#EPIZODY: O gruzińskim pogromie

14 czerwca 2015

O gruzińskim pogromie

Rano Najmilsza pojechała z Monisią do Portu-Łódź.
Jest to wielkie centrum handlowe na drugim końcu Łodzi, a Portem ochrzcić je musiała osoba kompletnie nie znająca miasta i pozbawiona mapy. Nazwa jest równie sensowna jak zdobycie zimą bez aparatu tlenowego siedmiu najwyższych szczytów, czyli tak zwanej Korony Łodzi. Właściwie Korona Łodzi miałaby więcej sensu. 

W każdym razie pojechały do tego centrum rano.
A koło czternastej odebrałem od Najmilszej telefon:
- i10?
- Nikt inny.
- Gdzie jesteś?
- A co cie to.
- ...
- W domu. Do rzeczy skarbie, próbuję coś zrobić...
- CIEKAWE CO MASZ CIEKAWSZEGO DO ZROBIENIA OD ROZMOWY ZE MNĄ - chyba przez brak znaku zapytania po "MNĄ"czuło się, że użytkowniczka słów wcale nie jest niczego ciekawa. 
Górna część telefonu pokryła się szronem. 
Czyli nie czas na żarty.
- Nic nie mam. Rozmowy z tobą są najważniejsze. Takie ważne, że uaah!, jak ważne..! Ale mów o co chodzi.
- No więc, byłyśmy z Monisią w Porcieeee...
Zawieszenie głosu oznacza test mojej sprawności w odbiorze:
- Nooo... - zdałem go.
- No i nic nie było, więc pojechałyśmy do Manufakturyyy...
Manufaktura jest kolejnym łódzkim centrum handlowym, nawet większym od Portu, lecz w przeciwieństwie do niego nazwę swoją wywodzi nie z podpowiedzi Google, tylko od wcześniejszego przeznaczenia budynków, w których się mieści. Niegdyś fabryka, do której każdego ranka tysiące kobiet zmierzało by zarabiać pieniądze, obecnie te same kobiety zwabia w celu dokładnie odwrotnym. Historia zatoczyła koło.
Chociaż nie - pół koła.
- Nooo... - żeby nie oblać testu, nie wolno przekraczać czasu na reakcję. Nadal miałem sto procent właściwych reakcji.
- ... no i w Manufakturze kupiłyśmy kowadło**. I jest nam ciężko, musisz przyjechać pomóc, ale nie w tej sprawie dzwonię.
- A w jakiej? - zainteresowałem się.
- Jak będziesz jechał, to mógłbyś mi przywieźć soczek, co stoi w lodówce?
Tak oto w prosty sposób kwestia obejrzeć mecz Polska-Gruzja, czy udać się w nonsensowną  i do tego niewykluczone, że najeżoną niebezpieczeństwami podróż, została zastąpiona pytaniem czy wezmę soczek, czy nie.

Żeby być w zgodzie z prawdą, należy wyraźnie zaznaczyć: podróż BYŁA najeżona niebezpieczeństwami, i choć wszystkie okazały się niewidoczne, jak na przykład przelatujący nad tramwajem niewidzialny amerykański bombowiec, to przecież wcale nie znaczy, że niewidzialny amerykański bombowiec nie jest niebezpieczny.
Nie wiem jakim cudem udało mi się ich wszystkich uniknąć, a skoro tak -  nie będę pisać, wystarczy zaznaczyć, że w końcu, w cudowny sposób, pod Manufakturę dojechałem.

Czując miźnięcie w kieszeni wyjąłem telefon i spojrzałem na wyświetlacz. Wskazywał trzy procent baterii. Co oznaczało, że wibracja, którą poczułem, była czymś w rodzaju ostatniego drgnięcia potrąconego przez ciężarówkę kota.
Przykre.
Ale na jedną rozmowę chyba wystarczy**?
Wykręciłem numer.
- Jestem przed wejściem. A wy?
- Jak wejdziesz do Manufaktury, kieruj się w stronę tej amarantowej budki z lodami i za nią, mijając stoisko z bransoletkami, coś jak Lilu, takie wiesz, co Monisia ma, z zawieszkami, z kolorowych sznureczków,  tam musisz się odwrócić w stronę punktu z tartami do kominków, będziemy mieć nowy zapach, wolisz puszyste ręczniczki, czy bursztynowy księżyc?
- Czekaj, czekaj. Jaki to jest kolor amarantowy?
- No pomiędzy fuksją a karmazynowym.
- Aha... To inaczej: od wejścia mam iść w prawo, czy w lewo?
- No przecież mówię w lewo! Chociaż nie... właściwie...
- Skarbie, podaj mi po prostu nazwę sklepu w którym jesteście.
- Zara.
- Dobra, czekam.
Obserwowałem jak idąca przede mną staruszka potyka się, traci równowagę a idący obok niej młody człowiek w ostatniej chwili ratuje babcię przed upadkiem. Telefon zapiszczał sygnalizując rychłe wyłączenie.
- Halo? - ponagliłem słuchawkę - Weź rzecz obok siebie i na metce sprawdź.
Młody człowiek trzymał staruszkę za łokieć, a ona mówiła coś, chyba dziękowała, bo wskazując nosem trzymaną w lewej ręce laskę, i potrząsając nią - prawą ręką wyjęła z wewnętrznej kieszeni marynarki młodzieńca portfel.
Myślę, że dziękowała. Choć może skarżyła się na wiek?
- Co mam sprawdzić? - odezwała się Najmilsza.
- Nazwę sklepu, w którym jesteś.
Portfel młodzieńca okazał się być przymocowany na łańcuchu. Staruszka nadal potrząsając laską dyskretnie sięgnęła do torebki, z której wyjęła brzeszczot do metalu.
- Zara i10, jesteśmy w Zarze.
Młodzieniec zauważył brzeszczot i zrobił zdumioną minę.
- Aaaa... - na chwilę się zawiesiłem. - ...aha. To idę.
Przyłapana staruszka odrzuciwszy laskę zrzuciła perukę, suknię, kozaki ortopedyczne, po czym wypluwając sztuczną szczękę, odłączyła worek na mocz i po zdarciu z siebie maski i zawiązaniu sznurowadeł okazała się Leo Messim.
Gdy przebiegał koło mnie, podstawiłem mu nogę.
Zasłonięcie ramionami nie złagodziło uderzenia i gdy trafiony głową Messiego zbiornik z gazem pękł, jego zawartość eksplodowała.
Chwilę później, mijając budkę z lodami żałowałem, że nie zrobiłem sobie selfie, jak za mną jest wybuch, a ja się nie oglądam. Za (zdecydowanie różową) budką sprawdziłem plan budynku, a następnie znalazłem lokalizację Zary.
Dziewczyn w niej nie było.

Logika podpowiedziała, bym zajrzał do sklepów plus, a następnie minus jeden od tego, w którym się umówiliśmy. Nie zawiodła już za drugim razem.
- i10, weź tę torbę, strasznie ciężka. - Podając kowadło Najmilsza cmoknęła mnie w policzek. - Kochany jesteś, że przyjechałeś. - Teraz chodź nam powiedzieć czy Monisi bardziej pasuje wisiorek z ametystem, czy z koralem.
Popatrzyła na moją minę:
- Albo jak wolisz możesz się zalogować do stacji dokowania.
W galeriach handlowych na środku dłuższych alejek wypełnionych po obu stronach sklepami dla kobiet, są takie wyspy, na których facet może sobie spokojnie usiąść i w próbie zresetowania tępo wbić wzrok przed siebie.
Najmilsza nazywa je "stacjami dokowania".
Najwięcej tych wysp jest w Porcie Łódź... Aha.
Co godne uwagi - w Manufakturze w portach dokowania są gniazdka elektryczne oraz wejścia USB. Mężczyźni zechcą chętniej chodzić na zakupy, gdy pojawią się tam również skrzynki piwa i wydzielone na środku każdej wyspy miejsca na ognisko.
Ale na razie zmierzało ku dobremu, podłączyłem telefon i tępo zapatrzyłem się w wyjście ze sklepu C&A.
- Zobacz i10 - pojawiające się w nim dziewczyny zamachały jakąś szmatką - apaszka pasująca do torebki!
Nie znajdując w moim wzroku zrozumienia skręciły w prawo.
Wyłączyłem tryb oczekiwania, podniosłem się, rozłączyłem telefon (naładowany do połowy) i ruszyłem za nimi.
- Patrzcie - po chwili Monisia wskazała palcem - Łukasz Jemioł otworzył swój sklep! Chodźmy.
- Kto?
Obie spojrzały  na mnie, jakbym zapytał czy krowy piją mleko.
- Zwariowałeś? Najsłynniejszy polski projektant! Jego rzeczy nosi Ania Rubik! - wyjaśniła Monisia.
Nadal nic nie rozumiejąc pokiwałem głową, że rozumiem.
- i10 nie interesuje się modą  - Najmilsza pogładziła mnie po ramieniu - bo nie wie co dobre. Powiem ci kochanie coś, co powinieneś załapać. Kilka lat temu Jemioł zaprojektował najdroższy odkurzacz świata.
Zajrzałem do omawianego sklepu. Pomiędzy dwoma wieszakami z szarymi i z kolorowymi ubraniami wielka pusta przestrzeń. Podłoga wyglądała na dokładnie odkurzoną.
- Ale coś mały wybór - stojąca obok mnie Najmilsza posmutniała.
- Młody jest, to mało wymyślił. - spróbowałem ją pocieszyć. - Nie martw się, na pewno wymyśli coś jeszcze i tu zawiesi.
Znowu ten wpatrzony we mnie wzrok.
- i10, weź ty się nie odzywaj.
Przestały się dąsać dopiero jak powiedziałem, że oprócz napoju z lodówki zrobiłem im kanapki.

A później zostawiłem je z jedzeniem, wziąłem torby  i poszedłem czekać na zakończenie tego cyrku na zewnątrz, pod wielką sceną, bowiem w Manufakturze odbywały się akurat Dni Politechniki  Łódzkiej.
Jedną z atrakcji był krążący wśród gapiów konferansjer podtykający zebranym pod nosy mikrofon i pytający jakie mają związane z Politechniką wspomnienia.
Zabrał mi mikrofon dopiero jak w mojej opowieści o zrzuceniu należącego do nadrektora fortepianu z uwięzionym wewnątrz instrumentu kolegą Kowalskim pojawił się taras.
Widocznie na Łódzkiej Politechnice nie mają tarasu.
Chwilę się jeszcze pokręciłem, a po siedemnastej dziewczyny wyszły i razem wróciliśmy do domu.

I zdążyłem obejrzeć drugą część gruzińskiego pogromu.


Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX