#EPIZODY: O tym, jak byłem na policji

O tym, jak byłem na policji

Sprawa plagiatu nabiera tempa. 
Na razie jest to podobne tempo z jakim Antarktyda się kurczy, ale nie mogę narzekać - mogłaby przecież (sprawa) nic nie robić, albo się cofać. To ostatnie miałoby miejsce, gdyby prokuratura odrzuciła mój wniosek o ściganie (ściganie, ot co!), zaś w przypadku Antarktydy gdyby lodowce rosły. (Wiem, że to meteorologiczno-geograficzne porównanie jest dość naciągane - dlatego wolę wyjaśnić).
W każdym razie dotąd wydarzyło się co następuje:


Najpierw poszedłem do prokuratury okręgowej złożyć wniosek o ściganie.
Pracownik prokuratury - stażysta, zapytał gdzie mieszkam i uzyskawszy informację, że na Stokach - powiedział, że muszę iść do rejonowej, bo wniosek się składa tam, gdzie się mieszka.
Po konsultacji z adwokatem powiedziałem mu że nieładnie tak łgać w żywe oczy i że wniosek mogę sobie złożyć gdzie chcę, nawet w Hong - Kongu.
Po konsultacji z koleżanką zajmującą się kserowaniem swojego biustu stażysta przyznał mi rację i zwrócił moją uwagę na fakt, że jeżeli zdecyduję się złożyć zawiadomienie u niego - on je i tak prześle do prokuratury rejonowej...
- ...co zajmie pewien, nieprawdaż czas, na którym chyba panu zależy?
Bez konsultacji przyznałem mu rację, wsiadłem w tramwaj, później w autobus, później znowu w tramwaj i już trzy godzinki później  byłem w  prokuraturze nazywającej się zupełnie tak samo, jak pewien całkiem upadnięty klub sportowy. Czyli Łódź-Widzew.
W okienku obsługi kolejny pan który - jeśli był stażystą, to za czasów Kazimierza Wielkiego - poinformował mnie, że rzeczywiście, zawiadomienia składa się w miejscu swojego zamieszkania. Chyba, że dotyczą one przestępstw, którymi zajmuje się wyłącznie prokurator okręgowy, jak na przykład przestępstwami z artykułu 115 kodeksu karnego. 
Sprawdziłem na swoim zawiadomieniu i znalazłszy tam feralną sto piętnastkę po raz kolejny skonsultowałem się z adwokatem, co powinienem zrobić. W końcu za coś mu nie płacę! Może zawiadomienie zostawię wszędzie? 
Ona zaś (bo to kobieta) opierniczyła mnie, że pojechałem do prokuratury rejonowej, a nie - jak mi kazała - do okręgowej i powiedziała, żebym teraz sam zdecydował, bo rzeczywiście mogę zawiadomienie zostawić gdzie chcę, oni i tak prześlą, ale najlepiej żebym to zrobił w jednym tylko miejscu.
Postanowiłem nie zostawiać nigdzie, do okręgowej nie zdążyłbym przed zamknięciem, w rejonowej pan był chętny pismo przyjąć...
- ...ale prześlemy je do okręgowej, co zajmie pewien, nieprawdaż czas, na którym chyba panu zależy?
Pojechałem na swoją pocztę i wysłałem poleconym.

Jakieś dwa tygodnie później dostałem potwierdzenie, że doszło.
Po kolejnych czternastu dniach zostałem poinformowany, że wniosek o ściganie został przesłany w miejsce właściwej prokuratury... chociaż nie, dokładnie to "ze względu na właściwość miejscową" został przesłany do Jastrzębia-Zdroju.
Bo sprawę prowadzi się tam, gdzie miało miejsce przestępstwo, a nie gdzie akurat zdarzyło się poszkodowanemu mieszkać.
Tydzień później adwokat powiedział, (czy też powiedziała, bo to kobieta jest), że wszystko idzie dobrze - sprawą zajmuje się policja. 
Szczerze mówiąc - wydawało mi się, że idzie źle, bo policja jest "gorsza" i "słabsza" od prokuratora, ale adwokat wytłumaczył(a) mi, że się mylę - jest dokładnie tak, jak być powinno.

Czas płynął, Antarktyda topniała, mi rosła broda i poziom cholesterolu, a w sprawie - jak sądziłem - nic się nie działo.

Byłem w błędzie!

Bowiem w ostatnią środę zadzwonił telefon, a miły głos w słuchawce powiedział, że należy do policjanta, my tu wszyscy mamy takie miłe głosy, czy rozmawiam z panem i10? To kiedy może pan przyjść na przesłuchanie?
Umówiliśmy się na kolejny dzień rano i - ku mojemu zdziwieniu - zeznania miałem złożyć na komisariacie mieszczącym się cztery klatki ode mnie, choć wydawało mi się, że ze względu na wagę sprawy - powinienem pojechać co najmniej do Sztabu Generalnego.
Ale nie.
No więc w czwartek skoro świt wbiłem się w najlepszy garnitur, ogoliłem, założyłem trampki, bejsbolówkę i poszłem (bo blisko).

W komisariacie uderzający był brak fontanny
Foyer było, owszem - takie metr na metr dwadzieścia, ale fontann  - zero.
Po wylegitymowaniu i wpuszczeniu przez oficera dyżurnego obejrzałem wnętrze. 
Dwa pokoje - zamiast pokazywanego w serialach chromu i szkła - mur i... mur.
W kącie meblościanka pamiętająca czasy Breżniewa, na ścianie zdjęcie Breżniewa zezującego na meblościankę z wzrokiem mówiącym "ja ją skądś pamiętam, bladź".
Do ściany przykuty mój sąsiad - pijak, na podłodze przed nim miska z kaszą, sąsiad próbuje sięgnąć miotłą do leżącego na biurku wielkiego kółka z kluczami. 

Oficer dyżurny odsunął klucze poza zasięg miotły i powiedział:
- Proszę usiąść i poczekać. Kolega zaraz przyjdzie, jest na interwencji.
Siedziałem słuchając dobiegającego zza okna rżenia. 
"Pewnie zebry" - myślałem.
Po pięciu, może ośmiu minutach drzwi się otworzyły, wchodzący funkcjonariusz rzucił pod biurko siodło i przywitał się ze mną.
- Pan i 10? 
- Tak.
- To zaczynamy.
Wkręcił kartkę w maszynę do pisania. 
Ale ledwo coś stuknął i pacnął wajchę z prawej, maszyna zrobiła "dzyń" i się zacięła, więc wykręcił kartkę z powrotem i od tego momentu protokół przesłuchania spisywaliśmy ręcznie. 
W sensie, że on spisywał.
- Zatem, panie i10, zgłosił pan plagiat?
- Tak.
- Mam tu napisane... - podniósł z biurka przed sobą wydruk -  ...że prowadzi pan bloga... - potarł kartkę palcem, spojrzał na mnie, znowu na dokument - ... e...pizdy. I prawdę mówiąc, ciekawi mnie, na czym właściwie ten plagiat polegał? 

Poważnie! Na faksie ze zleceniem przesłuchania widniały moje dane i nazwa bloga "EPIZDY".
W tym momencie przestałem się dziwić, że im się nie spieszyło. "Prowadzi stronę porno i go splagiatowali? Dobrze mu tak!" - myśleli pewnie.
Po wyjaśnieniu idiotycznej literówki pośmialiśmy się, i przystąpiłem do zeznań.

OCENZUROWANO
Nie mogę napisać, co zeznałem.
Po pierwsze: NIE WOLNO mi - jest to objęte tajemnicą śledztwa.
Po drugie: Chociaż mógłbym olać po pierwsze, napisać swoje zeznania i oświadczyć "i tak było na chińskich serwerach", ale pamiętajcie, o co w tym wszystkim chodzi - NIE CHCĘ utrudniać zadania prokuraturze, która występuje w moim imieniu!
Tak samo nie chcę (po trzecie), żeby zeznania znały osoby, przeciwko którym skierowany jest mój wniosek. Dzięki temu nie będą mogły się przygotować na (mam nadzieję) piorun z jasnego nieba.
Poczekajmy na zakończenie sprawy - wtedy będzie mi wolno napisać wszystko.
W każdym razie, gdy w trakcie zeznań policjant - choć człek twardy i znój życia znający zapłakał po raz trzeci, pożyczyłem mu swoją chusteczkę.
szlochającego przez cały czas w kącie sąsiada kilkakrotnie uspokajałem głaskaniem po głowie .

Na koniec funkcjonariusz położył na stole pistolet i zaproponował, że sam pojedzie do Jastrzębia-Zdroju wymierzyć sprawiedliwość w moim imieniu.
Poprosiłem, żeby tego nie robił, podpisałem zeznania i... poszedłem do biblioteki.

Czemu do biblioteki?

Bo (CAŁKIEM SERIO) musiałem otrzymać kwit pt. "Prawa poszkodowanego", a policjant miał jeden i zapytał czy mógłbym skserować.
- Pan powie, że od nas, to będzie za darmo.
- A to, pod dybami - wskazałem palcem belki z uwięzionym w nich szkieletem - to nie jest ksero? 
- Ano ksero. Kapitan z domu swoje przyniósł - funkcjonariusz westchnął. - Ale przedwczoraj toner się skończył, a kupujemy z własnej kieszeni, więc... sam pan rozumie. 
Rozumiałem i poszedłem.
Przy wyjściu dowódca komisariatu jeszcze poprosił, żebym - skoro idę do biblioteki - zapytał, czy przypadkiem czy nie mają gdzieś cylindrów do fonografu, bo się kończą.

Dobra, z fonografem zmyślam, ale z ksero nie, naprawdę byłem w bibliotece skserować dokumenty, co dowodzi, że miałem rację pisząc, że policja to jest coś słabszego od prokuratury. NA PEWNO jest gorzej dofinansowana.

Po odniesieniu ksera pożegnałem się i poszedłem do domu.
A że wychodziłem z drugiej strony budynku - miałem okazję obejrzeć uwiązane do koryta trzy rącze zebry.




Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX