#EPIZODY: O tym, jak zostałem szpiegiem

O tym, jak zostałem szpiegiem

W ostatni poniedziałek, gdy czekając na zagotowanie wody na kawę zastanawiałem się, jaka zmiana konstrukcji czajnika mogłaby skrócić czas  gotowania, moje rozmyślania przerwał sygnał telefonu.
- Co? - odebrałem mało uprzejmie, bo rozwiązanie wydawało mi się czaić na obrzeżach myśli, a telefon je ordynarnie spłoszył.
- Pan i10? - głos w słuchawce mógłby należeć zarówno do kobiety jak i mężczyzny*.
- To ja. Słucham.
- Dzwonię z MI6 - powiedział głos - mamy przed sobą pańską aplikację na zostanie szpiegiem. Czy nadal jest pan zainteresowany?


Jakiś czas temu wysyłałem swoje CV do różnych firm i instytucji z przekonaniem, że jestem odpowiednim kandydatem na ich pracownika. Niestety firmy i instytucje mojego przekonania nie podzielały, więc lista wysyłkowa zataczała coraz szersze kręgi, jednocześnie znacząco obniżając loty. O ile pamiętam wysłałem aplikację nawet na stanowisko grabarza, zatem równie dobrze mogłem aplikować do MI6.
Na szpiega.
I chociaż od kilku miesięcy, wychodząc z założenia, że "co ma być to będzie", nie szukam zatrudnienia i dorywczo robię różne fuchy, to kto by nie był zainteresowany zostaniem szpiegiem?!
- Tahrghk. - zacharczałem bo z wrażenia zaschło mi w gardle. Po odkaszlnięciu powtórzyłem: - Tak. Nadal jestem zainteresowany.
- W takim razie zapraszam jutro na spotkanie - powiedział głos i podał adres w centrum Łodzi.

W bramie pod wskazanym adresem mieściła się restauracja, biuro tłumaczeń, prywatny gabinet dentystyczny  i salon tatuażu.
Żadne z nich nie nazywało się MI6. Uznałem, że to jest mój pierwszy test - sam powinienem wydedukować gdzie odbędzie się spotkanie.
Dentystę odrzuciłem z powodu wyznania. Wyznaję zasadę, że trzeba się od takich miejsc trzymać z daleka. Biuro tłumaczeń zajmowało się językiem niemieckim, a mnie zaprosił MI6 a nie Abwehra, więc też raczej odpadało.
Pozostawał salon tatuażu i restauracja.
Spojrzałem na zegarek, do wyznaczonej godziny spotkania zostało kilka minut - przejazd przez rozkopane i zakorkowane miasto zajął mi więcej czasu niż planowałem. Zatem tatuaże czy knajpa, co wybrać? Postawiłem na umiejętność korzystania z nowoczesnych technologii.
- Halo? Byliśmy umówieni na spotkanie i jestem już pod wskazanym adresem. Widzę tu kilka firm...
- Proszę wejść do restauracji - przerwał mi głos w telefonie.
No to wszedłem.

W bramach ciągnących się wzdłuż ulicy Piotrkowskiej kryje się wiele pięknych bardzo klimatycznych lokali. Można w nich trafić na wyszukane menu dań i alkoholi, można podziwiać zahaczający o sztukę wystrój wnętrz - można w końcu spotkać w nich doborowe towarzystwo łódzkich aktorów, czy po prostu osób z pierwszych stron gazet.
To nie był jeden z tych lokali. W wiszącym na ścianie menu wypisana była duża mała wódka oraz ogórek, przy czym ostatnie danie najprawdopodobniej się skończyło, bo było przekreślone. Chyba krwią.
I chociaż zdjęcie barmana rzeczywiście mogłoby znaleźć się na pierwszej stronie jakiejś gazety, to pod warunkiem, że podpis pod nim zawierałby słowo "seryjny", "maniakalny" lub "zbrodniarz".
Postanowiłem nie składać zamówienia nim nie znajdę osoby, z którą byłem umówiony.
Siedziała w kącie. 
Około trzydziestoletnia kobieta trochę podobna do matematyczki z mojej podstawówki, magister Wiśniewskiej-Przeróbtonaułamekdziesiętny. 
Wstała, gdy podszedłem.
- Pan i10? - głos miała nadal charczący.
"Przecież przed chwilą rozmawialiśmy?!"  - pomyślałem. Poza tym z iloma szpiegami się tu umówiła? Nie tylko wygląd, ale i głupie pytania miała wspólne z osobą, przez którą do dzisiaj w sklepie zamawiam "zero siedem" Wyborowej, bo coś mi nie pozwala powiedzieć "połówka", a  z kolei "zero pięć" brzmi jakbym podawał kierunkowy na Falklandy.
- Tak, to ja.
- Czego się pan napije? 
Do głowy przyszły mi dwie możliwości. Mała i duża.
Z jednej strony nie wydawało mi się, żeby szukali alkoholika, z drugiej - sądząc po agencie Romku**, umiejętność imprezowania chyba jest w tym zawodzie cenna.
Wykazując się sprytem wybrałem trzecią możliwość:
- Niczego - po czym zdając sobie sprawę, że moja odpowiedź mogła brzmieć opryskliwie zakończyłem - pani profesor.
Rzuciła mi pełne zastanowienia spojrzenie i usiadła wskazując krzesło.
- Proszę usiąść, panie i10 - przerwała po chwili oględziny jakim poddałem mebel.
Wstałem, otrzepałem kolana i usiadłem.
- Wie pan, czym się zajmuje nasza firma?
- Zbieraniem i analizą danych - odparłem w zamian uzyskując potakujące kiwnięcie głową.
- To też, ale czy wie pan co w naszej działalności jest najważniejsze?
Najważniejsze? Znowu głupie pytanie, przecież wszyscy wiedzą:
- Pseudonim - wyobraziłem sobie jak na maltańskim jachcie podając blond piękności rękę mówię"10. i 10". Po czym zza moich pleców wychodzi Najmilsza...
- Nie - rozmówczyni znowu wyrwała mnie z moich myśli. Przypomniał mi się czajnik co nieco mnie rozzłościło.
- Nie pseudonim? A co?
- Audyty.
- Co?
- Audyty - ponownie pokiwała głową, a widząc wpatrzone w siebie cielęce spojrzenie uznała, że należy powtórzyć wolniej.
- Au-dy-ty.
Dźwięk, jaki emitowała wypowiadając to słowo, moim zdaniem mógłby być dźwiękiem, jakie wydawałyby dziobaki gdyby nie wymarły.
- Audyty? - postanowiłem posłuchać go jeszcze raz.
- Tak. - nie dała mi tej szansy, a ciągu dalszych pięciu minut wyjaśniła, że nazwa firmy, jak najbardziej polskiej, jest skrótem od słów Miejska Inwigilacja, a szóstka oznacza sześć filarów bankowości**. Firma zajmuje się przeprowadzaniem audytów w bankach i instytucjach finansowych.

Do tego celu zatrudnia Tajemniczych Klientów.
- ...czyli pana. - zakończyła opowieść.
- I ja miałbym chodzić... - upewniłem się.
- ..do banków.
- Żeby sprawdzić....
- ...jakość obsługi.
- A za ile?
Wysokość wynagrodzenia (płatnego za każdorazowe odwiedziny) nie powalała.
Jednak oczami wyobraźni zobaczyłem reporterskie relacje na blogu z demaskatorskich wizyt w placówkach i... zgodziłem się.
Podobno pierwszą testową wizytę mam złożyć w przyszłym tygodniu, a na razie dostałem broszurę z której mam się nauczyć standardu wykonywania badania.
Nie wolno mi się zdradzić jako szpieg, nie wolno mi czytać pytań z kartki, mam się zachowywać jak normalna osoba.
Ale Czytelnikom  bloga dam fory, a co!

Jeśli więc pracujecie w banku w dziale obsługi klienta i odwiedzi was klient, którego nos wyda wam się idiotycznie duży - zobaczcie czy trzyma w ręku paczkę Laki Strajków. Jeśli tak - prawdopodobnie jesteście poddawani testom i choć tak naprawdę ten klient nie ma żadnych pieniędzy - potraktujcie go jakby był milionerem.
Jeśli nie - to jest zwykły brzydal, spuście go na drzewo.

Ale to od przyszłego tygodnia, a wracając do sprawy:

Czy jeśli zrobić czajnik z pofałdowanym koncentrycznie dnem i postawić go na gazie, to woda w nim zagotuje się prędzej niż w czajniku z dnem całkowicie płaskim?

Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX