#EPIZODY: O tym, jak zostałem szpiegiem - c.d.

22 listopada 2014

O tym, jak zostałem szpiegiem - c.d.

W zeszłym tygodniu pisałem, jak to zostałem szpiegiem.
Tydzień poświęciłem na szkolenia, które sprowadziły się do przeczytania kilku broszur (online) i na koniec wypełnieniu testu (też online) sprawdzającego umiejętność przeczytania tych broszur ze zrozumieniem.
A następnie przyszedł czas na wypróbowanie moich umiejętności w praktyce...


- Przyszedł czas na wypróbowanie pana umiejętności w praktyce - powiedziała szafowa Mi6 kilka sekund po podpisaniu umowy-zlecenia. - Pójdzie pan do dwóch placówek pewnego banku i poprosi o kredyt.
- Wątpię, żeby mi dali.
- Nie ma znaczenia. Zmyślone dane i nieprawdziwy kredyt. Ma pan tylko o niego zapytać, zobaczyć jak zostanie pan obsłużony i zapamiętać wszystko.
- Ok.

Po czym odwiedziłem dwie placówki.
Podpunkt "ś", punktu dwunastego w paragrafie osiemdziesiątym szóstym wspomnianej umowy-zlecenia zabrania mi zdradzania szczegółów zleceń takich jak "nazwa audytowanej firmy", zatem nie napiszę jak się nazywa bank (którego założycielem mógł być Charlie Chaplin).
Dość powiedzieć, że do odwiedzenia dostałem dwa miejsca.
Pierwsze załatwiłem w poniedziałek, a drugie było... w Piotrkowie.

Zatem we wtorek rano wbiłem się w garnitur, zawiązałem krawat, zarzuciłem na ramię spakowany przez Najmilszą plecak z niezbędnymi rzeczami, sięgnąłem po 
kluczyki, wsiadłem do Matiza i już na pierwszym skrzyżowaniu zauważyłem, że zapomniałem telefonu. Więc jeszcze raz dom, Matiz, stacja i oto siedziałem w pociągu niespiesznie toczącym się w stronę Piotrkowa.

Rodzice Najmilszej wpoili swoim córkom wiele pożytecznych zasad.
Zaglądając do plecaka odkryłem, że dzięki tej, która brzmi "lepiej nosić, niż się prosić" nie będę musiał nikogo nagabywać o kanapki, książkę, wieżę stereo ani damski chodak. Co mnie zdziwiło, to że kanapki były bez masła.
"Czyżby Najmilsza chciała mi coś przekazać? A tak! Masło się skończyło!" - zapamiętałem, żeby kupić i wyjąłem z kieszeni "Zasady przeprowadzania audytów", które na wyjściu dostałem od zleceniodawczyni.
i resztę drogi przypominałem sobie informacje.

Na koniec podróży nudna lektura przegryzana półsuchymi kanapkami wywołała u mnie czkawkę, z którą godzinę później stanąłem w pozłacanym obrotowym portalu banku**.

Placówka była zadbana, oświetlenie działało, podłoga umyta, a co do pracowników nie byłem pewien, czy powinienem zapamiętywać ich czystość. Na wszelki wypadek zapamiętałem, żeby w ankiecie odznaczyć "wręcz lśnili".
Według zasad zaraz po wejściu do placówki powinienem się ustawić w "najkrótszej kolejce".
Jedyny klient stał przed bankomatem.
Stanąłem więc za gościem, a ten czując się najwyraźniej niepewnie, zaczął coraz bardziej zasłaniać naciskane klawisze, pierwszy ręką, drugi całym ciałem, trzeci nakładając na głowę płaszcz, a przed naciśnięciem ostatniej cyfry odwrócił się do mnie przodem i patrząc mi prosto w oczy zaczął macać za swoimi plecami.
Czknąłem, wzruszyłem ramionami i odwracając się na pięcie zostawiłem go sam na sam z jego chorobliwym brakiem zaufania.
Podszedłem do baru zwanego przez broszurę "stanowiskiem".
Ponieważ obiecałem to Czytelnikom - położyłem przed sobą  paczkę Laki Strajków i - mimo, że nikomu tego nie obiecywałem - Kubek z Limitowanej Wkrótce Całkowicie Niedostępnej Kolekcji Kubków i10.
Na jego widok z krzesła podniosła się pracownica, którą w myślach nazwałem Głupią Siksą, a następnie przypomniawszy sobie charakter mojej wizyty Pracownicą Banku.
- Dzień dobry, co pana do nas sprowadza?
Odhaczyłem w głowie, że Pracownica Banku powitała mnie w sposób miły i uprzejmy, oraz że zapytano mnie o powód wizyty. Przeleciałem listę możliwych odpowiedzi i wybrałem:
- Pieniądze.
Jednak dziewczyna kompletnie nie łapiąc dowcipu sytuacyjnego wpatrzyła się we mnie czekając na kontynuację, przez co ośrodek w moim mózgu zajmujący się nadawaniem nazw, odrzucił karteczkę z napisem Pracownica Banku i sięgnął do kosza...
Czknąłem i wzruszyłem ramionami.
Nie pamiętałem już, czy broszura mówiła, że pracownicy powinni być dociekliwi, w każdym razie ona była:
- Jakie pieniądze?
Postanowiłem przestać udawać przeciętnego klienta:
- Potrze... hyk ...buję pieniędzy. Najlepiej kre..hyk...ydyt.
Otarłem rękawem czoło. Szykowała się ciężka przeprawa.
Pracownica Banku** poprosiła mnie o  podanie celu kredytu, wysokości zarobków, liczby osób na utrzymaniu, innych źródeł dochodów, metrażu domu, marki samochodu, Peselu oraz nazwiska nauczycielki geografii z podstawówki. Zgodnie broszurą, na tym etapie mogłem dowolnie wymyślać odpowiedzi, więc na końcu podałem nazwisko nauczycielki biologii! Ha!

Po czym zostałem poinformowany, że spoko, mogę dostać sto tysięcy kredytu. Raty wyglądają tak albo siak, można je spłacać szybciej albo wolniej, bez różnicy, natomiast umowa wygląda o tak i zgodnie z przepisami będę musiał ją podpisać krwią.
- O, w tych miejscach - po jakiejś godzinie wyjaśnień Głupia Siksa podsunęła mi pod nos stosik papierów.
Na szczęście nie musiałem niczego podpisywać. Broszura przewidziała takie sytuacje:
- Coś mi się przypomniało! - wrzasnąłem, poderwałem się  i  dostojnym krokiem opuściłem placówkę.


Teoretycznie wizyta była zgodna z zasadami.

Dowiedziałem się wszystkiego, co chciałem, informacja była rzetelna, prawidłowa i obszerna, może nawet bardziej, niż bym chciał.
Jednak po wypełnieniu ankiety, w miejscu przeznaczonym na "osobiste odczucia", w skali od jeden do dziesięciu, gdzie jeden to "dno" a dycha to "orgazm", dałem tylko dwójkę.
I niech się Głupia Siksa cieszy, że nie jedynkę! Przez bitą godzinę siedziałem zapamiętując informacje, czkając i co chwila podskakując na krześle, a ona wkręcona w swoją bankową mantrę ani razu nie zaproponowała mi wody!
Przez co informacje były trudne do zapamiętania i wyleciało mi z głowy, że w drodze powrotnej koło dworca mam oddać do serwisu wieżę i gdzieś kupić klej do podeszw.

A przede wszystkim masło!

No i o to masło w domu była awantura.

Nie będę więcej robił audytów, bo to wysoce nieopłacalny biznes. Zrobiłem dwie wizyty, za obie dostanę po dwadzieścia złotych plus oczywiście koszty dojazdu, ale dojazd tylko środkami komunikacji miejskiej, a na dworzec dojeżdżam Matizem.

Do pierwszej placówki też pojechałem Matizem i - co ciekawe - tamta, mieszcząca się w Łodzi, dostała maksymalne oceny we wszystkich kategoriach.
Mimo, że pracownik po moim podejściu powiedział:
- O kurwa! i10?!

...co było absolutnie sprzeczne z zasadami.





Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX