#EPIZODY: O apokalipsie

28 marca 2015

O apokalipsie

Wywołane zbyt mocnym dokręceniem nakrętki odkształcenie uszczelki (rozmiar pół cala) doprowadziło do wycieku wody. Choć był niewielki - jego ilość wynosiła ledwie kilka kropel, jednak pojawiał się systematycznie. Mianowicie wtedy, gdy po skorzystaniu z czwartej kabiny męskiej toalety na siódmym piętrze użytkownik spuścił wodę, oraz gdy spuszczali ją pracownicy zewnętrznej firmy sprzątającej, czyli według raportu w każdy piątek.


Te przełomowe kilka kropel spadało zawsze w to samo miejsce i według faktury za wymianę spłuczek trwało to dokładnie trzy lata, siedem miesięcy i dwanaście dni, więc nie dziwi podejrzenie, że miejsce było doprowadzone co najmniej do irytacji. Pewne natomiast jest, że zostało doprowadzone do zardzewienia, bowiem było z metalu. W końcu, miejsce przerdzewiawszy do cna - pękło.

Nie można wykluczyć, że runięcie podświetlanego sufitu w narzędziowni przeszłoby niezauważone. 
Gdyby nie było w niej ludzi.
Jednak los chciał, żeby akurat wtedy odbywały się tam połączone szkolenia zatytułowane "Czy w toalecie powinno się wyłączać zestaw słuchawkowy? Za i przeciw." oraz  "Zasady dodawania wpisów na listę Jak Klient nazwał router...
I właściwie nadal nie byłoby problemu, sytuacja byłaby nawet zabawna, gdyby nie fakt, że po przygnieceniu sufitem od porażenia prądem zginęli nie tylko uczestnicy szkolenia, ale też prowadzący. 
Czyli facet, który po zakończeniu szkolenia miał wyłączyć piekarnik.

Co było dalej - wszyscy wiemy, opisywały to szeroko media.
Piekarnik podgrzał leżący na nim styropianowy talerzyk, ten zaczął dymić, zadziałał system przeciwpożarowy, nakapało na zasilacz, spięcie, brak benzyny w agregacie prądotwórczym, serwery się przełączają w tryb awaryjny i sru! pół Polski nie ma internetu.

A ponieważ byłem w tej drugiej połowie, mój internet wysiadł dokładnie dzień później. Być może ze względu na lagi.

Sieć biega sobie po naszym mieszkaniu i podskakuje dzięki routerowi. Urządzenie stoi na kuchennym parapecie i włączone jest non stop, więc idąc do kuchni na przykład żeby popatrzeć na całkowite zaćmienie słońca, można by było zauważyć  migoczące zielono pomarańczowe światełka, dzięki którym człowiek nie wlezie we framugę łamiąc sobie nos, bo ma wyznaczone takie jakby podejście do lądowania. 
Do migoczącego routera podłączone jest wszystko, co tylko się podłączyć dało. 
Czyli komputer Najmilszej i mój, nasze telefony, tablet, wszystkie telefony jakie Monisia kiedykolwiek sobie kupiła, chyba, żeby jakiegoś nie przyniosła, bo i tak przecież mogło być, pewności nie mam. Chociaż wątpię, przynosi raczej wszystko i tylko z jej powodu zmieniłem hasło do wifi na "1234". I tak nie potrafi zapamiętać. Oraz, oczywiście, podłączeni są ci z moich sąsiadów, którzy sprawdzili, czy jakiś idiota nie ustawił hasła "1234".
Ale ja nie o tym.
Tylko o tym, że jakoś na początku tygodnia w piękny bezchmurny, ale jednak nadal mroźny poranek wszystko, cały ten sprzęt stał się bezużytecznym martwym szmelcem, nadającym się co najwyżej do prowadzenia rozmów telefonicznych lub pisania tekstów albo montowania dźwięków i dodawania do nich osobiście namalowanych obrazków tak, by z tego powstał film i do jeszcze paru innych rzeczy! Ale do połączenia się z internetem nie.
Nic nie zwiastowało nieszczęścia.
Po obudzeniu udało mi się zrobić kawę, łazienka też współpracowała, pies na poranną kupę wyszedł nawet chętnie, pewnie dlatego, że wieczorem nie zrobił. 
Za to już sprawdzenie przed domem poczty na telefonie nie pyknęło.
Gwiżdżąc zachęcająco do Zmory, której tuptanie oznaczało, że za chwilę będę musiał z reklamówką wczołgać się pod krzaki, podniosłem telefon w stronę kuchennego okna. 
Ani pies, ani telefon nie zareagowali.
Minutę później otrzepując zaschniętą trawę z łokcia i bezmyślnie mnąc nieokreślony kształt w dłoniach, zapatrzyłem się w dal... Coś było nie tak.

Ruter, na którym nie palą się zielone lampki wygląda strasznie. 
Wchodząc do kuchni krzyknąłem i złapałem się za serce, a Zmora zaczęła wyć.
Kiedy odzyskałem przytomność zegar mówił, że nie uczestniczyłem w wydarzeniach ostatnich dwóch, czternastu, dwudziestu sześciu, trzydziestu ośmiu, lub pięćdziesięciu godzin. Ponieważ dosłownie użył słów "Joł, i10! Nie uczestniczyłeś w wydarzeniach godzin, których liczba da się opisać wzorem 12x+2 dla x będącego liczbą naturalną, czaisz to chłopie!?" - uznając, że śnię postanowiłem się obudzić.
Gdy się ocknąłem po raz drugi zegar wydawał się prawidłowo oniemiały, więc macając się po brodzie w celu dokonania mimo wszystko oceny upływu czasu, uniosłem głowę, by sprawdzić czy Zmora z głodu nie zjadła mych nóg.
Czując ulgę, że tak się nie stało, na wszelki wypadek rzuciłem głową w lewo i w prawo.
Siedzący na końcu ostatniego spojrzenia pies nadal wył. 
Zaś router nadal był złowieszczo wygaszony.
Człowiek nigdy nie myśli co by zrobił w takiej sytuacji dopóki się w niej nie znajdzie. Tak jak nigdy nie myślimy co byśmy zrobili gdybyśmy wygrali w totolotka, albo zostali sami jako ostatni ludzie na świecie - tak nikt nigdy nie zastanawiał się co by zrobił, gdyby w jego domu przestał działać internet.

Skalę zniszczeń obrazowały znaczki "brak zasięgu" na tablecie, telefonie i komputerze.

Prawdziwego mężczyznę poznać po tym, że działa.
Tak pomyślawszy otarłem łzy, wysmarkałem nos i nalałem sobie szklankę wódki.
Wtem myśl jak błyskawica uderzyła w mój mózg - "Trzeba zadzwonić!"
Pod 112 powiedzieli, że u nich działa i żebym spróbował u swojego dostawcy.
Ale do dostawcy dodzwonić się nie dało. Łódź jest podzielona w większości na dwóch dostawców i Stoki są obsługiwane głównie przez jednego z nich. Pewnie dzwonili wszyscy.
Nawet, gdy dla zmyłki wciskałem trójkę, że niby dzwonię w sprawie "telewizji", szóstkę "w sprawie prania", czy dziewiątkę "jeśli kogoś zabiłeś i chcesz pozbyć się trupa" - za każdym razem słyszałem "wszystkie linie są zajęte, spróbuj zadzwonić innym razem, na przykład pojutrze, sio".
Koło południa komunikat zmienił się na "tak, wiemy, że jest awaria, staramy się ją naprawić, więc chwilowo nie zawracajcie nam dupy" i wtedy zrozumiałem, że nie mogę zrobić więcej nic.

Dopiłem alkohol zastanawiając się "I co by tu dalej?"
Na początek poskładałem swoje rzeczy, Najmilsza powinna się ucieszyć. Przypomniawszy sobie ubiegłotygodniowe narzekania na stertę naczyń w zlewie, przezwyciężając lęk jaki budził we mnie wygaszony router,  poszedłem do kuchni i pozmywałem wszystkie, i to tak, że prawie można by z nich jeść.
Umyłem okna.
Wyrzuciłem choinkę.
Co jeszcze?
Gdy do głowy zaczęły mi przychodzić pomysły ogolenia psa na łyso - powiedziałem sobie "dość".
I żeby ochłonąć wyszedłem na dwór.
Z sąsiednich kamienic wychodzili też inni.
Były nas setki, tysiące nawet, patrzyliśmy na siebie z zaciekawieniem, oprócz oczywiście tych, którzy musieli patrzeć pod nogi, żeby sobie nie nadepnąć na kroplówkę i nie upaść.  
- Witam - gość owinięty w szlafrok podsuwając mi pod nos album ze zdjęciami próbował zachowywać się, jakby nic się nie stało.  - To są zdjęcia mojego kota.
- Chcecie państwo powiększyć sobie penisa? - mężnie spróbował dostosować się do nowej sytuacji właściciel głosu w rosnącej grupce po mojej prawej stronie.
Duża grupa ludzi młodszych ode mnie, najwyraźniej wiedząc co nieco o czasach sprzed internetu, usiadła w piaskownicy i próbowała jeść piach.
Kilkanaście  osób wzajemnie spychało się z obu poprzeczek trzepaka, górnej i dolnej.
Pod oknami kamienicy naprzeciwko długowłosa okularnica w kapciach rzucała  na ziemię banknot, po czym chwilę mu się przyglądała wyraźnie czekając aż zmieni się w sadzonkę jakiegoś warzywa, podnosiła go i upuszczała kilka centymetrów dalej.
Czyli da się? Da się!

Ale ja tak nie potrafiłem. 
Oczywiście - pomyślałem, żeby pójść do kina! To była pierwsza myśl jeśli nie liczyć tej, w której wysyłam piętnaście tysięcy widokówek z napisem "nie mam internetu :( i10" do piętnastu tysięcy Czytelników fanpejcza.
Niestety, repertuar pozostawał poza moim zasięgiem, a pójście na "co ma być to będzie" wydawało mi się równie sensowne co uruchomienie na Youtube playlisty z reklamówkami wyborczymi PSL.

Wtedy postanowiłem się zabić.


Całe szczęście dla mnie, że nie miałem możliwości sprawdzenia najlepszego sposobu na samobójstwo, a gdy kilka minut po trzynastej, po przerażających stu - może stu dwudziestu minutach od odkrycia awarii router rozświetlił kuchnię na zielono - powód dla którego miałbym je popełniać, sam się, że tak powiem rozwiązał.



Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX