#EPIZODY: O propagandzie

O propagandzie

Propaganda różni się od marketingu tym, że odbywa się w ukryciu, a jej używanie jest skrzętnie przed odbiorcami skrywane. 
Dlatego definicja tego słowa nie została umieszczona w czterotomowej encyklopedii PWN z 1981 roku, co nie dziwi nikogo zdającego sobie sprawę z faktu, że rzeczywistość lat osiemdziesiątych opierała się prawie wyłącznie na propagandzie mimo, że (zgodnie z moją śmiałą tezą) jej autorzy uparcie temu zaprzeczali.

"Tysiąc domów na tysiąclecie!", "Amerykańscy bezrobotni śpią w śpiworach!", "W Pyrzycach tuż po porodzie noworodek powiedział norweskie przysłowie, przetłumaczone przez przebywającego akurat w szpitalu uciekiniera politycznego z Norwegii!" krzyczały ówczesne kłamliwe nagłówki gazet*.
W latach osiemdziesiątych propaganda istniała, ale do encyklopedii nie trafiła.
Co prawda nie trafiło do niej także słowo "marketing", ale to prawdopodobnie dlatego, że nie zostało jeszcze wynalezione.
W każdym razie różnica polega na tym, że działań marketingowych nikt przed nami celowo nie ukrywa... a propagandowe to i owszem.
Istnieje oczywiście możliwość, że moje śmiałe, oryginalne i kontrowersyjne przypuszczenie jest całkowicie błędne i różnica polega na czymś innym. Jeśli tak jest - chętnie dowiem się z Waszych komentarzy*.
Na szczęście wywalczyliśmy sobie, że dzisiaj "propaganda" przestała być słowem tabu i jej znaczenie można sprawdzić nawet w kilku źródłach, tak więc zrobiłem.
Według pierwszego z nich, Wikipedii, propaganda to celowe działanie zmierzające do ukształtowania określonych poglądów i zachowań zbiorowości lub jednostki, polegające na manipulacji intelektualnej i emocjonalnej, czasem z użyciem jednostronnych, etycznie niewłaściwych lub nawet całkowicie fałszywych argumentów.
Pozostałe źródła czyli Najmilsza, Monisia i Róża, może nie podawały ścisłej definicji, ale przykłady propagandy w działaniu, posługując się odpowiednio: stacją telewizyjną słynącą z posiadania łatwopalnej bazy transportowej oraz modą na rzeczy zawierające przedrostki "eko" lub "bio". A także (mniej odpowiednio) zespołem muzycznym, jednak pamiętajmy, że Róża ma czternaście lat i wychowuje ją matka.
W dalszej części definicji Wikipedia podaje, że propaganda obejmuje szeroki zakres form. Może być to sztuka (...), fotografia, muzyka i radio (a obecnie również telewizja i Internet), język ciała oraz taniec, literatura (praktycznie w każdej znanej formie, także ulotki), teatr oraz kino.

No i mi chodzi o kino.

Bowiem daliśmy się skusić reklamie i przeczytawszy na  Internet Movie Database że "Wywiad Ze Słońcem Narodu" oceniło dziesięć tysięcy osób, a średnia ich ocen wynosi dziesięć (w skali dziesięciostopniowej), czyli dużo więcej niż miał Asterix i Obeliks Misja Kleopatra, zlekceważyliśmy groźbę północnokoreańskiego zamachu i ten film obejrzeliśmy.

Błąd.

Monisia towarzyszyła mi w seansie dziesięć minut dłużej niż Najmilsza raczej z racji obowiązku - w końcu to był jej pomysł, ale w połowie filmu ona też zrezygnowała:
- Wyłącz, szkoda czasu - powiedziała, gdy z ekranu padł czterdziesty trzeci żart o homoseksualizmie, homoseksualistach i podejrzeniach, że przywódca Korei Północnej Kim Dzong Un to podły, pozbawiony skrupułów, pełen morderczych instynktów kretyn, a na dodatek pedał.
Nie wyłączyłem, ponieważ kilka dni wcześniej czytałem wiadomości.
"W obawie przed zamachami Sony odwołuje seanse!" - krzyczały rano nagłówki. "Pierwszy afroamerykański prezydent opierniczył Sony!**" - dodawały wieczorem. A kolejny dzień później, gdy świat nadal zastanawiał się co ma Obama do japońskiej firmy, japońska firma oświadczała, że kontrowersyjne, wzbudzające koreańskie protesty dzieło puści i to wszystkim.
W YouTubie.

Można by pomyśleć: narazili nas.
Nie narazili. To była jedna wielka bzdura.
Cała ta szopka z "groźbami ataku", razem z prezydentem dziwacznie protestującym przeciwko "poddawaniu się naciskom" były elementami amerykańskiej propagandy. Tak mającymi się do rzeczywistości jak "Najmilsza" i "Monisia" do prawdziwych imion dziewczyn, albo nawet mniej.
Jestem pewien, że nikt nie protestował, nie było groźby zamachów.
Ponieważ film jest tak głupi, że od czasu wizyty w Muzeum Animacji w Łodzi nie widziałem głupszego.
Fabuła osadza się na pomyśle wysłania dwóch amerykańskich dziennikarzy do Korei Północnej, gdzie mieliby zrobić wywiad z przywódcą tego kraju, albo jeszcze lepiej zamach na niego (co proponuje CIA). Dziennikarze są niedorozwinięci umysłowo i znajdują gimnazjalną wręcz radość przede wszystkim w żartach na temat odbytu, penisa i ich wszelkich połączeń. Film mógłby nosić tytuł  "Żenujący i bardziej żenujący". Dla przykładu: przypominające szyszkę urządzenie, które miało zrobić coś mało interesującego, chowają sobie gdzie? Wiadomo... takie tam, no normalnie szkoda gadać. 
Na końcu zabijają Kim Dzong Una, albo nie zabijają. Nie jestem pewien, bo ekran zasłonili mi ratownicy medyczni zszywający żyły moich przedramion.
Ścieżka dźwiękowa zależy od widoku na ekranie. Jak widać Amerykę - słychać chóry, jak Koreę**
jęki i zgrzytanie zębów.
Skąd się zatem wziął wynik 10/10 na IMDb? 
Możliwości są dwie:
Amerykanie to debile.
Lub wynik był sfałszowany.
Skoro Obama zaprzągł do swojej machiny propagandowej firmę z dalekiej Japonii - co mu szkodziło przy okazji wpłynąć na administratora wpisującego wynik na amerykańskiej stronie? Nic.

W każdym razie aż przykre, że to zrobił. 
Spędzenia dziewięćdziesięciu ciągnących się jak potrącona żaba po autostradzie, ale nie tak pełnych emocji, a wyłącznie rozczarowania minut, nie polecam przede wszystkim osobom urodzonym w XIX i XX wieku. Młodsi, szczególnie jeśli mają mało rozczarowań i potrzebują nowych, niech idą.

Wszystkich, bez względu na wiek zachęcam za to do zaplanowania części życia na obejrzenie  "Faktów i aktów" - produkcji z 1997 roku pokazującej jak naprawdę może działać propaganda i dla miłego zabicia czasu, dwóch zeszłorocznych filmów: "Interstellar" oraz "Whiplash".

Oba mówią o zmianach jakie powoduje upływ czasu, powstających bez względu na to, czy go zabijać sympatycznie, czy też nie. 
W obydwu wielkie znaczenie ma dźwięk. Ale to twórcy  "Interstellar" pokazali, że w kosmosie się on nie rozchodzi**, co podsunęło Monisi pomysł nakręcenia "psychologicznego thrillera o jakichś ludziach latających w kosmosie, o czymś tam od czasu do czasu rozmawiających , ale nic nie byłoby słychać, bo w kosmosie dźwięk się nie rozchodzi!".











Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX