#EPIZODY: O psychotestach

1 marca 2015

O psychotestach

Jakiś czas temu w momencie odkrycia, że moja przydatność na rynku pracy stała się równa lub mniejsza od zera, czego dowiodły setki odbytych przeze mnie rozmów dyskwalifikacyjnych - postanowiłem zacząć działać.
Możliwości były dwie, jednak ponieważ akurat nie miałem pomysłu na żaden doktorat - pozostawało założenie bloga.

Półtora roku później znowu stanąłem na rozdrożu.
Mogłem odrzucać ogłoszenia o pracy z wymaganą kategorią C, lub sprawdzić jak się takie prawko robi.



Żeby zdobyć uprawnienie do prowadzenia ciężarówek, dzięki któremu miałem zostać zatrudniony przez wielką, amerykańską firmę poszukującą Bruce'a Springsteena polskich szos, potrzebne mi były cztery rzeczy, z których chwilowo miałem tylko dwie*. Prawko na osobówki i dowód osobisty.
Brakowało dwóch pozwoleń od dwóch lekarzy.
Zwykły lekarz plus psychotesty.
- I tak będziesz musiał za nie zapłacić - doradziła Monisia żując czyjś palec (albo czerwoną gumę do żucia). - A za normalnego lekarza... wcale nie wiadomo. Może... - westchnęła - ... kiedyś nadejdzie ten dzień... - westchnęła ponownie - ...że się ubezpieczysz. Ale wątpię - dziamgnęła gumą - Więc najpierw idź na psychotesty.

Najmilsza ją poparła, prościej było posłuchać niż dać się wciągnąć w polemiki obliczone na użycie argumentów "bo my jesteśmy dwie" i "bo tak".

Badanie można zrobić w dowolnej poradni psychologicznej. Mogłem pojechać do Manufaktury w której niedawno otworzył się gabinet "Nie bądź czubem# Yeah!". Można było skorzystać z jednej z licznie reklamujących się przychodni internetowych, w  których na badaniach nie trzeba nawet być obecnym osobiście i których zaświadczenia "wyglądają jak oryginalne". W końcu można było pójść do szpitala psychiatrycznego, leżącego "o dwa strzały z łuku" od Stoków według twierdzeń przedostatniego z facetów w białych koszulach, pojawiających się co jakiś czas w spożywczym.
(Przy czym - ponieważ nie zdążył sobie rozwiązać rękawów - łuk trzymał stopą, co każe przypuszczać, że chodziło mu o krótsze "strzały z łuku" niż te, którymi posługujemy się na co dzień.)

Wybrałem szpital.
Następnie znalazłem poradnię, zadzwoniłem, umówiłem się, pojechałem, znalazłem gabinet, kazałem mojemu drugiemu ja stulić pysk przynajmniej na pół godziny, zapukałem, wszedłem i głosem jakiego mógłby użyć ktoś całkowicie zdrowy psychicznie  powiedziałem "dzień dobry".
- Dzień dobry - powtórzyłem po chwili odrobinę głośniej.
Mężczyzna w kitlu  nie przestał podlewać ustawionych na parapecie mięsożernych kwiatków.
Widziałem tylko jego sylwetkę czule pochyloną nad roślinami i delikatnie ściskającą kciukiem i palcem wskazującym uchwyt wiadra.
Chrząknąłem w sposób podobny człowiekowi i w ogóle nie jak osoba, która za chwilę oświadczy, że jest świnią.
Sylwetka odwróciła się i przestraszona moim widokiem wybałuszyła oczy.
Uśmiechnąłem się w sposób absolutnie niepsychopatyczny. Patrzyliśmy na siebie jak lemur na debila. W momencie, gdy zacząłem myśleć o ucieczce, lemur odstawił konewkę i wyjął z uszu słuchawki.
- Co.
Mimo wyraźnego braku znaku zapytania powtórzyłem:
- Dzień dobry. Ja na psychotesty.
- Aha! Na psychotesty! - zabrzmiało jak "Aha! Do abordażu!" - Już moment! Chwila, już zaczynamy, już zaczynamy!
Odgarniając stosik leżących na biurku papierów sięgnął do różowego segregatora. Po chwili grzebania wyciągnął z niego niebieską kartę i pokazał mi ją tryumfalnym gestem. Pewnie rzadko mu się trafiają niebieskie. Spoważniał, przebiegając wzrokiem treść karty i spoglądając to na mnie, to na kartę. Na koniec skrzywił się co najmniej jakby na karcie było napisane, że umówiłem się żeby wpaść i zrobić sobie lobotomię.
- Sztaplarka?
Czyli jednak nie było napisane tak jak myślałem.
- i10 - powtórzyłem.
Machnął ręką, a ruch powietrza zatargał firanką odsłaniając okno wypełnione wpatrzonymi we mnie twarzami szaleńców.
Wzdrygnąłem się i upuściłem swojego Szczęśliwego Martwego Lisa.
- Pytam, czy robi pan uprawnienia na sztaplarkę? - sprecyzował, gdy schyliłem się by podnieść przedmiot, z którym nie rozstaję się odkąd babcia powiedziała, że zawiera duszę dziadka i że mam go pilnować.
- Nie - odparłem - uprawnienia na kategorię C.
- Nooo, trzeba było od razu mówić!** - lekarz, choć traciłem pewność, że był lekarzem, odłożył niebieską kartę do różowego segregatora i sięgnął za siebie po segregator niebieski. Po chwili okazało się, że zawierający karty koloru żółtego. W psychiatryku. No pięknie.
- Pan i10?
- To ja.
- Uprawnienia na kategorię C?
- Tak.
- No... to byliśmy umówieni...- kilka szybkich zerknięć i nie wiem czemu służących porównań karty z moim wyglądem doprowadziło do zakończenia - ... na dzisiaj.
Rozpoznałem, że test się rozpoczął.
- Wiem - kiwnąłem głową z góry na dół. - Dlatego przyszedłem.
- To niech pan siada, niech pan siada. Dowód jest?

Po sprawdzeniu, że to moje nazwisko jest zapisane na żółtym kartelusiku, lekarz przedstawił cenę.
Wystawione przez niego zaświadczenie, że jestem normalny, miało mnie kosztować półtorej stówy. Masakra, ale czego się nie robi dla zdobycia pracy kierowcy ciężarówki?

Od razu dowiedziałem się również i wiedzę tę niniejszym przekazuję, że:
zawodowego prawa jazdy nie zrobi żaden absolwent dzisiejszych gimnazjów.
Bowiem na samym początku jest ankieta, a w niej ani jednego obrazka!

Ankieta zawiera sto pytań. Jedno dziwniejsze od drugiego.
Na przykład "Czy martwiłoby cię posiadanie długów?".
"Martwiłoby mnie jakby co?" - zastanawiałem się.  "Jakbym ich nie miał? Jakbym nie miał długów to raczej nie martwiłoby mnie posiadanie długów. Tak sądzę."
Te same zastanowienia ogarnęły mnie przy próbie odpowiedzi na pytanie "Czy czasem nie mam wrażenia, że nie mam jakiegoś wrażenia".

Nie miałem natomiast problemów z "Czy jest wiele osób, które cię unikają?".
Policzyłem ludzi, których nie widuję być może właśnie dlatego, że mnie unikają, wyszło ponad siedem miliardów "unikaczy" więc zaznaczyłem "tak".

Jednak nigdzie nie można było zaznaczyć "nie wiem", w teście były wyłącznie odpowiedzi "tak" lub "nie".
W momencie, gdy w którymś pytaniu badacz zauważył, że zaznaczam obie odpowiedzi, zapytał co robię.
- Waham się. Zaznaczenie obu oznacza, że jestem niezdecydowany.
Wszak niezdecydowanie było oznaką mojej normalności . "Wiem, że nic nie wiem" i takie tam!
- Nie może pan zaznaczać dwóch - zostałem uświadomiony. - Trzeba jedną.
To tak zrobiłem.

Później sprawdziłem, że był to zwykły test osobowości zawierający pytania wzajemnie się potwierdzające lub wykluczające i każdy jeden Czytelnik Epizodów zdałby go śpiewająco.
Co prawda na koniec mogłoby się okazać, że wspomniany Czytelnik jest chorobliwym kłamczuchem i introwertycznym psychopatą, ale zdać - zdaje każdy.

Zaznaczyłem wszystkie odpowiedzi, oddałem lekarzowi ankietę by sprawdził, jak bardzo źle mam w głowie i zgodnie z jego zaleceniem przeszedłem do pokoju maszyn.

Tu zasady były prostsze. Musiałem zapalać lampki, ustawiać patyczki żeby były równo, na badaniu słuchu zadzwonił mój telefon, psując nieco wynik, a na wzroku... nie zdałem.
Wieki temu, podczas badań na kategorię B, zasłoniłem lewe oko ręką ale patrząc przez palce odczytałem LEFODPCT na tablicy okulistycznej.
I wtedy lekarz popatrzył przez palce na moje patrzenie przez palce.
Niestety w XXI wieku zakładają na łeb wielki, kompletnie nieprzezroczysty kask i zatykając oko gumową przepychaczką do rur, każą wypatrywać pojawiającego się światełka.
Nie da się podejrzeć, a zgadywanie gówno dało.

Tak więc nadal nie będę czytał ogłoszeń zawierających "z kategorią C", ale przynajmniej pokonałem rozdroże.
Chyba.









Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX