#EPIZODY: O paleniu

25 października 2014

O paleniu

Raz do roku zdarza się magiczny moment, gdy w moim sercu odzywa się potrzeba spotkania z Bogiem. W zasadzie nie tyle spotkania, co nawiązania kontaktu. Idę wtedy w miejsce, gdzie taki kontakt można nawiązać najłatwiej, czyli do kościoła, tam do skarbonki wrzucam pieniążek, zapalam świecę, klękam, i podnosząc oczy do góry mówię:
"Panie, spraw, żeby Matiz przeszedł przegląd techniczny".

Po czym następnego dnia Matiz przegląd przechodzi.

W tym roku się nie udało.
Znaczy - świece, pieniążek, klękanie i modlitwa - to wszystko było jak najbardziej ok, ale następnego dnia Matiz nie przeszedł przeglądu, bo nie udało mi się go uruchomić. Nie dość, że złośliwa cholera pali ostatnio jak niedokładnie odcumowany transatlantyk, to teraz taka złośliwość.

Możliwości były dwie - albo Bóg się na mnie pogniewał, że zbyt rzadko się słyszymy i wtedy nie mogłem nic poradzić, czasu przecież nie cofnę, albo w swej mądrości postawił przede mną zadanie, jak przed jakimś Abrahamem. Przez chwilę rozważałem czy wysokość złożonej ofiary nie była zbyt niska i w przypadku tak wielkiej prośby nie powinno się składać ofiary z człowieka, albo jeśli mi się nie uda znaleźć chętnego - przynajmniej z kota.
Jednak zajrzałem na strony religijne i wyszło mi, że kościół chwilowo odszedł od ofiar z ludzi, a koty są wskazane, owszem, ale akurat nie w religii, do której jestem, że tak się wyrażę, zapisany.
Co robić?

Szukając ratunku zapędzałem się w coraz dziwniejsze odmęty Internetu.
 Radę dolewania do benzyny święconej wody zbyłem lekceważącym prychnięciem, z doświadczenia wiem, że jedyne, co można w ten sposób osiągnąć to  wydobywającą się z wlewu chmurę gryzącego dymu przy dźwiękach szatańskiego bulgotania. Pomysł wezwania szamana może i był dobry, co z tego, skoro płatności za usługę miałbym dokonać z góry i nie było gwarancji wyniku.
Na forum posiadaczy Matizów weźcietoodemniealbosięzabijępeel w dziale nicniepomagaotomójtestament znalazłem natomiast komentarz proponujący nawiązanie z pojazdem kontaktu telepatycznego. Co więcej - komentarz był oznaczony jako pomocny.
Skończony idiotyzm.
Ale nie miałem lepszego pomysłu.
Według wskazówek przygotowałem zioła do okadzenia*, słoik absyntu i tak zaopatrzony wsiadłem na wszelki wypadek na siedzenie pasażera, jakby mnie przypadkowy policjant złapał na siedzeniu kierowcy z  absyntem i opakowaniem majeranku, to tłumaczenie, że próbowałem nawiązać kontakt telepatyczny z pojazdem nie działałoby na moją korzyść.

Sposób trochę zadziałał, a trochę nie. Bo choć co prawda nie udało mi się nawiązać kontaktu, jednak na drugi dzień rano silnik Bezszelestnego odpalił od pierwszego przekręcenia kluczyka.
Co wykorzystałem i pojechałem na przegląd.

Od kilku lat przegląd robię na tej samej zapyziałej stacji badań mieszczącej się w bocznej ulicy od bocznej ulicy od mało uczęszczanego chodnika w krzakach. Gdy ją znalazłem pierwszy raz - doszedłem do wniosku, że to albo pralnia pieniędzy albo dziupla złodziei samochodów i jeśli Matiz ma gdzieś przeglądy przechodzić - niech to będzie tutaj.

Dwaj pracujący tu mechanicy zwykle czają się po kątach niczym klocki lego pod łóżkiem, zaś radość, ożywienie  i entuzjazm są słowami, którymi nie mógłbym opisać ich reakcji na mój widok.

Po kilku minutach dobijania się do bramy w końcu jeden z nich wyszedł i gestem dał znać, żebym wjechał.

Najpierw hamownia. Przednie koła muszą wjechać w dziurę, w której kręci się taki walec po czym osobom nie posiadającym Matizów obsługa daje znać żeby się zatrzymać. Posiadaczom arcydzieła koreańskiej myśli technicznej nie musi dawać znać - wystarczającym sygnałem jest łomot towarzyszący wpadaniu kół w dziurę.
Następnie mechanik** mówi, żeby wcisnąć hamulec. Wtedy na monitorach pokazuje się siła hamowania. Lub też, jak w moim przypadku, widać takie skaczące diody jak we wzmacniaczu, w którym puszczono wyjątkowo arytmiczną muzykę jazzową graną przez zespół złożony z epileptyków, których na skutek przebicia od czasu do czasu razi prąd.
Mechanik popatrzył na monitor ze zdziwieniem, ale nic nie powiedział i kazał jechać dalej.
Czyli na walec wjechały tylne koła i sprawdzany był również hamulec ręczny.
Gdy w celu zasymulowania jego działania wcisnąłem równocześnie nożny - okazało się, że skubany mechanik o tym wie. Zajrzał do auta, kazał mi przestać i niczym się nie przejmować:
- Ręczny jest w dolnych granicach, ale jednak normy. A co tu tak pachnie majerankiem? - pociągnął nosem.
- Żona, zupa - pokazałem ręką w stronę bagażnika i to wyjaśnienie wystarczyło.

Później zgasiłem silnik i trzeba sprawdzić numery seryjne.
Tu akurat byłem pewny siebie:
- Co jak co, ale numery seryjne to Matiz ma w bardzo, bardzo dobrym stanie. - Podkreśliłem niewątpliwą zaletę otwierając maskę i dyskretnie odgarniając leżące na numerach seryjnych liście, na których jakiś ptak albo myszy uwiły sobie gniazdo.
Mechanikowi też spodobały się numery seryjne - w odpowiedniej rubryce ankiety postawił duży plus.
- Zobaczmy światła - powiedział.
- Popatrzmy jeszcze chwilę na numery seryjne - zaproponowałem.
- Nie, teraz światła, proszę wsiąść do...  - jemu też słowo "samochód" nie przeszło przez usta - ...do tego i przekręcić kluczyk.
Sprawdziliśmy kolejno kierunki lewe, prawe, światła mijania, drogowe, postojowe, cofania...
- A lampka nad tablicą rejestracyjną? - padło z tyłu.
...a lampka nad tablicą rejestracyjną się w Matizie nie włącza. Nigdy się jakoś nie włączała.
Na szczęście to nie był problem - test świateł udało się przejść, zaś lampkę "powinienem wymienić jak najszybciej". Myśląc: "Już się chłopie rozpędziłem" obiecałem, że oczywiście to zrobię jak tylko wrócę do domu.

Sprawdzenie spalin to była bułka z masłem. Dzięki nowemu tłumikowi spaliny nadają się do napełniania butli tlenowych i ten test oczywiście został zaliczony.

Klakson klaksonił. Niemrawo, ale wystarczająco.

I nadszedł czas na badanie, którego wręcz nienawidzę.
Sprawdzanie czy pojazd po rozciągnięciu się nie rozleci.
Tak naprawdę, to chyba  jest test na jakiś luzy, ale robi się go na specjalnej maszynie, która rozciąga zawieszenie w lewo, w prawo, znowu w lewo, znowu w prawo przez cały czas budząc we mnie obawy, że za chwilę coś gruchnie, strzeli, a ja z całą tą kupą złomu wyląduję w kanale pode mną, na głowie mechanika.
Nie wylądowałem, Matiz się nie rozleciał.

Ale przeglądu nie przeszedł.

Zdaniem mechanika hamulce choć słabe, mieściły się w normie.
Światłą świeciły krzywo, ale mniej więcej w prawidłową stronę, zawieszenie skrzypiało i być może jest trochę trapezowate, jednak można przymknąć na nie oko.
- Nie można natomiast przymknąć oka na to, że z dziury w baku leje się panu benzyna - rzekł mechanik wypełniając dokumenty badania.

I nie udało mi się go przekonać, że "drobną szczelinę wentylacyjną w baku równoważą przecież perfekcyjne numery seryjne".
Będę musiał przyjechać jeszcze raz.

Przynajmniej się dowiedziałem, czemu Matiz tak dużo pali.







To ostatnia szansa, żeby dzieki Waszym "łapkom" i "serduszkom"
Zmora została Psem Miesiąca na Zblogowanych


Korzystając z okazji pozwolę sobie zwrócić taż Waszą uwagę na prawy górny róg bloga. Pod tym dużym zdjęciem, a nad przechwałkami o Blogu Roku. Wspomnicie moje słowa, że G+ będzie większe, niż FB**!


Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX