#EPIZODY: O huśtawce

O huśtawce

Najmilsza ubzdurała** sobie huśtawkę na działce.
Zrobiłem dwie.
Wadą pierwszej było rosnące pomiędzy przywiązanymi do gałęzi sznurkami drzewo.
- Ta huśtawka ma się huśtać! - usłyszałem.
- No a co robi? O! - bujnąłem lekko urządzenie, które zanim wróciło zatrzymując się na pniu osiągnęło dobre dwa, trzy metry wychylenia, a to niemało!
- i10... Ma się huśtać W OBIE STRONY!
Odwiązałem zatem jedno z ramion i (po znacznym przedłużeniu sznurka) przymocowałem je do do gałęzi innego drzewa niż drugie ramię.
Dzięki temu wykres huśtnięć przestał wyglądać jak wykres prądu zmiennego przepuszczonego przez prostownik diodowy.

Niestety wydłużenie tylko jednego mocowania spowodowało, że huśtawka raczej pląsała niż bujała się równomiernie. Bujnięcie w przód było związane z wychyleniem w lewo, zaś cofnięcie ze skrętem w prawo. Mocniejsze wychylenia skutkowały skręceniem sznurków. Korzystanie przypominało bardziej jazdę na byku, niż radosne, ewentualnie dostojne huśtanie się z książką na kolanach.
Najmilszej to jednak nie przeszkadzało.
Ponieważ nawet się nie bujnęła, tylko od razu po posadzeniu swojej...eee... cudownej części ciała zawyrokowała:
- To NIE JEST prawdziwa huśtawka.

Przyznaję, że trochę się zdziwiłem.
Cała moja dotychczasowa wiedza na temat huśtawkowości dawała mi niezachwianą pewność, że dwa kawałki linki i deska pośrodku to właśnie JEST huśtawka. Ostatecznie - w znacznie większej skali - żaglówka, w jeszcze większej - most, lub - w całkiem maluśkiej -  chińskie Erhu**.
Ale jeśli sznurek ma trzy do pięciu metrów, a deska niecałe pół - to po prostu MUSI być huśtawka i basta. Jakby powiedziała Mama Najmilszej "Veni, vidi, huśtawka".
A ona mi mówi że nie? Zgłupiałem:
- A czego**.
- i10, prawdziwa huśtawka MA SIEDZENIE!
- No jest, pacz - poklepałem deskę.
Godziny poświęcone na jej staranne oszlifowanie wykluczały możliwość wejścia drzazgi w... cudowną część ciała Najmilszej** i zmniejszyły ryzyko związane z poklepaniem do zera. Na dowód przejechałem ręką.
- Wygładzone papierem ściernym!
I wtedy okazało się, że prawdziwym powodem naszej dyskusji nie jest chęć pohuśtania się, o nie!
Ócz mych źrenica przyniosła bowiem wspomnianą w pierwszym przypisie gazetkę promocyjną  Biedronki i podsuwając ją pod mój nos rzekła:
- TO jest huśtawka!

"Huśtawka" z Biedronki. Huśtawka, akurat. Nawet NAPISALI, że krzesło.
Pogładziłem deskę wierzchem dłoni...
"Godziny ścierania..."
Polizałem.
"Od papieru ściernego sześćdziesiątki, poprzez bawełnę, aż do końcowego delikatnego nurzania w oderwanych motylkom skrzydełkach."
Przyłożyłem gałkę oczną i poruszyłem nią w prawo, w lewo...
"Tyle starań..."
- Co ty wiesz o huśtawkach - wycedziłem. - Widzę, że zależy ci na wydaniu pieniędzy, a nie na prawdziwej zabawie. SAM się pohuśtam!
I tak zrobiłem.
Po początkowych dwóch ześliźnięciach znalazłem mniej więcej pod kolanami środek ciężkości i przez jakąś godzinę demonstracyjnie bujałem się w tę i z powrotem,  a gdy Najmilsza w końcu odeszła, przestałem. Odczekałem aż objawy choroby morskiej miną, odwiązałem swój wynalazek i schowałem go "na lepsze czasy", których nadejścia spodziewałem się  nieprędko, a najlepiej nigdy.
Byłem w błędzie.

Dzień po powrocie z działki (bo rzecz działa się na działce, nomen omen) odebrałem telefon.
- i10, jestem w Biedronce. Jaki kolor mam kupić?
- Kolor czego?
- HUŚTAWKI! - głośność kazała przypuszczać, że pomiędzy ostatnią rozmową o głupiej zabawce, a tą chwilą wcale  nie upłynęły dwa dni i że czas ten spędziliśmy milcząc.
- Żółtą.
Czego, jak czego, ale braku refleksu nie można mi zarzucić, ha.
- Co?
- Kup żółtą.
- NIE MA ŻÓŁTYCH!
- A jakie są?
- Meksykańsko czerwono niebiesko żółto zielono czarne z białymi paskami i niebiesko zielone.
- Kup meksykańskie.
- I do czego niby to będzie pasowało?
- Pasowało?
- Przecież wiesz, że mamy hamak. I jaki jest ten hamak, no jaki?
- Niewygodny.
- Nie i10. Hamak jest NIEBIESKO ZIELONY!
- No to co...? - wzruszyłem ramionami, a zorientowawszy się, że Najmilsza mnie nie widzi wzruszyłem ponownie, bo co z tego, że nie widzi. - ...i tak go nie używamy.
Hamak został użyty raz. Okazał się wybitnie niewygodny i od zeszłego roku leżał w schowku "na lepsze czasy". Obecnie pod huśtawką mojej roboty.
- Nie używamy... - kontynuował swój wywód jasny promyk w mrocznej pieczarze mojego życia - ...ale może kiedyś zechcemy użyć? I jak to będzie pasowało?
- Do czego?
- Do wszystkiego!
- Nie wiem.
Dawno się pogubiłem, nie wiedziałem nawet, co do czego miałoby pasować.
- To jaki kolor huśtawki mam kupić?
- Jaki chcesz.
Od początku było jasne, że telefon do mnie wcale nie miał na celu żadnego ustalenia koloru. Coś na celu być może miał, tylko jeszcze nie wiedziałem co.
- No cóż. Chciałam żebyś mi podpowiedział, ale widzę, że nie można na ciebie liczyć. Zadzwonię więc do Monisi...
Po pozwolenie na skontaktowanie się ze swoją siostrą też nie dzwoni. Zatem po co?
- ...albo nie!
Albo nie?
- ...chcę z Monisią wejść do Galerii. Wiesz w jakich wielkich kartonach te huśtawki są?
- Nie wiem.
- To ci mówię, w wielkich i niewygodnych. I co ja mam to za sobą ciągać? A po Galerii kupię ci pierożki. Lubisz pierożki?
- Lubię - nie jest tak, że rozmowa z Najmilszą ma jakiś początek, rozwinięcie i koniec, albo że trzyma się jednego nurtu. Rozmowa z Najmilszą to raczej rozlewisko, czy też wywołana przez tsunami powódź. Ale powoli zaczynałem się orientować, gdzie uderzy fala.
- Dobra, kochanie, do brzegu, o co ci chodzi?
- Żebyś ty pojechał do Biedronki i tę huśtawkę kupił. I przywiózł.
- Krzesło...
- ...huśtawkę. A w piątek ją na działce zawiesisz i będzie ślicznie. Dobrzeeee?
Pamiętacie jak kilka sekund temu został poruszony temat pierożków?
Zgodziłem się.

Po wizycie w czwartej z kolei Biedronce "Nie mamy brazylijskich krzeseł. Ani brazylijskich huśtawek" coś mnie tknęło. Wybrałem numer osoby, której imię w moim telefonie jest poprzedzone czterema literami A.
- Ty, gdzie właściwie te... huśtawki widziałaś?
- W internecie.
- No wiem, ale jak godzinę temu rozmawialiśmy, to w której byłaś Biedronce tak konkretnie?
- Koło pracy.
- I mieli? Bo pół miasta objeżdżam i nigdzie nie mają.
- Żeby dosłownie mieli to nie...
- A co dosłownie?
- Dosłownie... nie mieli. I chciałam, żebyś poszukał.
Mogła mówić od razu. Rozłączyłem się i odpaliłem przeglądarkę...

Krzesłohuśtawki zlokalizowałem dopiero w Nowosolnej. To taka dziura pod Łodzią, coś jak odpowiednik Pyrzyc dla Szczecina, Starej Miłosnej dla Warszawy, albo Leszna dla Wrocławia, Poznania i Zielonej Góry, która nawiasem mówiąc też jest dziurą, tylko trochę większą. Na podobieństwo Warszawy (i w przeciwieństwie do pozostałych miast) Łódź łączy się ze swoimi dziurami przy pomocy komunikacji miejskiej.
Dla mnie free.
- Niech pan mi to odłoży - poprosiłem dyrektora nowosolnej Biedronki (bo w internecie są kontakty tylko do Biur Zarządów).
A on się zgodził.
Po zakup pojechałem dopiero na drugi dzień, powołałem na dyrektora i jeden z pracowników przyniósł z magazynu karton. Wcale nie taki duży, ale już wiemy, że nie o to chodziło.

No i ten karton rozpakowaliśmy na działce, a zawartość powiesiłem na drzewie, na jednym sznurku, zgodnie z instrukcją i przeznaczeniem.
Pierwsza urządzenie wypróbowała Najmilsza, później ja, później pan Tateusz , a na końcu Monisia.
I wszyscy uznaliśmy, że to nie jest huśtawka, ani krzesło.
Jest to bowiem - i nie da się tego powiedzieć w sposób delikatny - worek**.

Co najciekawsze, ten sam efekt osiągnąłbym przyczepiając oba ramiona hamaka w tym samym miejscu.

Co nie znaczy, że niektórzy nie lubią sobie w worku powisieć.





Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX