#EPIZODY: O miłości rodzinnej

4 stycznia 2015

O miłości rodzinnej

Noworoczny pobyt nad morzem zbiegł się z końcem weekendu, co wraz z Najmilszą postanowiliśmy wykorzystać na zwiedzanie Szczecina i męczenie rodziny swoją obecnością.
Oni, czyli ta rodzina oczywiście mówią, że "nie, nie i10, w ogóle nie przeszkadzacie, siedźcie sobie najlepiej do kolejnego Nowego Roku", ale Najmilsza swoje wie i jej zdaniem powinniśmy natychmiast się spakować i wracać.
Wniosek wydawał się prosty: Szczecin jej się nie podoba.

- Szczecin mi się bardzo podoba - skłamała, gdy próbowałem dociec czemu tak naprawdę chce wracać. - I naprawdę uważam, że po prostu nie powinniśmy siedzieć twojej rodzinie na głowie zbyt długo.
"Mojej rodzinie". Aha.

A rodzice się naprawdę cieszą, rzadko mają okazję nas oglądać. I pewnie też o to trochę chodzi. Bo z tej radości mama wmusza w Najmilszą rezultaty wszystkich swoich najlepszych przepisów. Ciast drożdżowych, zalewajek, sałatek z brokułami, grzybów w sosie słodkim, w sosie ostrym i w sosie niezdecydowanym oraz setki innych przysmaków. A przecież to, co dla mnie jest przysmakiem - dla Najmilszej może być niejadalnym wynalazkiem? Będę ją musiał zapytać.

Ale nie o tym...

Tylko o tym, że sporo czasu spędza z nami moja siostra Ania.
W przeddzień Sylwestra pojechały do gabinetu kosmetycznego żeby Najmilsza mogła obejrzeć zabieg powiększania ust. Dzięki temu zabiegowi przez cały wieczór sylwestrowy  ze szwagrem nazywaliśmy Anię glonojadem i kilkakrotnie proponowaliśmy jej poczęstowanie się zielonym groszkiem, który szwagier rozgniótł na szybie. Głupie żarty jak to po alkoholu. Pierwszego stycznia opuchlizna jej zeszła i usta wyglądają na tyle "lepiej", że Najmilsza zamierza podczas następnej wizyty zabrać Monisię i też "coś poprawić".
Akurat bo jej pozwolę.
I tu jest dobry moment, żeby dać całkowicie darmową poradę dla Czytelniczek, które zechcą kiedykolwiek zmienić kształt swoich ust:

LUSTERKO NIE MÓWI WSZYSTKIEGO. LUDZIE, KTÓRZY NIE SĄ WAMI, WIDZĄ RÓWNIEŻ PROFIL!
A poza tym są przyzwyczajeni do kształtu jaki macie w tej chwili. Nie trzeba nic zmieniać.
Ale o operacjach plastycznych (które one nazywają "medycyną estetyczną") również nie chciałem pisać.
To znaczy chciałem, jednak nie w tym momencie.

Dzisiejszy tekst będzie o pracy Ani.

Ania pracuje bowiem w sieci sklepów Ropuszka.
Jako przedstawiciel handlowy.

Żeby otworzyć sklep Ropuszki trzeba mieć jedną rzecz.
Nie są nią pieniądze, nie są również chęci. Nie trzeba mieć zamiłowania do handlu, nie trzeba mieć wykształcenia, ba! nie jest wymagane nawet posiadanie mózgu.
Jedynym, za to absolutnym warunkiem wymaganym przez sieć, zanim ta pozwoli nam otworzyć sklep, jest posiadanie żyranta.
Żyranta zabieramy do notariusza, podpisujemy weksel, a później...

- A później ja z tym nowym ajentem taki sklep otwieram i okazuje się, że na początek muszę mu wytłumaczyć co oznacza słowo "parafka", bo nie wie - opowiadała Ania siedząc w  domu naszych rodziców nad kawą.
- Sklep wyposaża firma. - kontynuowała - Dają meble, kasę, towar, wszystko. Pracowników też.
- Pracowników nawet dają?
- A kim ja jestem? Idę i układam im na półkach, bo cymbał jeden z drugim nie potrafią przeczytać w opisie wyglądu sklepu, że groszek ma stać za kukurydzą i postawili go na przykład do lodówki, gdzie zamarzł. Wtedy ja jadę, robię protokół szkody, przestawiam nową dostawę w inne miejsce, tłumaczę po raz setny, że w zamrażarce można trzymać tylko mrożonki wymienione na liście, na wszelki wypadek listę drukuję po raz kolejny, przyklejam temu ajentowi na czole i jadę do drugiego sklepu, gdzie kolejnemu kosmicie nie chciało się wynieść kartonów  do śmietnika, więc je próbował spalić w toalecie i strażacy chcą porozmawiać z przedstawicielem firmy, czyli ze mną. Po drodze do straży dzwoni ten pierwszy ajent, żeby mi powiedzieć, że się przez przypadek zatrzasnął w zamrażarce i nie jest pewien, w którą stronę się zmniejsza chłodzenie, na plus czy na minus.
Mówię mu, żeby sobie nastawił mrożenie, może się zahibernuje, a naukowcy w przyszłości nie uwierzą jakich mieliśmy debili i chętnie gościa poznają.
No i się obraził i rozłączył. I dobrze, bo w międzyczasie dzwonił dyrektor regionu, który rozmowę zaczyna od "czemu pani nie odbiera, czym tam się pani właściwie zajmuje, gdy dzwonię", a następnie płynnie przechodzi do omawiania jakiegoś sklepu,  "...co właśnie wysyłam na maila, proszę otworzyć, musimy zmienić sypane produkty na tamtym regale, a dzieci o tu, dania gotowe nie tu, tylko może tam gdzie słodkie, a w rogu proszę poszerzyć napoje i nabiał, może zacznijmy od serów." I wiecie co? - Ania siorbnęła kawę, a my pokiwaliśmy głowami.
- I udało mi się zgadnąć, o który sklep mu chodzi, więc tłumaczę mu jak komu mądremu, że ustawialiśmy to całą ostatnią noc według obowiązującego standardu , a jego pomysły układania kolorów flagi Hiszpanii w każdym sklepie nie mają sensu, przede wszystkim dlatego, że właściciel sieci nie jest Hiszpanem tylko Portorykańczykiem.
- Co? - zdziwiłem się.
- Żartuję. Nie układa flagi, ale ma takie durne pomysły i trzeba je realizować. Więc rozmawiam ze strażą, podpisuję dokumenty, jednocześnie odbierając  telefon od drugiego dyrektora, który pyta, czy to prawda, że nazwałam kogoś debilem. Wysłuchuję opierniczu, obietnicy odebrania premii, a tuż przed północą  komisyjnie zamykam spalony sklep w asyście policji, patrolu biura ochrony, księdza, pana ze spawarką oraz pojawiającego się ni stąd, ni zowąd menela próbującego wszystkich przekonać, że warto wejść na sekundeczkę, po tylko jedno piweczko i można sprzedać je w półspalonym lokalu poza kasą, bo przecież nic nie zaszkodzi, ze sklep zamknięty, my walczymy z zamkiem i akurat włączył się alarm. I wtedy kochani zdarza się najśmieszniejsza część dnia. Dzwonicie wy.
- My?
- No tak. Dzwonicie i mówicie, że w waszej Ropuszce nie dodali wam do zapiekanki keczupu.





EPILOG:
Będąc zainteresowanymi pracą Ani często chodziliśmy do Ropuszki i za każdym razem  zwracaliśmy uwagę na obsługę, na towar i swoimi spostrzeżeniami dzieliliśmy się z Anią. Kilka przykładów:
- błąd w gazetce promocyjnej
- pracownik w bluzie
- przekrzywiona cena
- głupia melodyjka w drzwiach
- brak keczupu na zapiekance

Ponieważ Ania wiedziała, że czynimy tak, by okazać zainteresowanie jej pracy - okazywała zainteresowanie naszym problemom i:
- napisała maila w sprawie błędu
- napisała  maila w sprawie pracownika w bluzie
- napisała maila w sprawie przekrzywionej ceny
- napisała maila w sprawie głupiej melodyjki (i dostałą odpowiedź, że przyczyną byłą zużyta bateria)
Zaś gdy usłyszała o keczupie poprosiła o podanie telefonu chytremu pracownikowi, któremu powiedziała:
- Mówi Przedstawiciel Handlowy. Według instrukcji keczup trzeba lać i to kurwa ZYGZAKIEM!







Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX