPILOG:

Tekst napisałem w oparciu o wspomnienia uzupełnione o wpisy, jakie bieżąco można było przeczytać na Facebooku.
Jak już stamtąd wiecie (albo i nie) wynik badania histopatologicznego jest żaden. Ani pozytywny, ani negatywny. Na podstawie dostarczonego materiału niemożliwe było stwierdzenie rodzaju guza. Podejrzenia, jakie mieli lekarze wskazywały na hemangioblastomę**, czyli naczyniaka płodowego. Jeśli tak było, a myślimy, że właśnie tak - ten rodzaj guza jest nowotworem łagodnym, jednak, ku naszemu zmartwieniu występującym w około pięciu procentach przypadków w towarzystwie tak zwanego zespołu Hippel-Lindau. Gdyby tak było - byłoby źle. Zespół Hippel-Lindau objawia się jednak przede wszystkim guzkami na dnie oka i dlatego oczy Najmilszej zostały zbadane i na ich dnie nie ma kompletnie nic**.

Ostatni wpis na Facebooku wygląda tak:

Na wizycie doktor House (wrócił już z urlopu) obejrzał zeszyt z temperaturami, wysłuchał naszych wątpliwości, obejrzał rany, kazał Najmilszej pokiwać głową, dotknąć palcem do nosa, a na koniec podciągnąć koszulę i stanąć przodem do ściany. 
Najmilsza stanęła, a on mówi:
- ...a to jest proszę państwa najważniejsze. Tatuaż fajnie się zagoił i nadal jest zajebisty.

Kolejna wizyta za dziesięć dni, Mam obserwować temperaturę nie niepokojąc się, wszystko gra.

Bo Najmilsza ma cały czas stan podgorączkowy, ale to normalne.
Kolejnym badaniem, na które mamy skierowanie jest badanie genetyczne - to pod koniec września, oraz powtórny rezonans - na początku października.
Mamy nadzieję, wierzymy, WIEMY, że będzie dobrze!
Najmilsza dziękuje wszystkim, którzy trzymali kciuki/modlili się/kierowali ciepłe/dobre/wesołe słowa w jej kierunku.
BARDZO POMOGŁY.





Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX