#EPIZODY: Rak Schrodingera cz.1

29 sierpnia 2015

Rak Schrodingera cz.1

Ostatni wpis na "Epizodach" skończył się, gdy oglądaliśmy szczecińskie pomniki. W kolejnym miałem zdradzić prawdziwy powód wizyty w Szczecinie.
Tak się nie stało.
W środę późnym wieczorem Czytelnicy korzystający z fanpejcza przeczytali te słowa:




"Konkurs?", "Dziwaczna promocja?", "To jest serio?", "Robisz sobie jaja?!" A przede wszystkim "MOŻNA JAKOŚ POMÓC?!" pytali Czytelnicy, a pytania te pozostawały bez odpowiedzi.
Więc większość po prostu spełniła prośbę modląc się, trzymając kciuki, albo też pisząc dobre słowo.

Dziękuję.

To nie był żart.
Owszem, zdaję sobie sprawę, że moje dowcipy bywają głupie, czasami wręcz idiotyczne, ale taki tekst nie miałby w sobie nic zabawnego nawet w mojej - nieco spaczonej - ocenie.
Poprosiłem o modlitwę, bowiem sytuacja wyglądała dokładnie i dosłownie tak, jak ją opisałem we wpisie. Najmilsza przeszła dwie operacje mózgu, a  jej życie... Kurde, nie wyglądało to dobrze.
Ale od początku:


Piątek

Spacerujemy po Szczecinie i oglądamy pomniki, Najmilsza narzeka na ból głowy. Nie jest to ból ciągły. Pojawia się podczas zmian pozycji, na przykład przy schylaniu, albo wstawaniu. Najmilsza czuje wtedy takie jakby uderzenie prądem w potylicę. Nigdy nie kopnął jej prąd, więc nie wiadomo, czy wie, o czym mówi, w każdym razie ból opisuje jako pulsujący.
Narzeka od jakichś dwóch miesięcy, ostatnio bóle się nasiliły.
Była u lekarza - oczywiście, że była!
Zaraz po pojawieniu się bólu lekarz pierwszego kontaktu zdiagnozował u niej lordozę zniesioną, czyli rodzaj skrzywienia kręgosłupa. Powiedział, że cierpi na to połowa populacji. Właściwie to nie powiedział, że cierpi, tylko że ma to połowa populacji, a u niewielkiego procenta, w tym u Najmilszej - skrzywiony kręgosłup uciska nerw, wywołując bóle głowy.
Diagnoza Najmilszą ucieszyła. Mnie podobnie - są dużo gorsze rzeczy powodujące ból głowy niż skrzywienie kręgosłupa.
Leczenie lordozy zniesionej polega na fizjoterapii. Zaraz po diagnozie Najmilsza zapisała się na zabiegi. Niestety trzeba na nie czekać nawet kilka miesięcy, w naszym przypadku dokładnie dwa, więc Najmilsza zapisała się na termin wypadający gdzieś tak w połowie września.

Ponieważ jednak ból głowy stał się dokuczliwy, kilka dni temu - konkretnie w poniedziałek, trzy dni po przyjeździe do Szczecina poszliśmy na fizjoterapię płatną.
Fizjoterapeuta palcami pouciskał łopatki, drewnianą łopatką pouciskał kręgosłup, pokazał mi jak uciskać w przyszłości, jak delikatnie ciągnąć głowę i gdzie są poprzyczepiane mięśnie odpowiedzialne za ból, po czym skasował stówę i życzył zdrowia.
Najmilsza uznała, że czuje się jakby lepiej.
Zabiegi mogły ją zabić. Mieliśmy szczęście, że tak się nie stało.
W ciągu kolejnych dni aż do poniedziałku będę stosując się do rad fizjoterapeuty uciskał, odciągał i masował, za każdym razem będąc o krok od położenia miłości mojego życia trupem.

W każdym razie w piątek spacerujemy oglądając pomniki, co wieczorem opisuję i czekam na niedzielę, żeby dodać wpis.

Sobota
Mieliśmy iść do kina, ale Najmilsza prosi, żebyśmy zostali w domu. Zostajemy i oglądamy telewizję.
Co jakiś czas robię jej masaż i...

Właściwie to jednak muszę opowiedzieć po co tu przyjechaliśmy:
Przyjechaliśmy zrobić tatuaż.
Najmilsza kiedyś zrobiła sobie na środku pleców niewielki celtycki wzór i obecnie wzór ten jej się znudził, postanowiła zrobić cover, czyli przykrycie starego tatuażu nowym. Moje pytania jak człowiekowi może się znudzić coś, czego nigdy nie ogląda pozostawiła bez odpowiedzi, znalazła w Szczecinie salon tatuażu, zapisała się i poprosiła, żebym pojechał z nią - połączymy przyjemne z pożytecznym.
Pożyteczny w tym zestawie miał być tatuaż, a przyjemności zaplanowaliśmy znacznie więcej niż tylko rajd po pomnikach, bo w sobotę i niedzielę poszliśmy na PyroMagic czyli wielki pokaz sztucznych ogni. Miałem o tym zrobić wpis, ale chyba już go nie napiszę.
Poza tym jesteśmy w mieszkaniu moich rodziców, którzy całe wakacje siedzą na działce, albo u mojej siostry w Dziwnowie.
W poniedziałek po PyroMagic byliśmy u fizjoterapeuty, w środę Najmilsza zrobiła tatuaż.
Okazał się nie tyle coverem poprzedniego wzoru, co coverem pleców, coverem osoby Najmilszej.
Skubaniec ma większą powierzchnię niż zostało do sprzedania na Matizie.
Fototapeta, kurde.
Ale bardzo ładna.
O tatuażu też miał być wpis i chyba też już go sobie daruję, powyższy akapit wyczerpuje temat, tatuaż jest wielki, ale bardzo ładny, choć nie zawiera słowa "i10".

W każdym razie w sobotę oglądamy telewizję, ja masuję Najmilszą terapeutycznie i co jakiś czas zgodnie z zaleceniami tatuażystki Asi, wcieram w umieszczoną na plecach Najmilszej fototapetę gojącą maść.
A ją boli głowa.

Niedziela

Dodaję wpis, a później przyjeżdża moja siostra, mają razem pójść połazić po szczecińskich sklepach.
Siostrze tatuaż się podoba, twierdzi, że wcale nie jest taki duży - co ona wie o tatuażach.
Ku zaskoczeniu wszystkich Najmilsza rezygnuje z wyjścia, woli poleżeć w domu.
To zły objaw - proponuję pogotowie, ale nie chce. Mówi, że ból jest mniejszy, niż wczoraj.
- Ale możesz mnie pomasować.
Masuję, później idę po paszteciki, później znowu masuję i tak niedziela mija.

Poniedziałek

Najmilsza prosi, żebyśmy wrócili do domu. Mieliśmy spędzić w Szczecinie dwa tygodnie, ale tutejszy klimat wyraźnie jej nie służy.
Pakuję  rzeczy do oklejonego naklejkami i zaczynającego przypominać wyścigówkę Matiza, po czym koło południa wyjeżdżamy.
Najmilsza przeprasza mnie za zepsucie wyjazdu, ja mówię, żeby się nie przejmowała, było świetnie, poza tym sam chciałem wracać.
- No i przyjechaliśmy tylko zrobić tatuaż, pamiętasz?
Pół tysiąca kilometrów dzielących Szczecin od Łodzi pokonujemy  w dziewięć godzin - w końcu to tylko Matiz - nie prawdziwa wyścigówka. Na jednej z bramek na A2 pani sprzedająca bilety rozpoznaje samochód po naklejkach, i życzy nam szerokiej drogi. Dziękuję i zmykam, bo za mną jest kolejka, a Najmilsza śpi.
Przesypia całą drogę, dojeżdżamy po dwudziestej pierwszej, nawet nie jadę po Zmorę, która ostatni tydzień spędziła u rodziców. 
Szybki masaż, kąpiemy się, idziemy spać.

Wtorek

Rano zapisuję Najmilszą do lekarza, niech ją obejrzy jeszcze raz. Wizyta jest na czternastą.
Najmilsza wstaje przed południem, je jedną kanapkę i więcej nie chce, bo mówi, że ma mdłości. Nie chce pogotowia. I mam na razie nie jechać po psa, po wizycie u lekarza pojedziemy na działkę to go zabierzemy  po drodze.
O czternastej idzie do lekarza.
Ten zapisuje jej środek przeciwko mdłościom, coś na ból  i daje skierowanie do laryngologa.
W domu Najmilsza znajduję w internecie listę laryngologów, dzwoni do nich i zapisuje się na wizytę.
Za dwa tygodnie. 
Potem mówi, że musi się jeszcze zdrzemnąć, bo to jej dobrze zrobi.
Śpi dwie godziny, po czym wstaje i jemy obiad.
A później Najmilsza cały obiad zwraca na podłogę.

I wiecie, aż DO TEGO MOMENTU wierzyłem w pierdoły lekarza.
Lordoza zniesiona może powodować bóle, ich opis w internecie jest nawet podobny do tych, które miała Najmilsza, ale wymiotowanie - to już całkiem inna bajka.
Przelatuję w głowie listę możliwych przyczyn mdłości.
Ciąża - mdłości są rano, a mamy późne popołudnie.
Jedzenie - sam robiłem, nikt nigdy nie rzygał po ziemniakach z jajkiem sadzonym.
Czytanie książki "Osiem" - czytała, ale dawno. 
Uraz mózgu - to niestety pasuje.
- Jedziemy do szpitala - dysponuję.
- i10, nie, muszę się tylko położyć. Jak leżę, jest lepiej.
- Nie dyskutuj słoneczko. Zbieraj się, jedziemy.
- Ale...
- Jedziemy. Coś jest nie tak. Przynajmniej dadzą ci coś na ból głowy.
Ostatnie zdanie ją przekonuje. Jeszcze chwilę marudzi, ale pakuje torebkę i schodzimy do pojazdu.
Szpital mamy dwieście metrów od domu, jednak przekręcając kluczyk przypominam sobie jak parę miesięcy temu naprawiałem instalację u pewnej pielęgniarki i wysłuchałem opowieści o innym szpitalu, w którym - według tej pielęgniarki - jest jeden z najnowocześniejszych oddziałów neurologicznych w Polsce.
"Co to był, kurczę, za szpital?" - zastanawiam się i gdy silnik zaskakuje przypominam sobie:
- Barlicki! Jedziemy do Barlickiego.

Po drodze tłumaczę Najmilszej jak się ma zachowywać po wejściu:
- Narzekaj, jęcz, a najlepiej jakbyś się rozpłakała. Możesz zemdleć, tylko daj jakoś znać kiedy, żebym cię zdążył złapać. Masz mówić, że cię boli cały czas.
- Ale mnie nie boli cały czas, tylko jak się schylam albo prostuję.
- To schylaj się i prostuj, ale masz im powiedzieć, że cię boli. Muszą ci zrobić tomografię.
Tyle wiem z serialu o doktorze Housie. Tomografia wyjaśni wszystko.
Na izbie przyjęć jesteśmy po osiemnastej. Oprócz nas siedzą trzy osoby, wszystkie jęczą z bólu, więc szeptem każę Najmilszej robić to głośniej od nich. Nie chce jęczeć ani głośniej ani wcale, kładzie się na ławkę i próbuje ułożyć głowę na torebce.
Podchodzę do rejestracji:
- Moja...
"Jak ją nazwać? Dziewczyna? Żona? Dojdą, że nie żona, a dziewczyna brzmi za mało oficjalnie." 
-... partnerka od dwóch miesięcy cierpi na ból głowy, dzisiaj zaczęła wymiotować...
Przed nosem dostrzegam kartkę "Czas oczekiwania na wizytę może wynosić 3-5 godzin. Nie dotyczy sytuacji zagrożenia życia".
-... i zdecydowanie to jest sytuacja zagrożenia życia.
- Nie jesteśmy SOR-em... - odpowiada pielęgniarka, a ja zastanawiam się, co to u licha jest SOR - ...ale proszę poczekać, zobaczymy, co powie lekarz. Teraz jest zajęty.

Jest zajęty jeszcze godzinę.
Zza zamkniętych drzwi słyszę, jak kłóci się się z jakimś pijakiem, który koniecznie chce zapalić papierosa. Mam ochotę wejść, wyciągnąć pijaka za kołnierz i wyrzucić przed wejście, żeby tam sobie zapalił a później, jak dla mnie, może nawet wyciągnąć kopyta, nie obchodzi mnie to. 
Nie wchodzę, zamiast tego głaszczę Najmilszą, która położyła głowę na moich kolanach.
W końcu głos pijaka niknie w jakimś dalekim korytarzu, lekarz wychodzi do nas, pyta, co się stało, prosi, żeby poczekać i zaprasza do środka jęczącego faceta z wydziabanym okiem.
Po kolejnych kilkunastu minutach przychodzi pielęgniarka i podaje do wypełnienia dokumenty.
Imię: Najmilsza, dalej nazwisko, PESEL, adres, telefon kontaktowy - tu wpisuję swój.
Ciężkie choroby - nie, HIV- nie, ciepłe kraje - nie. zapalenia wątroby - nie, żółtaczka - nie, tatuaże - tak. W rubryce "Kiedy?" wpisuję "Tydzień temu".
Biorę kolejną kartkę  i wypełniam dokument upoważniający mnie do "otrzymywania informacji o stanie zdrowia i udzielonych świadczeniach medycznych, a także uzyskiwania kopii dokumentacji medycznej również w przypadku śmierci".
Śmierci, ja pierdolę. Nie będzie żadnej śmierci, boli ją głowa, bo ma skrzywienie kręgosłupa.
Daję Najmilszej do podpisania. Podpisuje bez czytania i dobrze, po co ma się stresować.
Oddaję dokumenty do okienka, a pielęgniarka zaprasza Najmilszą na oddział.
- Tylko pacjentka - mówi, gdy próbuję wleźć razem z nimi.
To siadam koło gościa z dziwnie skręconą nogą i wspólnie wpatrujemy się w zawieszony nad rejestracją ekran.
Może po dwudziestu minutach odbieram telefon.
- Jadę na tomografię. Wejdziesz po moje rzeczy? Jestem tuż za drzwiami.
Wchodzę. Najmilsza jest przebrana w półprzeźroczysty zielony papier.
Odbieram torebkę i głaszczę ją po ręce.
- No widzisz, zrobią tomografię. Super. Skończyło się wróżenie z fusów, czas na medycynę.
Pojawiają się pielęgniarki, stają po obu stronach łóżka i w ich towarzystwie Najmilsza znika za wahadłowymi wrotami prowadzącymi do szpitalnego wnętrza.
Wracam na poczekalnię, ale nie potrafię spokojnie czekać siedząc. Wychodzę przed izbę przyjęć i zaczynam nabijać kilometry. Cztery kroki w prawo, zaglądamy do środka, cztery kroki w lewo, cztery kroki w prawo, zaglądamy do środka, cztery kroki w lewo...
Przed dwudziestą drugą zauważam lekarza, który badał Najmilszą, zaglądam do poczekalni, a on gestem pokazuje, żebym wszedł do rejestracji.
Za wahadłowymi drzwiami na łóżku leży Najmilsza, nadal owinięta w zieloną bibułę. Uśmiecha się do mnie i macha pokazując owiniętą wokół dłoni opaskę.
- Zostaję w szpitalu. Dawaj telefon, muszę zadzwonić do mamy.
Wokół niej krzątają się pielęgniarki. przypinając, podłączając, poprawiając i okrywając.
Oddaję jej torebkę i idę do lekarza, który czeka na mnie w głębi rejestracji.
- Partnerka ma wodogłowie... - mówi.
"Wodogłowie? Czy tego nie mają dzieci?"
-. ...wywołane przez guza mózgu - kończy.
"Guza mózgu? KURWA, GUZA MÓZGU?! Myśmy przyjechali po coś na ból głowy! Może się pomylili? Nie, no nie powiedziałby mi, jakby nie miał pewności"
- Guza mózgu się leczy - informuję go.
"Proszę, gościu, błagam, kiwnij głową, że guza mózgu się leczy i że zamierzacie to leczenie zacząć już teraz. Jakaś operacja? Jakaś chemia? NO KIWNIJ, KURWA, TĄ GŁOWĄ!!!"
- W tej chwili ciśnienie płynu mózgowego jest za duże, prawdopodobnie będzie wymagało operacji. Więcej powie panu specjalista neurolog. Zabieramy pana partnerkę na oddział.
Wracam do Najmilszej na miękkich nogach.
Byle się nie rozpłakać.
- Zostajesz na oddziale - uśmiecham się i całuję ją w czoło - wyleczą ci główkę.
Ale znamy się nie od dzisiaj. Najmilsza widzi na dnie moich oczu przerażenie.
- i10 - pyta cicho - jest bardzo źle?
- Coś ty - głaszczę ją po policzku - szału co prawda nie ma, ale będzie dobrze. 
Coś jej jednak muszę powiedzieć:
- Masz wodogłowie.
- Wodogłowie?! - dziwi się - Jak to? Będę miała łeb jak bania?!
- To u dzieci - uspokajam - u dorosłych... właściwie... to... połowa populacji ma wodogłowie. Niedobrze jest nie mieć.  
Teraz muszę użyć tonu wykładowcy, robię to:
- Z tym się żyje, ale u niektórych, na przykład u ciebie, ciśnienie płynu mózgowego robi się tak wielkie, że wymaga operacji. Będzie dobrze.

Pielęgniarki zabierają dokumenty i ciągną łóżko. Mówią, że mogę iść z nimi.
Ogromne drzwi otwierają się przed naszą czwórką i we wtorek osiemnastego sierpnia, kilka minut przed północą, wielki ciemny szpital imienia Barlickiego nas połyka.


Środa

Zapisywanie, wypełnianie dokumentów kończy się niecałą godzinę później, tuż po północy. 
Pojawia się nowa pielęgniarka.
- O, jaka ładna dziewczyna! - śmieje się. - A co to dolega? - zwraca się do koleżanek.
- Sama zobacz - jedna z nich podaje teczkę z dokumentami. 
Pielęgniarka zagląda i przestaje się śmiać. No, kurde głupi by się zorientował, że nie jest wesoło, a Najmilsza głupia nie jest. 
- i10 - ciągnie mnie za ramię - co ja je tak smucę?
- Jesteś ładnie umalowana, więc ci zazdroszczą. 
- Nie pierdol, tylko mów, dobrze? 
Rozmowę przerywa przybycie pielęgniarki instruującej nas, że Najmilszej nie wolno schodzić z łóżka.
- A za potrzebą?
Pielęgniarka pokazuje mi skąd mam w razie czego wziąć plastikowy basen. Jednorazowe wkłady wyglądają zupełnie jak pojemniki na chińskie żarcie w jednej z chińskich restauracji na Widzewie. Obiecuję sobie nigdy więcej nie odwiedzać tego lokalu.
Po instruktarzu pielęgniarka wygania mnie do domu.
- Dzisiaj i tak doktora już nie będzie, niech pan przyjedzie rano.
- Racja i10 - nieoczekiwanie popiera ją Najmilsza - jedź do domu, i zajedź uspokoić moich rodziców bo panikują. Powiedz, żeby tu nie przyjeżdżali. Ja sobie poradzę.
To jadę. Po drodze do rodziców Najmilszej ryczę.
"Ale będzie dobrze..." - myślę i ocieram oczy - "...PRZECIEŻ MUSI!"
Rodzice Najmilszej otwierają mi drzwi, światła pozapalane, widać, że czekali, siadamy.
Zmora, która zwykła ujadać i podskakiwać mi aż do ramion nawet gdy wracałem z piwnicy, tym razem po tygodniowej przecież nieobecności zwija się cicho na moich kolanach.
Głaszcząc ją przekazuję złe wieści.
I wtedy dzwoni telefon.
- i10 - Najmilsza płacze w telefon - przyjedź szybko, mam guza! Będą mnie zaraz operować i obetną mi włoosy!
Żeby oddać prawdę muszę napisać, że płakać zaczęła dopiero mówiąc o włosach.
Więc odstawiam psa, obiecuję rodzicom Najmilszej, że będę informować cokolwiek by się działo i wracam. Mama Najmilszej chce jechać ze mną, ale mówię, że nie ma potrzeby i że nie mam czasu czekać.
Środek nocy, więc trafiam tylko na jedno czerwone światło. Nie zatrzymuję się.
W szpitalu jestem piętnaście minut później. Jeszcze nie ma pierwszej.
Najmilsza jest popodłączana do kroplówek i przebrana w prześcieradło.
- Obetną mi włosy! - informuje mnie - To straszne!
"Włosy? Dziewczyno, masz guza mózgu!" - myślę, ale potakuję, że tak, brak włosów jest pewną niedogodnością.
- Odrosną - pocieszam i idę porozmawiać z lekarzem.
Lekarz okazuje się w porządku. Tłumaczy mi wszystko tak, żebym zrozumiał, nie niecierpliwi się, jest pełen empatii i osobistego zaangażowania.
Niezwykłe.
- Pani Najmilsza ma guza zlokalizowanego w móżdżku... - mówi zdrobniale - ... czyli w tylnej części mózgu.
A nie, jednak to nie było zdrobnienie.
- Guz zablokował przepływ płynu mózgowego, co doprowadziło do ostrej postaci wodogłowia i częściowego wklinowania...
Chłonę informacje starając się znaleźć coś optymistycznego.
- ...więc pierwszą rzeczą, którą będziemy musieli zrobić jest odbarczenie mózgu.
- Zmniejszenie ciśnienia?
- Dokładnie.
- Kiedy?
- Za kilka minut, właśnie przygotowujemy salę operacyjną.
- A kiedy usuniecie guza?
- Jak najszybciej. Dren, który założymy dzisiaj, jest nieobojętny dla zdrowia. Guza planujemy usunąć w piątek.
"W piątek Najmilsza wyzdrowieje" - myślę.
- Bo za jedną operacją się nie da? - pytam.
- Nie - lekarz patrzy na mnie. - Wie pan, to będzie skomplikowana operacja, guz nie jest duży, ale otorbienie wykształcił spore.
Nie pytam jak spore, za kilka dni obejrzę zdjęcia i dowiem się że jest wielkości jajka.
- To jeszcze jedno, ona kilka lat temu miała usuwany wyrostek - mówię. - I anestezjolog źle ją uśpił. Po podaniu leków zwiotczających jeszcze przez kilkanaście sekund była przytomna, a już nie mogła sama oddychać, więc rozumie pan, miała wrażenie, że się dusi.
- W naszym szpitalu?
- Nie... chyba nie.
- Dobrze, przekażę anestezjologowi, żeby zwrócił uwagę.
- Dziękuję panie doktorze - ściskam go za ramię - dziękuję bardzo.
Odchodzi, a ja wracam do Najmilszej.
Nad nią już pochyla się pielęgniarka z maszynką do golenia. Widzę, że im nie idzie, już raz Najmilszą zacięła, więc mówię:
- Może ja? - i wskazuję na swój łysy łeb - Mam doświadczenie.
Pielęgniarka oddaje mi maszynkę, w kilka minut przerabiam Najmilszą na Sigourney Weaver z trzeciej części Obcego.
- Ładnie ci! - stwierdzam - powinnaś się tak obcinać!
Ale chociaż mówię całkiem serio, ona się krzywi.
Dobrze, że myśli o włosach.
W czasie obcinania pielęgniarki przynoszą do podpisania dokumenty zgody na operację. Najmilsza podpisuje i prosi żeby się upewnić, że zasnęła zanim dostanie coś, po czym się przestaje oddychać.
- Nie martw się, właśnie o tym rozmawiałem z lekarzem.
Po chwili pielęgniarki odblokowują hamulce jej łóżka.
- Jedziemy na blok - informują - buziak i lecimy.
Całuję Najmilszą w czoło.
- Będę czekał Ripley. Jakbyś spotkała tam obcego, to go wykończ.
Ona rechocze, Jezu jak szkoda, że nie mogę się z nią zamienić miejscami.
Tym razem mogę je odprowadzić tylko do windy. Wjazd na blok jest zabroniony.
Gdy odjeżdżają, dzwonię do rodziców Najmilszej, przekazuję im, co mi powiedział lekarz, po czym zaczynam nabijać kilometry na korytarzu.
Z oddziału co jakiś czas dobiegają mnie krzyki pijanego z izby przyjęć, widocznie trafił na ten sam oddział. Co kilka minut krzyczy "ratunku".
Czy ktoś nie mógłby go uśpić? Albo wyrzucić przez okno?
Po godzinie wrzasków pijak zmienia taktykę i zamiast jednostajnego "ratunku" zaczyna krzyczeć "raaa-tunku" w sposób zalotny.
Idiota, ale udaje mu się mnie na sekundę rozweselić.

W końcu przestaje krzyczeć, pewnie zasnął.
Po niecałych dwóch godzinach pielęgniarka przychodzi mnie zawołać, żebym wszedł na salę pooperacyjną powiedzieć Najmilszej dobranoc.
- Wszystko jest w porządku, operacja się udała - mówi. - Ale proszę długo nie siedzieć.
Sala pooperacyjna wypełniona jest Maszynami, Które Robią Pik. Do ostatniej, ustawionej pod oknem, podłączono Najmilszą. 
Jest przytomna i lekko oszołomiona. Ze ślicznej łysej główki wystają jej przewody, z rąk wystają jej przewody, z nóg wystają jej przewody, do klatki i do pleców ma poprzylepiane specjalne klemy. I większość kabli kończy się w Maszynie, Która Robi Pik.
Wyświetlacz pokazuje ciśnienie 110/50 - jak na Najmilszą ciut za wysokie, ale w normie.
- Hej, skarbie - wyszczerzam zęby - podobała się operacja?
- Dobrze mnie uśpili. Nic nie pamiętam. - mruczy.
I już pielęgniarka każe mi wyjść. Nie wiem, czy mogę Najmilszą pocałować, jestem siedliskiem zarazków, więc tylko ściskam rękę i wychodzę.

Znajduję doktora.
- Operacja się udała. Pani Najmilsza jest w zadziwiająco dobrym stanie jak na to stadium zaawansowania. No ale więcej będziemy mogli powiedzieć rano.
Dzwonię do rodziców Najmilszej, przekazuję im dobre informacje - operacja się udała, kolejna w piątek, też się uda, Najmilsza jest w zadziwiająco dobrym stanie, wszystko będzie ok.
Po czym jadę do domu się przebrać - nie będę dłużej ganiał po szpitalu w dziurawych jeansach.
O szóstej rano jestem z powrotem.
Kilka razy pozwalają mi wejść do Najmilszej, ale tylko na parę minut, resztę czasu spędzam na korytarzu nabijając kilometry.
W końcu, po obchodzie idę do lekarza. Jest już inny niż w nocy, ale równie dobrze zorientowany.
- Stan pacjentki dobry, operacja dzisiaj o trzynastej.
- Miała być w piątek.
Lekarz patrzy na puste łóżko, które o ile pamiętam wczoraj nie było puste. 
- Zwolnił nam się termin - wyjaśnia, a ja postanawiam nie dowiadywać się, w jaki sposób zwalniają się terminy zaplanowanych operacji. - Lepiej operować dzisiaj.
Wiara w lekarzy doprowadziła nas do miejsca, w którym teraz jesteśmy. A jak on mówi, że lepiej dzisiaj to chyba tak jest?
Idę powiedzieć Najmilszej, że operacja została przeniesiona i w pokoju natrafiam na Mamę Najmilszej, która przyjechała i na wieść o zmianie terminu natychmiast zaczyna rozpaczać...
(Właściwie to nie będę kontynuował tematu rozpaczania, bo matki są od tego, żeby rozpaczać, a jak się komuś nie podoba, to może ich nie słuchać i wyjść. Mi się nie podobało to wyszedłem na korytarz.)
Przed trzynastą udaje mi się wejść do pooperacyjnej jeszcze ze dwa razy.
Za drugim razem przypomina mi się, że Najmilsza miała smarować swój nowy tatuaż specjalnym środkiem, mam go ze sobą, pytam pielęgniarki czy mogę użyć. Nie mają nic przeciwko.
Ponieważ tatuaż nieco się łuszczy, a za chwilę Najmilsza będzie miała otwieraną czaszkę -wyobrażam sobie, jak na odsłoniętym mózgu lądują płatki skóry tylko dlatego, że jakiś debil nie powiedział chirurgowi, że pacjentka była niedawno tatuowana. 
Idę pogadać z lekarzem. 
Pielęgniarki mówią mi, kto będzie operował - ponoć wybitny neurochirurg, idę do pokoju lekarskiego.
- Panie doktorze, ja w sprawie pacjentki Najmilszej, ona ma być operowana o trzynastej.
- O trzynastej albo nie o trzynastej, wie pan, to nie jest PKP, musimy poczekać aż się skończy wcześniejsza operacja.
- Tak, tak, wiem, ja nie w tej sprawie. Widzi pan, ona miała tydzień temu robiony tatuaż i skóra jej się trochę łuszczy, wolałem powiedzieć.
- A gdzie jej ten tatuaż zrobili?
- W Szczecinie.
- Ale na głowie?
- Nie. Na plecach.
- A to w ogóle nie przeszkadza, niech pan będzie spokojny.
Spokojny to może nie, ale spokojniejszy wracam na salę, do Najmilszej.
Po chwili doktor przychodzi za mną.
- To pani ma ten tatuaż?
- Ja - odpowiada Najmilsza.
- Pani pokaże.
Najmilsza ciągnie rurki odwracając się na bok i odsłania plecy.
- Zajebisty - stwierdza doktor.
- Dziękuję. To pan mi będzie majstrował w głowie?
- Ja. 
- No to wszystko będzie dobrze. - Najmilsza uśmiecha się do wszystkich i na jedną chwilę całą salę Intensywnej Opieki Pooperacyjnej  oświetla promyczek słońca**
Po wyjściu lekarza Najmilsza prosi bym usiadł:
- Pamiętasz jak mi mówiłeś o co chodzi z tym całym kotem Schrodingera, a ja nic nie rozumiałam.
- Pamiętam.
- No więc teraz miałam raka Schrodingera, dobrze mówię?
- Co?
- No dopóki nie sprawdziłam, jednocześnie miałam raka i nie miałam. Ale po sprawdzeniu, czyli po otwarciu pudełka, okazuje się że miałam. Czyli, w przypadku kota, kot nie żyje.
- Moment. Czyli kot żyje, wynik jest dodatni.
- Aha, to muszę się jeszcze zastanowić... - chwyta mnie za rękę -  wytłumaczysz mi po operacji?
- No pewnie. Nawet ci to rozrysuję.
Potem Najmilsza pyta mnie o widok za oknem, bo sama się nie może podnieść, a ja udaję, że sprawdzam i mówię, że za oknem pada śnieg i ludzie jeżdżą na sankach.
Śmieje się, przecież widzi fragment drzewa.

Zabierają ją o czternastej.
I co muszę podkreślić - była bardzo dzielna!
Wiedziała, że może nie być kolorowo. Że niekolorowość jest wręcz bardzo prawdopodobna. A mimo to uśmiechała się i pocieszała Mamę Najmilszej mówiąc, żeby nie płakała i wszystko będzie ok.
Wystraszyła się tylko troszkę podpisując kolejne dokumenty do operacji.
Tak przy okazji: WSZYSTKIE te dokumenty mają dowodzić, że pacjent jest świadomy różnych zagrożeń. Zaręczam, że Najmilsza nie była świadoma ani jednej z rzeczy, które musiała podpisać, bo nie była w stanie tego przeczytać. Jedyne co zauważyła, to podkreślone słowa "ryzyko", "śmierć" oraz "zgon".
No więc odrobinkę się wystraszyła, ale machnęła ręką stawiając zawijas w miejscu na podpis, a następnie daliśmy sobie buziaka i Najmilsza z obstawą zniknęła w windzie.
Wracam do nabijania kilometrów w korytarzu.
Człowiek w takich chwilach jest bezsilny, może tylko czekać.
I modlić się.
No więc zaczynam się modlić i zastanawiać, co więcej mogę zrobić?
Nic. Nawet moje modlitwy są jakieś nie teges, bo nie chodzę do kościoła. Wierzę w Boga, ale jakoś z kościołem mi nie po drodze.
Modlę się, ale Bozia mnie nie wysłucha. "Teraz się modlisz? A co wcześniej?" - powie.
"Mam przecież Czytelników - myślę - niektórzy z nich muszą być bardziej religijni ode mnie! Zasypanie Bozi prośbami może pomóc!"
Wtedy właśnie piszę na fanpejczu prośbę wspomnianą na samym początku i wracam do trzymetrowej wędrówki w lewo i w prawo.
I w prawo i w lewo.
I w prawo i w lewo.
Po siedmiu godzinach i kilkuset kilometrach, gdy moje stopy wytarły w kamiennej posadzce korytarza spore wyżłobienie, widzę, jak pielęgniarki ciągną przez korytarz łóżko Najmilszej i ustawiają się przed windą.
Na widok mojej żebrzącej o dobrą informację gęby uśmiechają się pokazując wysunięte w górę kciuki.
Opieram głowę o szybę i znowu czuję płynące łzy. 

Po chwili winda z pielęgniarkami wraca, tym razem na łóżku leży Najmilsza.
Ma jeszcze więcej kabli, jest cała w bandażach i dygocze.
Padaczka?
Pielęgniarki pozwalają mi wejść do sali "dosłownie na minutę".
Najmilszej  trzęsie się każda część ciała.
- Nie padaczka - tłumaczy pielęgniarka. - To efekt narkozy i zimna. Jest wychłodzona.
Najmilsza widzi mnie i zaczyna opowiadać coś o "ptaszkach" i "wiciu gniazda na przystanku".
Uszkodzili jej mózg!
Ale po chwili łapie kontakt z rzeczywistością i pyta, czy operacja się udała. 
Pielęgniarka sprawdza odruchy, pyta o dzień, datę, imię.

Rozdygotana Najmilsza udziela prawidłowych odpowiedzi. Jest na przemian przytomna i oszołomiona. Zasypia na kilka sekund, budzi się, znowu zasypia.

Inne pielęgniarki przynoszą więcej koców, pomagam nakryć Najmilszą, która w tym czasie znów kilka razy traci kontakt. Opowiada coś o swoim makijażu. W końcu dochodzi do wniosku, że mam jej go poprawić.

- Ty mnie umaluj i10 - prosi.

- Jutro skarbie, jutro cię umaluję, na razie jesteś w szpitalu na oddziale na którym nie wolno się malować.

- W szpitalu? Nie chcę. Robię kawę i wychodzimy - próbuje się podnieść.

Przytrzymuję ją i przytulam. Będę ją kochał nawet jeśli jest szurnięta.
W końcu pielęgniarka prosi, żebym wyszedł. Jeszcze matka chce wejść - tłumaczy. 
Wychodzę i na korytarzu dodaję na fanpejcz drugi wpis. 




JEST DOBRZE.
W kolejnym tekście opiszę powrót do zdrowia.
Myślę, że wpis będzie bardziej optymistyczny.








Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX