#EPIZODY: O krwiodawstwie 2/2

23 maja 2015

O krwiodawstwie 2/2


Wiele lat temu** oddawałem honorowo krew.
Efektem było wykształcenie we mnie nawyku długiego okupowania łazienki. Chodzi o to, że za każdym razem po oddaniu dostawałem worek czekolady, a oddawałem najrzadziej raz w miesiącu i... to było naprawdę dużo czekolady, więc sami rozumiecie.

Najmilsza się o tę łazienkę złości, mógłbym więc śmiało powiedzieć, że całe to honorowe krwiodawstwo dało mi jedynie powód do zabawnych dyskusji. 
Jednak nie byłaby to cała prawda...
Dzięki szarej** książeczce mogłem w aptece sięgnąć po nią do kieszeni i  powiedzieć jakiemuś posłowi na Sejm "Ja też mogę poza kolejnością, a jakoś się kurwa nie pcham". 
To, że nigdy tego nie zrobiłem, bo nigdy żaden się przede mnie nie wepchał, to inna sprawa. Mogłem!

Mogłem nie chodzić do pracy. W dowolny dzień tygodnia raz, dwa razy w miesiącu, dajmy na to w poniedziałek po męczącym weekendzie. Co prawda na kacu krew robiła się gęstsza i biorca po operacji mógł się obudzić lekko nawalony, ale przecież to powód do radości, a nie do zmartwień.
Jednak wyobraziwszy sobie Hugh Lauriego zatrzymującego się, robiącego minę a'la chłopiec z "Zaczarowanego ołówka"  i mówiącego "A czy ktoś z was idioci sprawdził, czy człowiek, który naszemu pacjentowi oddał krew był trzeźwy?", nigdy z takiego "poniedziałkowego" zwolnienia nie skorzystałem. 
Skorzystałem raz, w środę 12 września 2001 roku, po całonocnym kopaniu okopu wokół bloku.

Za oddawanie krwi mogłem też dostać medal!
Nie dostałem, bo trzeba było napisać wniosek o medal, a uważałem, że pisanie "Proszę mi dać medal" brzmi równie idiotycznie jak przypięcie sobie tego medalu do surduta.
Zresztą nie mam surduta, więc nie ma o czym gadać.
W każdym razie mogłem.

Więc właściwie trzeba stwierdzić, że oprócz apteki, sporadycznego podnoszenia temperatury dyskusji, jednego dnia zwolnienia, całe to krwiodawstwo nie dawało nic specjalnego...
- Bo mam za mało oddane! - zakrzyknąłem pewnego październikowego poranka prawie rok temu i wskoczyłem w pociąg zmierzający w kierunku Parówkowej Parzonej przez Warszawę, w której, co warto zaznaczyć - miałem mieć rozmowę o pracę. 

Zaraz po tejże rozmowie odwiedziłem jedną ze stołecznych stacji krwiodawstwa, podałem książeczkę, pani docent odstawiła słoiki, wzięła książeczkę, wpisała ilość oddanej krwi i wbiła pieczątkę mrużąc przy tym oczy tak, że wydawały się skośne, całkiem nie jak u Murzynki.
Jakieś dwadzieścia dni później, znowu wykorzystując obecność na rozmowie o pracę, tym razem w Aleksandrowie odwiedziłem tamtejszy punkt i operację powtórzyłem.
A później, już w 2015 roku w Koszalinie, po spotkaniu z miejscowym, osobiście mi znanym bazyliszkiem, bo akurat pojechałem prywatnie, nie w sprawach betazawodowych.

Według moich ostatnich obliczeń do dwudziestu brakowało maksymalnie dwa litry. 

Mniej więcej po dwóch, może trzech tygodniach od wspomnianych wizyt odbierałem dwa telefony. Pierwszy informował mnie zwykle że moja kandydatura na oferowane stanowisko jest na tyle interesująca, że pracodawcy pragną zapewnić mnie o zapisaniu sobie mojego numeru w specjalnym leżącym w piwnicy zeszycie **
Drugi zaś telefon mówił, że powinienem skontaktować się z lekarzem, bowiem "zaszły pewne okoliczności".
- Że zniszczyliście moją krew?
- Skąd pan wie?
- Czary, droga pani czary.

Te rozmowy pozwoliły mi na wyciągnięcie wniosków, że zarówno by zostać dyrektorem Orlenu, jak i reporterem niewielkiego czasopisma, trzeba mieć znajomości. Oraz że stacje krwiodawstwa są ze sobą w kontakcie, jednak obarczonym opóźnieniami, co jest dość dziwne, zwłaszcza, że chodzi o krew, która może być gdzieś przydatna, dajmy na to gdy rząd będzie miał ochotę na kaszankę.

Ktoś mógłby zadać sobie teraz pytanie "po cholerę oddawałeś krew, skoro wiedziałeś, że i tak ją zniszczą? Czy cierpisz na jakąś wirtualną formę masochizmu?"
Właściwie Najmilsza to pytanie zadała, tylko ujęła je inaczej:
- Że co?! - o w ten sposób.
- Jajco - odparłem, bo jestem cham i prostak.
- Nie no i10, weź mi wytłumacz, przecież to głupie.
- Zobaczysz - mówiłem z tajemniczą miną - to będzie niespodzianka.
No i była.


Największą niespodzianką była moja pomyłka w obliczeniach. 
Łódzka stacja ustami swojego nieco podobnego do Tauba (gdyby Taub nosił sukienki) pielęgniarza poinformowała mnie, że limit, od którego można jeździć po Łodzi za darmo komunikacją miejską został zwiększony i obecnie wynosi nie dwadzieścia, tylko dwadzieścia dwa litry oddanej krwi.
- ...co w pana przypadku nie ma znaczenia, bo ma pan oddane - Taub zerknął w komputer - ponad trzydzieści cztery.
Sytuacja ta mogłaby rzucać pewne światło na przyczyny, dla których nikt nie zatrudnił człowieka nie potrafiącego liczyć do trzydziestu pięciu i to przy pomocy kalkulatora, gdybym się nad nią zastanowił. Jednak tego nie zrobiłem, tylko przesunąłem w jego stronę dowód osobisty w celu wypisania zaświadczenia.
Na koniec pielęgniarz poszedł po pieczątkę, wrócił i oddając wydrukowany kwit, wskazał stojący obok niego stojak ze "Strażnicą" proponując, żebym sam sobie odpowiedział dokąd ten świat zmierza.
Wziąłem, uważam, że czytania nigdy dość.





No i od czwartku mogę jeździć komunikacją miejską za darmo.
Do końca życia.

O ile obowiązujące prawo się nie zmieni**.
Na pewno w Łodzi, a chyba w kilku innych miastach też.

Na tym swoją przygodę z krwiodawstwem zakończę, takoż i ten tekst, bo Najmilsza się dobija do łazienki.


EPILOG, a właściwie małe wyjaśnienie:

Uprzedzając ewentualne sugestie, że oddając "złą krew" narażałem biorców wyjaśniam:
W dzieciństwie wziąłem udział** w pewnym wypadku, dzięki któremu wylądowałem z dość poważnymi uszkodzeniami w szpitalu. Reperacja uszkodzeń wymagała między innymi transfuzji. 
Krew zacząłem oddawać wiele lat PO tym wypadku, a że jedno z pytań formularza brzmiało "czy  kiedykolwiek miałeś transfuzję?", zawsze zaznaczałem "tak". Lekarz, który mnie zdyskwalifikował zrobił to złośliwie twierdząc, że oddawanie niesie ryzyko dla mnie, nie dla biorców. 
Po ponad trzydziestu litrach. Kretyn.
W każdym razie ryzyka dla osób, które dostały moją krew nie było. Chyba tylko takie, że tak jak ja będą mieli wypadek. A nie sądzę, żeby to było zaraźliwe.




Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX