#EPIZODY: Tytuł wymyśli się później - część 1.

1 lipca 2015

Tytuł wymyśli się później - część 1.

Prawdopodobieństwo uderzenia Jowisza w Ziemię wynosi... bardzo niewiele, podobnie jak prawdopodobieństwo uderzenia San Marino na Kanadę lub uderzenie tsunami w Sieradz. Nadal jednak prawdopodobieństwo jest większe, niż to, że trzy osoby...

...zagadają na facebooku do siebie "Ej, a może napiszemy razem jakiś tekst?". 
To się jednak wydarzyło naprawdę. Nagato, i10 i Sawoniuk wpadli jednocześnie na ten sam pomysł**.
- Ale jak? Nie widzieliśmy się, prawie w ogóle się nie znamy (przynajmniej nie na tyle żeby pisać na pierwszej randce), nasze partnerki nie dziergały nawet razem swetrów - napisał i10.
- Niech każdy po kolei dopisuje kilka zdań. Powstanie logiczna, spójna historia - zaproponował Nagato.
- Muszę położyć dzieciaki - doprecyzował Therion i projekt można było uznać za gotowy.


Tak powstała grupa o roboczej nazwie NASA10. Już po dwóch pierwszych akapitach stało się jasne, że ideę spójnego opowiadania, zastąpił typowo polski pomysł "Dopisz coś do tego cwaniaczku." Pojawiły się pierwsze groźby: "Jak mi zostawisz nagiego bohatera w środku nalotu dywanowego na Laponię, to ci przeniosę historię na dwór Jana Kazimierza z dopiskiem - właśnie umierałem na syfilis...". Jeżeli zatem czytając dojdziecie do wniosku, że w tekście dominuje chaos, złośliwość i brak jakiejkolwiek głębszej koncepcji, to znaczy że doskonale odbieracie to, co towarzyszyło nam podczas pisania. Mamy nadzieję, że będziecie się bawić równie dobrze, jak my. W komentarzach oczywiście możecie wyrażać opinię, żebyśmy się ogarnęli i zaczęli pisać coś, co się trzyma kupy, lub żebyśmy się nie ogarniali i byli wobec siebie bezlitośni. Możecie też próbować zgadnąć, które fragmenty przez kogo są pisane**. Przed Wami część pierwsza... Gdybyście po przeczytaniu mieli niedosyt, to dokładnie ten sam tekst można jeszcze raz przeczytać  na:




NAGATO.PL

KOMARYRYPIA.PL





"Tytuł wymyśli się później" - część 1.


Czasem zdarza mi się jeździć samochodem po Polsce. 

Ot - trochę pojeżdżę, a trochę postoję w kłębach dymu spod maski, przy czym proporcje jazdy do postoju - mam wrażenie - ustalane są za pomocą zwykłej, dwudziestościennej kostki do gry w RPG-i przez jakiegoś szeregowego urzędasa w miejscu, gdzie generalnie zarządza się Ziemią. Niektórzy mówią, że to kwatera Boga w Niebie, a niektórzy, że Najdoskonalszy Durszlak Latającego Potwora Spaghetti. Grunt, że często wyrzucają niekorzystne dla mnie wyniki i stoję. Czasem jednak jadę. Czasem, kiedy już jadę, zdarza mi się zabierać po drodze autostopowiczów. Najczęściej młode kobiety z bladą twarzą, w nocy, spod cmentarza spowitego takim dymem - ni to mgła, ni to oddech zombie, którzy zawsze ukradkiem patrzą zza krzyża spode łba. No ok, różnych mi się zdarza zabierać nieszczęśliwców i tak naprawdę rzadko spod cmentarza, bo autostopowicze głupi nie są i umieją przekalkulować swoje szanse podwózki z sąsiedztwa nekropolii. W każdym razie bez względu na to kogo zabieram, zawsze mam wrażenie, że wydarzy się któraś z urban legends. 


Ale się nie wydarza. Dłuższy czas nie mogłem dojść czemu. W końcu postanowiłem porozmawiać o tym ze znajomymi. Pięciu z nich stwierdziło, że cierpię na urojenia paranoidalne i powinienem zrobić badania u psychologa. Szósty zaś, Zbyszek, odstawił piwo, podrapał się po głowie i oznajmił:

- Urban legends nie przydarzają się kierowcom Matizów.
- A ta historia o wyciąganiu TIR-a z zaspy?
- A tak... rzeczywiście...
Po czym pochyliliśmy się nad głównym powodem naszego spotkania - planami magazynów broni chemicznej pod Radomskiem. Musicie bowiem wiedzieć o mnie jedno...

To było dokładnie cztery, a może szesnaście i pół roku temu, nie jestem pewien. Miałem wówczas ciekawą, choć słabo płatną pracę. Przykręcałem kapsle od frugo i projektowałem promy kosmiczne dla NASA, a w wolnych chwilach pisałem projekty ustaw.  Kiedy stworzona przeze mnie w weekend ordynacja podatkowa przeszła przez sejmowe głosowanie bez jednej poprawki, pan Hędzimir oznajmił, że moje szkolenie dobiegło końca. 
- Twoje szkolenie dobiegło końca - oznajmił pan Hędzimir.
- Wiem - odparłem - narrator wspomniał o tym dwie linijki wyżej.
- To ty jesteś narratorem, ciołku! A teraz się skup! Powieżam ci misję, niebezpieczną misję...
- Czy "powieżam" nie powinno być przez "rz"?
- Nie przerywaj mi do cholery! Powierzam ci niebezpieczną misję, a zależeć będzie od niej los całego wszechświata. Tu masz instrukcje - pan Hędzimir wręczył mi segregator w różowe kucyki - zapoznaj się z nimi uważnie. Najpierw jednak wybierz sobie pojazd, który od tej pory stanie się twoim mobilnym domem. 

Pan Hędzimir otworzył bramę hali garażowej. Minąłem dwa lamborghini, caracala, jumbo-jeta, atomowy okręt podwodny, chwilę zastanawiałem się nad wypasionym modelem campera z Beyonce w zwiewnym fartuszku w pakiecie, ale moją uwagę przykuła pozornie niepozorna maszyna stojąca na lewarku, tuż pod ścianą z napisem: "środki III klasy toksyczności". Samochód zachęcająco kusił zielenią. Widząc, że tracę zainteresowanie camperem, Beyonce zrobiła zatroskaną minę i powolutku schyliła się, aby poprawić wiązanie koturna. Jeśli jej fartuszek miał coś zasłaniać, to ni cholery mu to nie wychodziło. Podszedłem bliżej, musiałem dotknąć tych bajecznych kształtów. Taaak, małe, zielone auto spełniało moje oczekiwania.  
- Dobry wybór - pan Hędzimir chrząknął, a następnie dwie minuty próbował zatrzymać nagły atak kaszlu. Kiedy się uspokoił, wręczył mi mapę województwa łódzkiego. 
- Praca nie jest może tak pasjonująca jak przykręcanie nakrętek, ale czasami będziesz mógł na trasie wyrywać fajne autostopowiczki. Na przykład spod cmentarzy. 
Przytaknąłem bez przekonania i otworzyłem segregator. Pierwsze zadanie wyglądało na łatwe - Radomsko. Teraz musiałem tylko zwołać naszą drużynę czyli Siedmiu Wspaniałych. Fakt, iż pięciu z nich żyło jedynie w mojej wyobraźni, nie umniejszało jej teamworkowej siły.  

Chyba każdy już się domyśla kim jestem, więc nie ma sensu abym dalej ukrywał swoją tożsamość. Nazywam się... Zresztą to nieistotne, bo w zasadzie co jedenaście godzin nazywam się inaczej. Specjalnie zintegrowane z Matizem Commodore 64 losuje za pomocą skomplikowanego algorytmu typu "ping pong" nowe nazwisko, a podłączona do niego drukarka igłowa drukuje nowe dokumenty. Przyznaję, że nie jest to idealny system, bo dane losują się bez polskich znaków, przez co potrafię się nazywać Bo?ydar Ma#lanka, a papiery z igłówki w niczym nie przypominają oryginalnych, ale na szczęście w Polsce taka ordynarna podróba przechodzi bez cienia podejrzenia, tylko niewinni muszą się tłumaczyć. 

Zatem wziąłem plany magazynów broni chemicznej i bez zbędnej zwłoki (oraz bez zbędnych zwłok) ruszyłem w kierunku Radomska, gdzie punktualnie o 16:42 miałem wyrzucić plany do kosza przy przystanku Krasickiego/Poprzeczna. Był tylko jeden problem. Na 15:30 miałem umówioną wizytę u kardiologa (wolałem się zbadać, po tym jak pan Hędzimir krzyczał do mnie na szkoleniu "Nie masz serca!") w Łodzi. Stanąłem wobec decyzji, czy czekać kolejne siedem miesięcy na miejsce w kolejce do specjalisty, czy też ryzykować losy świata, nie utylizując punktualnie planów... 


Ale żeby dobrze zrozumieć sytuację, w jakiej się znalazłem musimy cofnąć się nieco wcześniej: 


"Był tylko jeden problem. Na 15:30 miałem umówioną wizytę u kardiologa..."

Nie, nie. Dużo wcześniej:

"W rozpaloną ognistą kulę płynnej skały uderza meteoryt wyrywając z niej miliony ton płonącej magmy. Ta wirując wpada  na orbitę..."

Nie aż tak wcześnie.

Musimy cofnąć się do dnia moich narodzin...

Ech, jak wtedy było zimno. Moja mama wraz z ojczymem, nie byli w stanie znaleźć żadnej miejscówki. Mimo zaawansowanej ciąży, nigdzie nie chcieli jej przyjąć. W rejonowym szpitalu ordynator rozłożył bezradnie ręce:
- Przepraszam, ale nie mamy miejsc. Limit z NFZ się wyczerpał i nie poradzę. Ale …prywatnie możemy porozmawiać.
Ojczym się wkurzył. Powiedział mamie, że zabierze ją do powiatowego. Po drodze zatrzymali się w jakimś obskurnym zajeździe. Pech chciał, że trafili na kompletny sajgon! W pobliskim gospodarstwie wybuchł pożar i rolnicy przyprowadzili część swojej trzody na podwórze, żeby się stwory nie rozbiegły po okolicy. I właśnie wtedy zaczęły się skurcze. Wkurzony ojczym dzwoni do mojego, wpływowego ponoć, taty, który poza tym, że uwiódł mamę, nigdy się w jej życiu nie pojawiał. Mówi, mu jak się sprawy mają i żeby może ruszył tyłek i trochę pomógł, bo dziecko zrobić łatwo, ale z wzięciem odpowiedzialności jest jakby gorzej. Zagroził mu testami DNA i alimentami, no i tata zmiękł. Coś tam mruknął i powiedział, że spoko, że się nie przecież wypiera i że zaraz prześle im jakieś wsparcie.
Tym „wsparciem” okazała się cholerna kometa!

Łapiecie klimat? Dookoła masakryczny syf, mama krzyczy bo jej odeszły wody, przez podwórze przewalają się jakieś owce i inne krowy, ludzie biegają w panice nie wiedząc co robić, zimno w cholerę, a ten, kurdę, kometę przysyła. To że się urodziłem zakrawa niemal na cud. Ale spoko - 10 w skali Apgar. A to nie koniec. Ledwo mama ochłonęła, a tu jej się do pokoju pakuje trójka bliskowschodnich emigrantów z ofertą „ziakupu po okazijniej cienie” jakiegoś podejrzanego ziela, dragów i monet nieokreślonego pochodzenia. Ojczym wyrzucił ich na pysk, ale ogólny rejwach sprawił, że zacząłem płakać. Na to wpada jakiś strasznie zirytowany dresiarz z piętra i mówi, że albo zamkniemy wszyscy ryje, albo urządzi rzeź i nie będzie pytał kto winien, kto nie. Sami rozumiecie, że w takich warunkach…

...moja babcia - sprzątająca trzy razy w tygodniu biura KC w Łodzi, źle zrozumiała przez telefon pytanie od samego sekretarza, pragnącego się dowiedzieć, czy zna jakiś sposób żeby wywabić mające ze trzydzieści lat plamy na fotelach wymontowanych z promu kosmicznego w Omsku i przesłane do jego biura jako meble użytkowe. Babcia w tym hałasie usłyszała, że ma za trzydzieści lat dostarczyć plany magazynów broni chemicznej w Radomsku, więc odpowiedziała zdziwiona że tak, tak, załatwi to. Po piętnastu minutach zorientowała się, że mogła coś poplątać, więc zadzwoniła do KC, żeby wyjaśnić sprawę. W międzyczasie jednak zmienił się sekretarz, który nie chciał zaczynać swojej kariery od demaskowania jego niewiedzy, więc na pytanie babci, czy dobrze zrozumiała instrukcje, odpowiedział że to tajne, ale skoro taki dostała rozkaz, to oczywiście ma go wykonać. Dlatego trzydzieści lat później nachylałem się ze Zbyszkiem nad planami, które miały być wyrzucone do kosza już kilka lat temu, ale w ostatniej chwili odwołano rozkaz. Wizytę u kardiologa też...

Rozdział drugi (nie żeby cały, początek...)


Tymczasem gdy lotniskowiec USS Obama otrzymał trzecie trafienie - jego dowódca generał War Looser wiedział, że jedyne co pozostaje, to wydać rozkaz opuszczenia okrętu. Żołnierze byli zbyt zmęczeni, żeby nieść go dłużej na wyprostowanych rękach, a poza tym ostatnie trafienie zaczynało grozić przełamaniem lotniskowca na pół. Looser spojrzał na swojego zastępcę, ten pokiwał smętnie głową:
- Nigdy nie doniesiemy go do morza.
Plan wydobycia okrętu z portu jakiejś afrykańskiej zapomnianej przez Boga zatoki w celu przeniesienia go przez pustynię i wrzucenia do Morza Śródziemnego był dobry i mógł zaskoczyć przeciwnika. Looser nie wziął jednak pod uwagę, że przeciwnik ma samoloty. Krążyły one teraz nad nimi jak sępy i tylko obsługa działek przeciwlotniczych znajdująca się nadal na okręcie, utrzymywała je w bezpiecznej odległości.
Niestety, co kilka dni któremuś udawało się przedrzeć...





Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX