#EPIZODY: O tym, dlaczego nie udało nam się wyjść

O tym, dlaczego nie udało nam się wyjść

Mówiąc krótko - gdyby od znalezienia klucza zależało nasze życie - Ja, Najmilsza i Monisia już bylibyśmy martwi.
Nie udało nam się otworzyć sejfu.
Dzięki Najmilszej.
Ale cofnijmy się nieco wcześniej...


Nieco wcześniej:
- Podaj mi cyfry! - w oczach i głosie stojącej przed sejfem Monisi można było wyczuć obłęd...
- Ale które?! - ...zaś w głosie Najmilszej strach.
- Zza obrazu!
Najmilsza szarpnięciem zerwała ze ściany reprodukcję dość nieudanego widoczku z niebiesko-pomarańczowym koniem na pierwszym planie i podsunęła Monisi pod nos.
- Jakie, kurczę, cyfry? Za obrazem są tylko litery! 
- To za czym były cyfry?!
- Cyfry były chyba w teczce - powiedziałem spokojnym głosem, mimo że wypełniająca pokój woda zaczynała mi sięgać piersi.
- W KTÓREJ TECZCE?!! - ryknęły jednocześnie.
Starając się przypomnieć sobie, w której z siedmiu czarnych teczek widziałem cyfry sięgnąłem po papierosy, co z kolei przypomniało mi, że: a) - stoję po piersi w wodzie oraz b) - tu nie wolno palić. Po czym doszedłem do c). Teczkę z cyframi widziałem w skrzyni.
- Zajrzyjcie do skrzyni - niestety na te słowa zawyła syrena, a z rury w ścianie zaczął się wydobywać gaz. Nasz czas się skończył.
Żeby jednak wyjaśnić gdzie właściwie byliśmy, musimy się cofnąć jeszcze wcześniej...

Jeszcze wcześniej:
- Załatwiłam go! - Najmilsza stanęła nad podrygującym w agonii krokodylem. - Teraz niech i10 sprawdzi, czy skubaniec w brzuchu nie ma podpowiedzi.
- Dlaczego ja mam sprawdzać?

...właściwie, to powinniśmy się cofnąć do początku, czyli do czwartkowego popołudnia.

Czwartkowe popołudnie:
Akurat oglądałem dość idiotyczny serial  "Pod Kopułą" i zastanawiałem się kiedy scenarzyści zdecydują się na wskrzeszanie zmarłych lub wprowadzenie do serialu postaci Jezusa - gdy brzęczenie telefonu oznajmiło nadejście maila.
Równie dobrze mogło oznaczać wiadomość SMS, wiadomość na Facebooku, przypomnienie z kalendarza, rozładowanie baterii, zmianę pogody lub na przykład nadejście Jezusa - mój telefon ma pieryliard funkcji i wszystkie są zapowiadane brzęczeniem, a ja jeszcze nie wiem jak to poustawiać. Po prostu  sprawdzam, tak też zrobiłem tym razem i chodziło o maila.
Zatytułowanego: "mojeimię, w Łodzi jest nowy rodzaj rozrywki, jakiej się nie spodziewasz. Zachowaj tajemnicę".
Ponieważ identycznie nie spodziewałem się nowych rodzajów rozrywki, co wysłanego nie wiadomo skąd maila, skasowałem wiadomość i zapomniałem o niej na całe osiem sekund.
Dokładnie tyle czasu zajęło mi uświadomienie sobie, że tytuł maila zawierał moje imię, którego w żaden sposób żaden cholerny spamer znać nie może.
W koszu wiadomości już nie było - jak telefon coś skasuje to konkretnie. Na tyle konkretnie, że jak kiedyś usunąłem wiadomość od siostry, to jednocześnie zniknął jej numer telefonu, data urodzin z kalendarza, a od Facebooka dostałem powiadomienie, że przepraszają za kłopot, użytkownik podszywający się pod moją siostrę już nie będzie mnie zaczepiał. Odtąd ona nie ma Facebooka, a ja odtąd kasuję na telefonie wyłącznie spam.
Ale to chyba nie był spam.
Może jest jeszcze na komputerze?
Było.
"Mojeimię, w Łodzi jest nowy rodzaj rozrywki, jakiej się nie spodziewasz. Zachowaj tajemnicę", a dalej numer telefonu.
Zadzwoniłem.
- Skąd pan zna moje imię?
- Panie i10, my wiemy wszystko - powiedział męski głos. - Ale niech pan będzie spokojny, chcemy tylko zaproponować dość nietypową rozrywkę.
- Jacy my? Jaką rozrywkę?
I usłyszałem wyjaśnienie.
Po pierwsze,  mój rozmówca czytał Epizody. 
Po drugie, gdy zauważył na nich konto Google+ wszedł na nie, kliknął informacje i tam wyświetliło mu się moje imię, nazwisko, adres, stan konta, a ponadto przebyte choroby i strony internetowe jakie odwiedzałem w ciągu ostatnich sześciu lat.
- Powinien pan zaznaczyć takie okienko "ukryj dane" - poradził mój rozmówca. - I spokojnie, nikomu ich nie zdradzę. A co do wspomnianej rozrywki....- przechodząc do po trzecie zawiesił głos.
- Tak?
Przyznam, że byłem zaciekawiony. Haker, który wie jakie okienko i gdzie zaznaczyć proponuje mi bardzo nietypowe spędzenie czasu, cóż to może być? Walki psów?
Otóż nie.
- Organizujemy pewną formę rozrywki... w skrócie zabawa polega na znajdywaniu wyjścia z pokojów - wyjaśnił.
- Eeee, to proste - powiedziałem powątpiewająco. - Wyjście jest tam gdzie wejście. Chyba, że zawiązujecie oczy. Zawiązujecie?
- Nie o to chodzi. Wyjście jest widoczne. Ale żeby je otworzyć, trzeba rozwiązać zagadki i tu potrzeba sprytu i wyobraźni. Sądząc po blogu, panu ich nie brakuje. 
Skubany wiedział jak mnie podejść!
- Ile ta przyjemność kosztuje?
- Nie mówmy o pieniądzach. Zobaczy pan i jeśli się spodoba, opisze na blogu.
- A jak się nie spodoba?
- To pan nie opisze. Nie ma problemu.
- Albo napiszę, że mi się nie podobało.
- Ok.
I tak się umówiliśmy.
Dostałem adres i przykazanie, żeby na spotkanie zorganizować sobie zespół. Ile osób chcę, bylem nie był sam, bo samemu wyjścia z pokoju w żaden sposób znaleźć mi się nie uda.

Wieczorem przedstawiłem sprawę Najmilszej. 
Ta przedstawiła sprawę Monisi, a ponieważ mój przekaz był niejasny i mocno niedopowiedziany - nie zastanawiały się ani sekundy. Idą obie. 
Jak to kobiety, wystarczy powiedzieć o "rozwiązywaniu tajemnicy", "zagadkach", "sprycie i wyobraźni" i walą jak Luke w Gwiazdę Śmierci. Chociaż... w zasadzie ja też się na to złapałem, więc nie "jak to kobiety". Po prostu się zgodziły i już.
W piątek późnym wieczorem byliśmy na miejscu. Cała ulica Piramowicza** była dość ciemna, jedynie nad numerem dziewiątym żarzyło się słabe światło. Tam podążyliśmy.

Powitała nas przemiła dziewczyna, odebrała kurtki, zaproponowała kawę i zapoznanie się z regulaminem.
Wynikało z niego, że mamy wejść do pokoju i "przy pomocy dostępnych wskazówek, posługując się siłą umysłu" odnaleźć sejf, w którym będzie klucz. 
I wyjść.
Proste.
- Jak będziecie chcieli podpowiedzi, tu jest krótkofalówka - podała mi czarny przedmiot.
- "Krótko". Nie "mikro" - rzuciłem w stronę moich towarzyszek widząc ich powątpiewające spojrzenia, po czym zostałem poproszony o niepalenie w środku "pod żadnym pozorem" i weszliśmy do środka, a za nami w zamku zazgrzytał klucz.

- Ja dowodzę - zarządziłem, dzięki czemu pierwsze dziesięć minut zmarnowaliśmy na tłumaczeniu mi, że się mylę. W sumie to wręcz ustaliliśmy, że one dowodzą i to wspólnie, a ponieważ nie udało mi się wymyślić argumentów nie zawierających słowa "idiotka" - wolałem się w ogóle nie odzywać.
A później poszło z górki.
Ukrytą klapę z walizkami znalazła Monisia, litery za obrazem pozwalające ustawić walizki w prawidłowej kolejności - Najmilsza, ja odkryłem ukryty hydrant, ale nie zauważając przyklejonej na nim wiadomości próbowałem go rozebrać, ale nic się nie wydarzyło. Pukanie w niego młotkiem przez chwilę spowodowało, że nadal nic się nie wydarzało. Więc podważyłem taką śrubę, czym znacząco zwiększyłem wilgotność pomieszczenia. 
Gdy wilgotność sięgnęła kolan - Monisi udało się nogą od fortepianu rozbić akwarium z krokodylem, a następnie Najmilsza chwyciła lampę i poraziła gada prądem. 
Ponieważ nikt nie chciał rozpruć zwierzaka, wspólnie doszliśmy do wniosku, że wskazówka musi się kryć gdzie indziej, na przykład w fortepianie i rzeczywiście tak było. 
Zagranie nut kryjących się w trzeciej teczce spowodowało otwarcie schowka, w którym był gumowiec idealnie pasujący do wgłębienia. Gdy tylko się w nim znalazł - włączyło się nagranie, które poinformowało nas o miejscu ukrycia sejfu. Byłoby to rozwiązanie sprawy, gdyby nie fakt, że wskazówka ta była nagrana w języku włoskim co mnie zmyliło, bo na "è sotto il tappeto" zerwałem tapetę i odkryłem rury, a w rurach owych płynął gaz.

I DOPIERO WTEDY Najmilszej się przypomniało, że w kącie pokoju widziała słownik polsko-włoski i sprawdziwszy w nim wraz z Monisią co tappeto naprawdę znaczy** - zajrzały tam gdzie trzeba! Po czym znalazły sejf i tak jak pisałem - już, już mieliśmy go otworzyć, gdy rura z gazem puściła, a brzęczyk oznajmił, że czas zabawy dobiegł końca.
Zatem przegraliśmy przez Najmilszą.

Gdy brzęczyk zadzwonił - miła pani otworzyła pomieszczenie, wypuściła nas, zamknęła dopływ gazu i wody, posmutniała na widok krokodyla i pochwaliła nas, że byliśmy bardzo pomysłowi. Podobno jeszcze nikt nie szukał podpowiedzi demontując umywalkę! 
W międzyczasie przyszedł właściciel firmy, zapytał, czy nam się podobało, powiedzieliśmy, że bardzo, po czym on zajrzał do pokoju i po jego minie widać było, że nam się podobało bardziej niż jemu.
Po czym pstryknęliśmy sobie wszyscy pamiątkową fotkę i poszliśmy do domu. I choć właściciel do kolejnych “tajemniczych pokojów” nas nie wpuścił - mogę śmiało napisać:
Przyjedźcie do Łodzi, znajdźcie firmę FindOut, zadzwońcie do nich i zarezerwujcie godzinę.
Nawet jeśli weźmiecie ze sobą kogoś, kto nie wie jak wygląda słownik polsko-włoski GWARANTUJĘ genialną zabawę!



Epilog:
Firma istnieje naprawdę.
Tam, gdzie napisałem.
Naprawdę tam byliśmy.
Naprawdę nie udało nam się wyjść z pomieszczenia.
Naprawdę przez Najmilszą.
Zagadki tak naprawdę wyglądały CAŁKIEM INACZEJ niż w powyższym tekście**, bo nie chciałem Wam popsuć zabawy przy ich rozwiązywaniu.


I najważniejsze: naprawdę bawiłem się tak dobrze, że postanowiłem to opisać i za wspomnienie o firmie nie wziąłem ani grosika.
Aha!
Piramowicz tak naprawdę był chyba wynalazcą piramometru - urządzenia do mierzenia nasłonecznienia czegośtam.





Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX