#EPIZODY: O poczcie

O poczcie

Wchodzę na pocztę, sześć osób, jedno okienko, czyli przede mną jakieś piętnaście minut czekania. Drugi najbliższy urząd dopiero na Widzewie, godzina jazdy. Rachunek był prosty.
Ustawiam się za kolesiem ze słuchawkami w uszach. W tym momencie pani siedząca pod oknem krzyczy "halo! ja stoję przed panem". 
Uznając, że ma halucynacje (może czeka na opiekuna?) uprzejmie się uśmiecham.



I to jest dobry moment, żeby zadać sobie pytanie:

Ale co robiłem na poczcie? 

(Chociaż nie... może moment nie jest dobry... ale skoro poszło...)

Do pomocy przy sprawie z Franciszkiem K. wybrałem pierwszą kancelarię, która taką pomoc zaoferowała. Jednocześnie trzeba powiedzieć, że nie była to przypadkowa, kompletnie nieznana mi kancelaria, tylko polecona przez koleżankę. Do koleżanki zadzwoniłem po przeczytaniu kilku komentarzy pod pierwszym tekstem.
- Musisz iść do prokuratury - przyznała tym komentarzom rację. - Nie możesz tego zostawić. Przydałaby ci się kancelaria, proponuję naszą. Weźmiemy dziesięć procent i wygramy. Więc mówisz, że masz bloga? A znanego?

Oczywiście później swoją pomoc zaproponowały też inne firmy prawnicze. I chociaż od razu zaznaczały, że nie chcą w ogóle żadnych pieniędzy - musiałem wszystkie powiadomić, że już jestem po słowie, a słowo od kasy ważniejsze. Rozmówcy przyjmowali moje oświadczenie ze rozumieniem, podtrzymując chęć pomocy "w razie jakiejkolwiek potrzeby". Na koniec zwykle życzyli zdrowia, bo w sprawie plagiatu ich zdaniem szczęście nie będzie mi kompletnie do niczego potrzebne.
O ile nie zdecyduję się na napisanie pozwu samemu.

Nie zdecydowałem się, pozew sporządziła kancelaria wspomnianej koleżanki.
A tuż po tym, jak zaniosłem go do niewłaściwej prokuratury, doszliśmy do wniosku, że najlepiej będzie, jeżeli w przyszłości to oni będą wysyłać kolejne pisma.
Ale do tego potrzebowali mojego pełnomocnictwa.
Sporządziłem, wydrukowałem, jedną kopię wysłałem mailem, a drugą - jak każe starodawne, ale ciągle obowiązujące prawo - w kopercie.

I tę właśnie kopertę  z adnotacją "Adresat nieznany" listonosz chciał dzisiaj zostawić sąsiadce.
Zostawił awizo, bo trzeba było zapłacić i nie przyjęła. Lub sąsiad.
Odpowiedź na pytanie "co robiłem na poczcie" jest więc oczywista:
Stojąc w kolejce do jedynego czynnego okienka zastanawiałem się czy zatrudnienie kancelarii, która nie potrafi prawidłowo podać adresu swojej siedziby, nie było aby błędem?

Kolejka wolno przesuwała się do przodu w ciszy z rzadka przerywanej niemrawymi rozmowami przy okienku docelowym i od czasu do czasu walnięciami pieczątki tak głośnymi, że nawet koleś w słuchawkach się wzdrygał.

Czekanie przedłużyło się ponad spodziewany kwadrans gdy stojąca cztery osoby przede mną staruszka podniosła pomarszczoną buzię do okienka i oświadczyła,  że "chce wypłacić wszystko, bo wnuczek Krzysiu, takie dobre dziecko, miał wypadek i dzwonił, że zaraz przyśle kolegę po pieniądze na sztuczną wątrobę".
Zanim przyszła policja, zanim wysłuchali opowieści, zanim razem poszli, wrócili i przede wszystkim zanim wnieśli Krzysia z tymi jego wszystkimi kroplówkami i urządzeniem, co robi "pik", żeby pokazać go pani w okienku - kurczę, myślę że zdążyłbym chyba na ten Widzew pojechać.

No, ale załatwili, w końcu i tak nie wypłaciła pieniędzy, bo podczas liczenia bilonu Krzysiu zacharczał i umarł.
Obsługę kolejnego faceta opóźniało uporczywe "piiiiiii", gdyby to nagrać widz miałby wrażenie, że ogląda  człowieka, który przyszedł na pocztę bardzo dużo poprzeklinać.
Gdy dźwięk urządzenia niepodtrzymującego życia został razem z łóżkiem i z Krzysiem wyniesiony - okazało się, że facet przyszedł na pocztę poprzeklinać. Wyprowadziła go dopiero wezwana ochrona.

Następnie babka stojąca dwie osoby przede mną czyli przed kolesiem w słuchawkach załatwiwszy swoją sprawę i odebrawszy owiniętą w szary papier paczkę w kształcie nadużywającego viagry mężczyzny, wychodząc próbowała wziąć siedzącą pod oknem wariatkę za rękę.
Ponieważ ta upierała się żeby zabrać również drugą siebie, opiekunka udając chwytanie dłoni kogoś niewidzialnego i stojącego przede mną, wzruszyła ramionami.
Ponownie uprzejmie się uśmiechnąłem.
Do całej trójki.
Niewidzialna kobieta pomachała do mnie wychodząc.

Trochę się zląkłem gdy koleś w słuchawkach przed nachyleniem się do okienka niespodziewanie oświadczył: "kochanie, muszę kończyć, jestem na poczcie".
Bo na poczcie był od jakiejś godziny i przez cały ten czas nie wydał najmniejszego dźwięku. Dałbym sobie rękę uciąć, że słucha muzyki. Z drugiej strony - rozumiałem go, Najmilsza też konstruuje zdania, których przerwać nie sposób.
Okazało się, że kupował jedynie Prince Polo, więc po chwili podchodziłem do okienka.
Po ponad godzinie czekania! 

Problemem nie okazało się nieprawidłowe podyktowanie adresu.
Ale też na pewno nie złe jego zapisanie!
Adres bowiem brzmiał:
Uczestników Wojny o Plagiat 43/310 A
Zaś ja napisałem: UWOP 43/310, lekceważąc nic nie wnoszące "A".
"Listonosz nie jest głupi!" - myślałem tydzień wcześniej adresując kopertę i rezygnując ze zmarnowania ułamka sekundy na namalowanie na końcu paraboli** i kreski**.
Za dużo myślenia spowodowało utratę siedmiu dni, ponieważ listonosz okazał się może nie głupi, ale na pewno złośliwy.
Na odebranej kopercie dopisuję  "A", oddaję do okienka.
Tak się nie da, - słyszę. Trzeba włożyć do nowej koperty.
Kupiłem nową i, by zaadresować, siadam na miejscu dla szaleńców.
Do urzędu wchodzi kolejna osoba, więc rzucam do niej:
- Halo! Stoję przed panią.

Skończyłem wpisywać adres jeszcze zanim stojąca za mną kobieta znalazła okulary, założyła je i przystąpiła do szukania w torebce "telefonu do prawdziwego Króla Nigerii, nawet numer podał mi w mailu, wyobrażacie państwo sobie?", któremu chciała wysłać przelew.
Przerzucając zawartość torebki machnęła ręką, żebym śmiało podchodził, więc tak robię.
Kładę na blacie dwie koperty.
Okazuje się, że muszę sam zakleić.
Wkładając mniejszą do większej przypominam sobie, że warszawscy listonosze nie grzeszą domyślnością i na wszelki wypadek dopisuję gwiazdkę. Ponieważ znajoma Króla nadal tłumaczy mu coś po afrykańsku - wykorzystując moment robię telefonem poniższą fotkę.


Po czym uśmiechając się do stojącej na końcu kobiety wychodzę. Po minie poznaję, że zastanawia się, gdzie jest mój opiekun.
W drzwiach chwilę przepycham się ze świtą zbliżającego się do wejścia Murzyna w koronie i gronostajowym płaszczu.
Latem.
Idiota.

Pora zdradzić wniosek, do którego zmierzam.

Za przysłanie listu z powrotem do mnie musiałem zapłacić 4,20, a za ponowne wysłanie 5,80, bo tym razem musiało iść priorytetem. A kwota dziesięciu złotych przekracza budżet, jaki miałem przygotowany na wypadek plagiatu tysiąckrotnie.

Wygląda, że ten proces mnie zrujnuje. :(







Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX