#EPIZODY: O sześciu milimetrach trwogi

8 sierpnia 2015

O sześciu milimetrach trwogi

Moi rodzice mają kuchnię, a w tej kuchni wnękę, która z racji umiejscowienia nad kuchenką gazową, nie daje się pomalować.

Ilekroć jestem w Szczecinie i wchodzę do rodziców - tyle razy wnęka na mnie patrzy z pełnym pęknięć i odłażącej farby wyrzutem.
I za każdym razem ją maluję.


Próbowałem wszystkiego: farby olejnej, farby akrylowej, farby wysokotemperaturowej, takiej do poręczy, do klatek schodowych, do malowania pasów na jezdni i do "wewnętrznego pokrycia zbiorników paliwowych". Wszystko złaziło, więc przy którejś wizycie, za radą zaprzyjaźnionego budowlańca zastosowałem mieszaninę emulsji zewnętrznej i twarogu - też nie pomogło, jedynym atutem był unoszący się przez kilka tygodni zapach krowy. Choć było to było atutem według mnie i mojej mamy - nie przypadło jednak do gustu ojcu, który za wiejskimi klimatami nie przepada.
W każdym razie emulsja serowa też spadła - przy kolejnej wizycie położyłem gładź - spadła, później beton, ten spadając potłukł nietłukące żaroodporne naczynie, nieszczęśliwie zawierające kotlety, na które ojciec podobno miał chęć.
Warto zaznaczyć, że wnęka nie jest wykonana z amelinium, tylko normalnie, jak całe osiedle Słoneczne z betonu.
Ostatni raz, gdy byłem jakieś pół roku temu, zastosowałem specjalne tworzywo - efekty zastosowania tworzywa przedstawia poniższe zdjęcie:





Tym razem uznałem, że wnęka jest niemalowalna, co nie oznaczało jednak wcale mojego poddania, co to to nie!


Postanowiłem ten kawałek ściany OBUDOWAĆ!
 
Ale nie kafelkami. Umiejętność kładzenia kafelków jest tą, której - co z całą stanowczością i smutkiem muszę zaznaczyć -  nie posiadam. Położyłem kafelki dwa razy w życiu - w tym raz przyklejając do nich odzież i - co może wydać się zaskakujące - był to drugi raz, bo za pierwszym były to kafelki wokół omawianej przez cały czas wnęki. Tylko dlatego, że rzecz działa się u moich rodziców - właściciele mnie nie zamordowali. (Ale gdy mnie nie ma zasłaniają ten fragment ściany azbestowym kocem w indiańskie wzorki, co odkryłem przyjeżdżając dwa lata temu bez zapowiedzi.)
Nie umiem kłaść glazury, pogodziłem się z tym. 
Więc czym postanowiłem zabudować wnękę? "Wstawię tam deskę" - pomyślałem - "albo jakąś płytę".
I z tym oto postanowieniem udałem się do Castoramy, do której jest blisko, bowiem osiedle Słoneczne mieści się na obrzeżach miasta i są na nim WSZYSTKIE duże markety, no może oprócz Ikei.

W Castoramie czuję się jak u siebie... w Castoramie, wszystkie sklepy tej sieci są takie same, całkiem jak McDonaldsy.
Bardzo słusznie - dzięki temu człowiek nie błądzi i nie musi się zastanawiać czy bardziej lubi Cheesburgera czy McRoyala z serem i czy stoiska z deskami należy szukać na Ogrodzie, Budowlance, czy raczej na Wyposażeniu Łazienek.
Jedyną różnicą między Castoramą łódzką, a tutejszą, jest obsługa, która w Szczecinie jest bardziej wyluzowana.
Luz wynosi plus minus trzy milimetry czyli w sumie ponad pół centymetra i jest zdecydowanie za duży.
Ale do rzeczy:

Płytę mogłem kupić cienką lub grubą, co miało swoje wady i zalety:
Cienka nie wystawałaby za listwę wykańczającą kafelki, a gruba by wystawała. Z kolej w grubą można by było wkręcić jakieś wieszaczki do suszenia dajmy na to grzybów halucynogennych, a w cienkiej takie mocowanie by się nie trzymało, chyba, żeby te grzybki wieszać pojedynczo.


Sprawdziłem kryterium cenowe. Okazało się, że cieńsza płyta będzie kosztowała pięć złotych, a grubsza - o połowę mniej. (Nielogiczność cennika związana była z dużymi napisami "Promocja" oraz "Resztki".)
"Siedem pięćdziesiąt?!" - postanowiłem kupić obie płyty, a zastanowienie się nad sposobem wykorzystania zalet i jednoczesnym uniknięciu wad każdego z rozwiązań odłożyłem na później
- Stolarzu, utnijcie mi dwie białe płyty o takich oto wymiarach - podałem karteczkę. - Jedną cienką, drugą grubą.
Przycięcie i wypisanie kwitu zajęło może trzy minuty.  

Podziękowałem, i już szedłem do kasy, gdy coś mnie tknęło, żeby je  nie tyle zmierzyć, co złożyć razem.
Nie były równe.
Wróciłem do punktu przycinania.
- Stolarzu, nie są równe, o! - pokazałem, że nie są równe. - Utnij równe, albo cię każę oćwiczyć.
Pracownik sprawdził, podrapał się po głowie, zmierzył, wziął ode mnie karteczkę,  zrobił ponurą minę i zabrawszy jedną z płyt (grubszą) poszedł poprawić.
Po przyniesieniu zgadzała się po szerokości, ale po długości nadal była dwa milimetry za szeroka.
Przynieśli ją we dwóch.
- Lepiej się nie da... - powiedział ten drugi.
- ...bo piła tnie z dokładnością do trzech milimetrów... - na co  pierwszy pracownik uzupełnił:
- i to plus minus!
- Nawet w instrukcji piły jest.
Myślałem, że sobie robią jaja.
- Robicie sobie jaja?
Nie robili.
- Nie. We wszystkich Castoramach tak jest - stwierdził pierwszy.
- I w ogóle we wszystkich sklepach - dodał drugi.
- Nie da się dokładniej - to już powiedzieli jednym głosem.

Gdybym nie machnął na ich gadanie ręką i nie poszedł do kasy, być może dowiedziałbym się, że NIE ISTNIEJĄ piły tnące z większą dokładnością niż "plus minus trzy milimetry".
Mój dziadek miał kiedyś wielką napędzaną wielkim gumowym pasem krajzegę. Średnica tarczy wynosiła jakiś metr, ustrojstwo było osadzone w wielkim drewnianym stole i pamiętam, że jak trzeba było pociąć dziesięć metrów topoli na zimę to dziadek wyciągał całość ze stodoły, stawiał na środku podwórka, pięć metrów dalej zaciągał traktorem wielki trójfazowy silnik na płozach, łączył to wszytko pasem napędowym i ciął. 
I ta wielka rozchybotana krajzega cięła z dokładnością do dwóch milimetrów (plus minus jeden), ale służyła do CIĘCIA OPAŁU, a nie do zamaskowania niemożliwej do pomalowania wnęki w mieszkaniu moich rodziców!
Trzy milimetrowa niezgodność może nie przeszkadzać przy zbijaniu na jeziorze tymczasowego pomostu wędkarskiego, podczas budowania stacji na drogę krzyżową, albo mocowaniu podpórki pod gałąź jabłoni jak obrodzi.
Jeśli akurat ktoś nie buduje takiego pomostu czy krzyża i nie obrodziło - półcentymetrowa niedokładność jest czymś w rodzaju  "dla ułatwienia obliczeń przyjmijmy, że wartość pi wynosi dziesięć" i skorzystanie przez tego kogoś z Castoramy - przynajmniej tej na Słonecznym, może spowodować, że a to szafka się nie będzie domykać, a to półka gdzieś nie wejdzie, a to że ostatecznie wieko nie będzie pasować do trumny. I co z tego, że pomierzone było dobrze?
Ale ja akurat chciałem tylko zamaskować wnękę, machnąłem więc na ich gadanie ręką i kupiłem jedną z tych płyt - tę cieńszą, której wymiar się nie zgadzał tylko o milimetr.
Po lekkim puknięciu szafek płyta rzeczywiście  weszła. 

I się trzyma.
Rodzice - pełni wiary w umiejętności potomka nie założyli się czy spadnie.
Założyli się, czy spadając trafi w zupę, czy w drugie danie.
(Ojciec był zdania, że na pewno w drugie, bo mama zupy gotuje na palnikach z przodu. Mama oświadczyła, że w zupę i powołała się na ten sam argument - że to ONA gotuje.)

W każdym razie maskownica wisi, oto dowód:




Ale nie przyjechałem do Szczecina w sprawie wnęki. 
Co mnie tu sprowadziło? - o tym w kolejnym tekście, może nawet już jutro, zatem - jak mawia Mama Najmilszej - wszystkie ręce na pulsie!






Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX