#EPIZODY: Tytuł wymyśli się później - cz.2

Tytuł wymyśli się później - cz.2

Jak zapewne wszyscy (a przynajmniej wszyscy pozbawieni problemów z lukami w pamięci) pamiętają - trzy osoby: Nagato, Therion i ja piszą jeden tekst.
Po jednym akapicie.
Pierwszy odcinek był... jaki był, nie mówmy o nim, za to drugi... jest poniżej!
Miłej lektury!

-------------------------


Plan wydobycia okrętu z portu jakiejś afrykańskiej zapomnianej przez Boga zatoki w celu przeniesienia go przez pustynię i wrzucenia do Morza Śródziemnego był dobry i mógł zaskoczyć przeciwnika. Looser nie wziął jednak pod uwagę, że przeciwnik ma samoloty. Krążyły one teraz nad nimi jak sępy i tylko obsługa działek przeciwlotniczych znajdująca się nadal na okręcie, utrzymywała je w bezpiecznej odległości.
Niestety, co kilka dni któremuś udawało się przedrzeć i wtedy zaczynało się piekło. Z otwartych luków na okręt spadały tysiące ulotek z reklamą nowych planów taryfowych. Kolejne walające się po pokładzie masy kolorowych karteczek groziły pęknięciem poszycia. Po kolejnym nalocie War Looser wiedział, że jego zastępca miał rację. Musiał wydać rozkaz:
 Wystarczy. Odstawcie ten cholerny złom – USS Obama z hukiem wylądował na piasku. Generał przypuszczał, że senacka komisja znowu oskarży go o utratę trzeciego z kolei, flagowca US Navy, ale miał to gdzieś. Był generałem, a nie admirałem, więc chyba było jasne, że się, kurna, nie będzie znał na dowodzeniu okrętami. Chociaż z drugiej strony robił postępy. W przeciwieństwie do pierwszego lotniskowca, USS Monica Lewinsky, który rozbił gdzieś w Alpach oraz drugiego, USS Leslie Nielsen, który wpadł do jakiegoś syberyjskiego wulkanu, Obamę przynajmniej dało się zlokalizować. Ale kit z tym. War Looser miał na głowie poważniejsze problemy niż zniszczone okręty. Po pierwsze musiał odpowiedzieć sobie na pytanie co tutaj robi. Nie, że na pustyni, bo to akurat wiedział, tylko co robi w opowieści. Po drugie, czy pomimo braku lotniskowca, nadal powinien próbować dotrzeć do Radomska, gdzie czekali na niego: Kierowca Matiza, jego pięciu wyimaginowanych przyjaciół oraz pan Zbyszek. 
I wreszcie po trzecie... 

...co jeszcze można dodać do przepisu na idealny dip, nad którym pracował od miesięcy? Zaczął podpytywać żołnierzy o ich ulubione, ekstrawaganckie przyprawy, ale po trzeciej odpowiedzi "woda", wiedział już, że z tym batalionem, to może wymyślić co najwyżej dip typu instant. Dotarło też do niego (choć dużo później niż refleksja na temat sosu), że jego żołnierze pod wpływem pustyni mogą czuć się spragnieni i należy uzupełnić zapasy wody. Wniosek nasunął mu się sam - tam gdzie jest lotniskowiec, musi być też woda. Trafił w dziesiątkę, bowiem ładownie statku pełne były zgrzewek mineralnej. Po orzeźwiającej przygodzie z cieczą generał podjął w końcu decyzję, że jego obowiązkiem jest udać się do Radomska - miał tam przecież ciotkę**, a poza tym wszyscy (oprócz Amerykanów) wiedzieli, że generał War Looser to tak naprawdę oficer polskiego wywiadu - major Warłuski. Nie dziwota, że lotniskowce były dla niego czarną magią. Na szkoleniu z lotniskowców wykładowca pokazał im tylko dwa slajdy ze zdjęciami takich statków, tłumacząc że wiedza na ich temat nie jest im do niczego potrzebna. Po pierwsze: całe polskie lotnictwo można by zmieścić na odpowiednio dużym pontonie z domontowanym lądowiskiem, więc armia nigdy takiej jednostki nie będzie posiadać, a po drugie - gdyby wróg zdecydował się użyć w wojnie przeciw polskiej armii lotniskowca, to instrukcja nakazuje oddać cztery strzały z pistoletu w kierunku jednostki, żeby mieć czyste sumienie, że się próbowało, a potem w najbliższej komendzie Straży Miejskiej przekazać hasło "Słoń nadepnął", oni już będą wiedzieli o co chodzi (Ha! Teraz już Straż Miejska nie wydaje się Wam już taka niepotrzebna, co?). Tymczasem Zbyszek... 

Tymczasem Zbyszek (a dokładniej major Zbigniew Tymczasem) popukał palcem w mapę.
 Tutaj - rzekł. 

Kelnerka wzruszyła ramionami i postawiła zamówione piwa we wskazanym miejscu. Gdy major czekał na resztę - ja sięgnąłem po jedną z wysokich szklanek. Wyglądała na oszronioną, a przecież taka nie była, to tylko zimna zawartość powodowała kondensację pary wodnej na zewnętrznej części naczynia, co - jak pamiętałem - wymusza konieczność chwycenia jej z odpowiednią siłą, by się nie wyśliznęła.  Tak chwyciłem i wziąwszy pierwszy łyk poczułem jak zimny napój rozlewa się najpierw pomiędzy zębami wywołując przyjemne ścierpnięcie dziąseł, następnie dotyka podniebienia, gdzie zaczynam odczuwać pierwszą goryczkę, by na koniec schłodzić gardło i przełyk. To trwa tylko chwilę i już po chwili do mojego mózgu dotarł cały bukiet smakowy chmielu, słodu jęczmiennego i malin. Malin?! 
 Zamówiłeś malinowe?! Wyplułem słomkę...

– Zawsze zamawiam malinowe. A co?
– Nie, nic, tylko to dziwne. Ale spoko, możemy pić malinowe.
– Czekaj, żebym zrozumiał. Zamówiłem malinowe, a ty już myślisz że zacząłem podchody w cymbergeja?
– Nie. Po prostu mnie to zdziwiło. Nie ma tematu.
– Chwila! Sam zacząłeś. Stawiam ci piwo w oszronionym kuflu, a jedyne na co cię stać to „zamówiłeś malinowe?”.
– Ale sam przyznasz, że „stawianie” czegokolwiek, brzmi w tych okolicznościach dwuznacznie?
– Wiesz co? To z tobą jest coś nie tak. Najpierw odrzucasz campera z półnagą Beyonce, później roztkliwiasz się nad kuflem, a na końcu masz pretensje, że zamówiłem malinowe.
– Kiedy się, niby, roztkliwiałem nad kuflem?
– Akapit wyżej. Pamiętasz? Jesteś narratorem i każde twoje, pożal się Boże, przemyślenie, jest od razu dla wszystkich widoczne. A tak się składa, że jestem zarówno bohaterem waszej historyjki, jak i jej czytelnikiem – Zbyszek spojrzał na mnie z lekką pogardą.
– Wcale nie – powiedział.
– Co „wcale nie?”
– NIE SPOJRZAŁEM Z POGARDĄ! – krzyknął Zbyszek.
– ANI NIE KRZYKNĄŁEM, DO CHOLERY, CZEMU PISZESZ MOJE FRAZY KAPITALIKAMI?! – Zbyszek krzyknął głośniej niż poprzednio i będę pisał co mi się podoba, bo to prawda, że ja jestem narratorem i możesz mi, Zbyniu, skoczyć.
– Dobrze… Już dobrze. Zrozumiałem aluzję, wracam na drugi plan i będę cię tylko saportował – major Tymczasem spokorniał.
– Czy moglibyśmy wrócić do naszego zadania? - zapytał cicho.
– Po to tu przecież, Zbyszku, jesteśmy – rzuciłem protekcjonalnie, a następnie wziąłem mazak i zakreśliłem na mapie czerwone kółko wokół Radomska. - Warłuski zjawi się tutaj w ciągu dwóch, góra trzech dni. Niestety lotniskowiec który miał nas wspierać został zniszczony, ale nic straconego bo major będzie miał ze sobą kilka porcji idealnych dipów, co w zasadzie na jedno wychodzi. Twoje zadanie się nie zmienia. Od jutra masz rzucić wszystkie wolne siły naszej naszej organizacji do rozwoju, wsparcia i rozpropagowania fejsbukowego profilu Radomsko - Miasto z Chemią. W sieci ma huczeć! W miarę możliwości skończ też wreszcie porządkować moją kolekcję komiksów. Ja tymczasem zajmę się przejęciem Warłuskiego i przygotowaniem jego ciotki na wizytę. Trzeba kobiecinie uświadomić, że ten mały chłopiec, którego pamięta jako urwisa przystawiającego lufę swojego zabawkowego glocka do głów lalek podczas ich przyjęcia, już nie istnieje. Jest tylko dorosły, nieco zbyt wrażliwy, w zasadzie ciapowaty twardziel z czołem pooranym przez wojnę oraz bardzo małe kamyczki. Przejęcie Warłuskiego może nie być łatwe, bo nie do końca wiemy w jaki sposób do nas dotrze. Prawdopodobne są trzy opcje: spadochron, żywy pocisk (gdyby spadochron się nie otworzył, to ta opcja wskakuje - że tak powiem - z automatu) lub pielgrzymka z Częstochowy (czyli tak zwana pielgrzymka powrotna). Wszystko mam prawie dograne. Nie przewidzieliśmy tylko jednego...

Jak się okazało nie przewidzieliśmy przyklejonego pod stołem mikrofonu. Dlatego publikacja tak zwanych "taśm Wprost" okazały się dla nas szokiem.
Było za późno, mleko się wylało z kąpielą - jak mawia... pewna kompletnie mi nieznana kobieta i całą operację musieliśmy zacząć od początku.
Tym razem postanowiliśmy zrobić to dobrze.
Podkreślam: DOBRZE i OD POCZĄTKU.
Potrzebna mi była postać.

ROZDZIAŁ "DOBRZE I OD POCZĄTKU"...

"Dziesięć sekund."
Kalendra Zalewska wysłała wniosek o urlop w intranecie. "Dziesięć... dziewięć... osiem... siedem..." Zadzwonił telefon. Łał, nowy rekord, "Mistrzu" szybki jest.
– Pani Kalendro, mogę panią prosić.
– Jasne szefie.
Gabinet "Mistrza" był ascetyczny, by nie powiedzieć pusty. Wyglądał jakby za chwilę mieli do niego wejść malarze, albo jakby chwilę temu wyszli. Zalewska usiadła na białym fotelu naprzeciwko prezesa zarządu. Jego spojrzenie zwiastowało dłuższą pogawędkę.
– W zasadzie wie pani - zaczął "Mistrzu" - że sezon urlopowy w naszej firmie jest urlopowy tylko z nazwy.
– Ale ja chciałam...
– ...jeszcze nie skończyłem. Jest pani wyróżniającym się pracownikiem, dlatego zaakceptuję ten wniosek, ale pod jednym, małym warunkiem. "Oho, szykuje się frontalny atak. W imię Boże, zaczynaj swoją nieszczęsną próbę podrywu i miejmy to już za sobą"
– Jakim? - Kalendra uśmiechnęła się zalotnie.
– Chciałbym aby pani...
– Tak?
– ...powiedziała mi, skąd właściwie wzięło się pani imię?
"Tylko tyle? Żadnej kolacji? Żadnego 'żona mnie nie rozumie'? Żadnego 'w zeszłym roku zarobiłem...'? No dobrze jeśli to wystarczy." Dziewczyna westchnęła.
– To żadna tajemnica, właściwie to nawet zabawne. Moi rodzice spodziewali się chłopczyka. Kiedy się urodziłam, byli zaskoczeni. W domu wszystko na niebiesko, piłki jakieś nakupowane, samochodziki, a tu - baba. Musieli szybko wymyślić jakieś imię. Przewertowali kalendarz i spodobała im się Kinga czy inna Beata. Nieważne. Tego wieczoru tata poszedł z kolegami na jednego, dziecko trzeba było przecież opić. Z jednego zrobiło się sto jeden tak że nawet nazajutrz nie był w stanie ustać na własnych nogach. Co bardziej trzeźwi znajomi zanieśli go do USC. Kiedy stanął przed urzędnikiem, nie bardzo był w stanie mówić, a już w ogóle nie mógł sobie przypomnieć co wcześniej z mamą ustalili. Kojarzył tylko, że znaleźli imię w kalendarzu, więc jedyne co mógł wybełkotać to...
– Kalendra? - "Mistrzu" był wyraźnie rozbawiony. Nawet ładnie się uśmiechał.
– Kalendra - przytaknęła dziewczyna odwzajemniając uśmiech - a że urzędnik był wystarczająco zirytowany całą sytuacją, to wpisał co usłyszał. I tak już zostało. Mistrzu pokiwał głową i zatwierdził urlop. Zalewska była zaskoczona i ku własnemu zdziwieniu, również niepocieszona.
– To wszystko? - spytała z nadzieją że ...zaprzeczy,
– To wszystko - powiedział pan Hędzimir – Jest pani wolna. Widzimy się za dwa tygodnie.
Dwa tygodnie...


GDYBY KTOŚ CZUŁ, ŻE COŚ MU UMKNĘŁO I WARTO PRZECZYTAĆ JESZCZE RAZ, TO DOKŁADNIE TEN SAM TEKST JEST JESZCZE W DWÓCH MIEJSCACH:






Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX