#EPIZODY: O tym, czemu w niedzielę nie było tekstu

O tym, czemu w niedzielę nie było tekstu

Przede wszystkim nie miałem nastroju. 
Nie mogę powiedzieć, że nie wydarzyło się nic ciekawego - wprost przeciwnie. Ale "ciekawe" nie zawsze znaczy "zabawne" i chociaż utrata pracy, łażenie na porąbane rozmowy kwalifikacyjne, walka z urzędami, bankami, czy cochwilowe psucie samochodu też specjalnie wesołe nie są - można w nich znaleźć absurd i to właśnie staram się robić. Tak w codziennym życiu, jak i w opowieściach.
Natomiast pewne wydarzenia są normalnie przygnębiające... może po prostu w skrócie zdam relację z końcówki ubiegłego tygodnia, żeby się z tytułowego braku tekstu wytłumaczyć.


W czwartek Mama Najmilszej poprosiła mnie, żebym pojechał na działkę podłączyć nową pompę. Podłączenie pompy polega na przypięciu węża, wrzuceniu urządzenia do studni i wetknięciu kabla do gniazdka, ale przecież nie powiem "se Mama Najmilszej sama podłączy", w końcu to może być kiedyś moja teściowa. a poza tym i tak nie miałem nic innego do roboty.

Wpadłem też na pomysł, że na działce napiszę tekst.

Więc w piątek pakuję do bagażnika nową pompę, trochę narzędzi, torbę ze starymi jeansami i ruszam.
Matiz już jest oklejony nowymi naklejkami i jedyne, czego mu brakuje to zainstalowany na dachu megafon, z którego rozlegałoby się zaproszenie do odwiedzin cyrku, albo ogrodu zoologicznego, albo szpitala dla obłąkanych. 
Nie przejmuję się. W mojej ocenie Matiz wygląda lepiej. Im więcej naklejek zasłoni tę paskudną zieleń - tym bardziej będę zadowolony.
Tylko, że teraz trochę rzuca się w oczy, co odkrywam już na pierwszej stacji benzynowej. Dziewczyna za kasą stara się nie parsknąć śmiechem podając mi paragon na całe dwadzieścia złotych. Jej kolega nawet się nie stara:
- Z rajdu? - pyta.
Nie będę mu wyjaśniał tajemnego znaczenia cyfry "42" na masce.
- Dokładnie - odpowiadam z kamienną miną. - Prosto z Dakaru.
Wychodzę zostawiając parę zastanawiającą się, czy powiedziałem prawdę i czy to możliwe, że w tegorocznym Dakarze jechał jakiś Matiz.
Godzinę później tankuję jeszcze raz - co prawda zalepiłem dziurę w baku, ale lepiej nie kusić losu - nie nalewam do niego więcej niż za dwie dychy, więc stawać na stacjach muszę często.
Tym razem obywa się bez radosnych przytyków - po zapłaceniu odjeżdżam.

Mniej więcej pięć kilometrów dalej, widząc w lusterkach światła, zjeżdżam do prawej krawędzi. Zawsze tak robię, Matiz jeździ wolno i nie znajduję żadnego powodu, dla którego wszyscy mieliby poruszać się w tak żółwim tempie jak ja.
Jeżeli droga ma - jak w tym przypadku - dwa pasy, jeden dla mnie i drugi dla jadących w drugą stronę, plus namalowane ciągłą linią pobocza - gdy widzę pojawiający się za mną pojazd  a jednocześnie auta jadą z naprzeciwka - zjeżdżam wręcz na pas pobocza, ułatwiając wyprzedzanie. Wiem, że to niezgodne z przepisami i że ten pas nie służy do jazdy, ale jeśli jest pusty - kurde, co mi zależy? Po cholerę ktoś ma się ciągnąć za mną nie wiadomo ile.
Powiem więcej - jeśli sytuacja ma miejsce na zakręcie w lewo - czasem nawet wrzucam prawy kierunkowskaz, żeby upewnić człowieka za mną, że "tak, może wyprzedzić". Na takim zakręcie widzę więcej drogi niż on.  Na zakręcie w prawo nie wrzucam, bo nie na zakręcie w prawo nikomu nie ustępuję - byłoby to niebezpieczne.


Tym razem nie było potrzeby zjeżdżać - z naprzeciwka nikt nie jechał, ale - jak napisałem - widząc w lusterku światła, dojeżdżam do prawej krawędzi i ułamek sekundy później światła okazują się być zamontowane w mknącym, wręcz frunącym w stronę Sieradza motocyklu.
Najpierw pojawia się pojazd i dopiero po chwili dźwięk jego silnika.


"Przekroczył prędkość dźwięku. Piękna maszyna" - myślę.
Od kilku lat czaję się na motocykl, najbardziej podobają mi się właśnie takie jak ten, co mnie wyprzedził, z rurami wydechowymi zamontowanymi w zadupku (z tyłu pod siedzieniem)  i choć zawirowania finansowe chwilowo nie pozwalają mi zrealizować planu,  to co się odwlecze, to nie uciecze.


Piękna maszyna znika daleko przede mną.
Pół kilometra dalej czyli jakieś trzydzieści, czterdzieści sekund później docieram do zakrętu.

A tam, kłęby kurzu.
Myślę "wypadek, motocykl", zwalniam, sięgam po telefon, wybieram sto dwanaście, zatrzymuję się, włączam awaryjne, gaszę silnik i wysiadam.

Kierowca jadący Skodą z naprzeciwka robi tak samo.
Słyszę, jak krzyczy do słuchawki naszą lokalizację, podczas gdy ja jeszcze mam "pogotowie policji, proszę czekać", więc rozłączam się.

Obaj biegniemy w stronę opadającej chmury kurzu. 

Ślady ciągną się od asfaltu i kończą w płytkim rowie.
"Może pękła opona"? - myślę.


Najpierw leży kierowca. 
Poznać po wbitej w lewe udo dźwigni sprzęgła - siedział z przodu. Rusza ręką - czyli żyje.
Przez głowę przechodzi mi absurdalna myśl, że tył motocykla nadal jest piękny. Ale przód już nie. Przodu nie ma.

Kierowca Skody zostaje przy pierwszym motocykliście - ja rozglądam się za pasażerem, podczas wyprzedzania widziałem przecież, że jechali w dwóch.
Drugi leży piętnaście, dwadzieścia metrów dalej - musiał tę odległość przelecieć w powietrzu, bo na ziemi nie ma żadnego śladu.  Pechowo dla niego zatrzymał się na kępie drzew. Podnoszę szybę kasku i pasażer okazuje się kobietą, dziewczyną.
Podbiegają osoby z innych samochodów, które zatrzymały się w międzyczasie - ktoś pomaga mi ściągnąć dziewczynie kask, od nosa w dół cała jest we krwi, myślę "głowa nie powinna się zginać pod takim kątem, jak u ptaka".
"Ale pierwszą pomoc można przerwać tylko, jeśli głowa jest oddzielona od ciała" - myślę - "...a ta nie jest", więc odginam głowę dziewczyny do tyłu wkładam jej palce do ust, wyciągam język i przykładam ucho.
Nic, cisza.
Przypominam sobie, że według zasad chyba powinienem ją potrząsnąć za ramiona i zapytać "czy nic pani nie jest". Nie będę tego robił, przecież widać, że nie żyje.
Jakiś chłopak przyklęka koło mnie i robi wdech w usta martwej dziewczyny.
No, skoro mu zależy - klękam na niej okrakiem i robię piętnaście uciśnięć. Chłopak robi dwa wdechy - usta ma we krwi. "Skubany, nie boi się AIDS?" - myślę, pompując kolejne uciśnięcia.
Podczas następnych wdechów ukradkiem wycieram zakrwawione palce o swoje spodnie.
Uciśnięcia, wdechy, uciśnięcia.
Po kilku minutach pojawia się ktoś, kto mówi, że uciśnięć powinno być trzydzieści.
Bez słowa stosuję się do jego rady.
Po następnych trzech seriach opadam z sił, czuję klepnięcie w ramię, wstaję, a nad dziewczyną siada jakiś brodaty osiłek, jakby Arab, ale nie, bo klnie po polsku.
Chłopak od wydechów wygląda jakby kogoś zagryzł. "Jego też mógłby ktoś zmienić" - myślę "Chociaż nie. Po co wszyscy mają mieć AIDS".

Wracam do kierowcy. Wokół nogi ma już kałużę wsiąkającej w trawę krwi, ale wbitego sprzęgła nikt nie wyjął. Zastanawiam się czy to dobrze. Z daleka słychać wycie syreny.
Kierowca ma drgawki, trzymają go cztery osoby. Kobieta stojąca z tyłu mówi, że przyniesie patyk, żeby wetknąć między zęby.
"Debilka" - myślę - "Sobie wetknij", ale nic nie mówię, przecież chce dobrze.
Kierowca nie ma kasku i widzę, że również okazał się być dziewczyną.
Zatrzymują się kolejne samochody, widzę, że ktoś rozstawił trójkąty ostrzegawcze.
"Zrobił się zlot"- myślę.
W tym momencie podjeżdża ambulans i wysiadają z niego sanitariusze, dwóch biegnie do kierowcy, jeden do pasażerki.
Siadam w rowie i widzę, jak po minucie krzątanina wokół pasażerki ustaje.
Ludzie odchodzą z opuszczonymi głowami - "Aha, nie żyje".

W tym czasie dziewczyna-kierowca jest pakowana na nosze.
Słychać kolejne syreny.
Nie mam czasu, ani ochoty na rozmowy z policją, nie zostanę zeznawać, że jechały za szybko, jakoś sami do tego dojdą, może po ponad stumetrowym uślizgu?

Jadąc dalej wlokę się, niemiłosiernie. Na działkę docieram niedługo przed zmrokiem.

Wymieniam pompę na nową, co zajmuje mi piętnaście minut, chyba powinienem doczepić jakiś sznurek, albo linkę, bo podciąganie i opuszczanie pompy  przy pomocy kabla elektrycznego w końcu doprowadzi do jego urwania. Ale to jutro, robi się zbyt ciemno.

Zakładam robocze jeansy, wrzucam do namoczenia zakrwawione spodnie i zastanawiam się przez chwilę czemu nie zrobiłem zdjęć tego wypadku? 
"Po cholerę miałbym robić" - wzruszam ramionami, wyjmuję tablet i zastanawiam się nad nowym tekstem.



A w głowie pustka.


P.S.

1. Wiem, że nieśmieszne, wybaczcie.
2. W powyższym tekście zmieniłem dwie albo trzy istotne informacje, których zestawienie mogło komuś bezsensownie upartemu pozwolić na ujawnienie mojej tożsamości. Za to akurat nie przepraszam, bo w prawie KAŻDYM tekście coś zmieniam. ;) 
3. Za tydzień powinno być weselej, chociaż... któż to wie...










Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX