#EPIZODY: O Festiwalu Światła - fotorelacja

12 października 2014

O Festiwalu Światła - fotorelacja

W sobotę rano byłem w Warszawie. Mój wyjazd był absolutnie zbędny, ale gdy o szóstej zadzwonił budzik -  jeszcze o tym nie wiedziałem, więc wstałem, pojechałem na Widzew, wsiadłem do pociągu, wysiadłem na Centralnym, wsiadłem w tramwaj i tuż przed południem w siedzibie Onetu wysłuchałem jaką nazwę będą nosiły tegoroczne kategorie Bloga Roku.  


Nie bez dyskusji - nie, nie! Trzy godziny gadania o niczym i przedstawiania moich (sensownych) racji skończyły się przyjęciem zestawu nonsensownego, napisanego w obcym języku, ale... popieranego przez większość.
Nie rozwijajmy tego tematu - jedyne, co mi pozostaje zrobić, to Was przeprosić.

Naprawdę przepraszam za namówienie do głosowania na zestaw kategorii.
Mimo, że nasz zestaw wygrał - okazało się to stratą czasu.

Takoż i ja straciłem czas na wspomniany wyjazd, więc mnąc w gębie przekleństwa wracałem do Łodzi w pustym przedziale, bo kto by chciał siedzieć z gościem mnącym w ustach przekleństwa.

Tyle o Warszawie.

A teraz do rzeczy - od kilku lat w październiku na Piotrkowskiej odbywał się wydarzenie kulturalno/artystyczno/promocyjne pod nazwą Festiwal Światła.

W tym roku się nie odbyło.

W tym roku odbył się LightMoveFestival.

Żałosne.

W zasadzie widząc panujące trendy... nie wiem, czy nie powinienem napisać, że "z moją Najcjestą zdisajdowaliśmy tam zadrajwować"... ale nie. Blog pozostanie po polsku, póki jeszcze wolno.

Zatem nie żaden Lajtmuwi, tylko Festiwal Światła.

Jakąś godzinę po moim powrocie z Warszawy, gdy tylko zapadł zmrok zapakowaliśmy się z Najmilszą do Matiza i dwadzieścia minut później dojeżdżaliśmy do Placu Wolności.
Godzinę później nadal dojeżdżaliśmy do Placu Wolności...
Po półtorej godzinie też.
Takiej masy samochodów dojeżdżających do Placu Wolności, to ja w życiu nie widziałem! Jeden wielki upiorny korek. Zgasiłem więc silnik i przy dobiegającym z Festiwalu dudnieniu basów opowiadałem Najmilszej wrażenia ze stolicy. Co jakiś czas, poganiany klaksonem "jadącego" za mną Bentleya, przekręcałem kluczyk i podjeżdżałem dwadzieścia - dwadzieścia pięć centymetrów.
Po dwóch godzinach sygnał radiowozu oznajmił, że gdzieś za nami w korku stoi radiowóz.
Na szczęście przybyli nim policjanci, którzy rozbiegli się po okolicznych skrzyżowaniach i w kilkanaście minut rozładowali ruch.


Szukanie miejsca parkingowego trwało następny kwadrans - znaleźliśmy je dopiero opodal cmentarza za Manufakturą. A trzeba wiedzieć, że Manufaktura to takie łódzkie centrum handlowe otoczone parkingami na miliard samochodów. Niestety Matiz był miliard pierwszy*

Żeby było jasne - nie narzekam! Uważam, że to BARDZO DOBRZE, że wydarzenie przyciągnęło tak wielu obserwatorów, a miejsca parkingowe - cóż, trzeba ich po prostu poszukać, nieprawdaż?
My znaleźliśmy pod cmentarzem, wysiedliśmy i poszliśmy oglądać.

Jak wspomniałem - parking był ZA Manufakturą. A więc trzeba było przez tę Manufakturę po drodze przejść.

A tam natknęliśmy się na wystawę starych samochodów, wśród których przyciągał uwagę Citroen kiedyś należący do Hitlera, Warszawa kiedyś należąca do Bieruta...

ciężarówka obecnie należąca do McDonalda:





Oraz radiowóz należący do Mahoneya z Akademii Policyjnej:


Poza tym, na terenie Manu... (tak się w Łodzi mówi na Manufakturę**), więc poza tym, w Manu natknęliśmy się na pokaz deskorolkarzy, występ zespołu ludowego, występ zespołu rockowego, turniej siatkarski oraz publiczny kurs samby, choć Najmilsza twierdzi, że salsy, a ja nie będę się upierał, bo się na tańcu nie znam.
Jednak takie rzeczy to tu są codziennie, więc bez zatrzymywania poszliśmy do parku Śledzia.

Naprawdę tak się nazywa!
Nazwa prawdopodobnie pochodzi od dawnego zwyczaju, że łodzianie idąc do parku zabierali ze sobą na sznurku śledzia. I kto miał największego śledzia - ten był otoczony powszechnym szacunkiem i w ogóle. Wolno było wziąć tylko jednego śledzia - wzięcie dwóch uchodziło za faux pas  (w tamtych czasach nazywane "mazeltofem").

Ale my nie o tym...

Na samym początku parku Śledzia przybyłych witało wielkie drzewo. Wielkie, smutno oświetlone drzewo, niestety smutku nie oddaje zdjęcie - musiałbym je zrobić w sepii. I w deszczu, a nie padało. W każdym razie wyglądało smutno, co nie dziwi - gdyby mnie w środku nocy wyrwano ze snu, a następnie powieszono żarówki i podświetlono od... spodu reflektorem - też byłbym smutny.


"Smutne drzewo" - instalacja.

Po spędzeniu chwili pod smutnym drzewem, zjedzeniu waty cukrowej i kupieniu Najmilszej świecącej aureoli (bo mi się świeci sama z siebie) - podeszliśmy do mieszczącego się w Parku Śledzia stawu.
Wokół zgromadzonych było kilkaset osób wpatrujących się w wodę.
Woda była oświetlona kolorowymi reflektorami i nic poza tym się nie działo.

W Łodzi nie ma wielu zbiorników wodnych.
Ze dwa, czy trzy.
Myślę, że dlatego podświetlenie jednego z nich kolorowymi światełkami jest dla łodzian widokiem zadziwiającym, a sądząc po minach zgromadzonych wokół kałuży osób - hipnotyzującym.


Kałuża, światełka - szał.


Zjadłem watę i mimo oporów zaciągnąłem Najmilszą do kolejnych atrakcji.

W parku Śledzia widzieliśmy jeszcze : lampę, która rzucała cień, podświetlony sznurek, dużo połączonych małych latarek dających w sumie tyle światła, co jedna duża latarka, zielony laser zwinięty z jakiejś dyskoteki oraz genialne przedstawienie z chińskiego teatru.
W przedstawieniu mogli brać udział widzowie - nie skorzystaliśmy.  Cień mojego nosa uczyniłby treść sztuki idiotyczną.

Z parku Śledzia poszliśmy na Plac Wolności. Jego nazwa wywodzi się od pomnika Kościuszki, który ustawiony na samym środku, według legendy co ileś lat wyłazi z groty i dość wolno zieje ogniem**.

Plac Wolności był wypełniony ludźmi w sposób przywodzący na myśl takie słowa jak "ryba" oraz "olej", ewentualnie "pomidor", a na pewno "puszka".
Człowiek przy człowieku.
Więc daliśmy sobie spokój i poszliśmy równoległą ulicą postanawiając przejść Piotrkowską od strony Piłsu.

Dojście do Placu Wolności od strony Parku Śledzia. Sowa wyświetlana co jakiś czas na ścianie prawdopodobnie symbolizowała wielką mądrość osób, które porzuciły tę drogę i znalazły alternatywną.
Albo i nie - nie było nic napisane.
Sowa co jakiś czas mrugała.   


I tak na Piotrkowską weszliśmy... właśnie od ulicy Struga. Tu w oczy rzucała się się reklama - co do której zgodziliśmy się z Najmilszą, że jest po prostu zła. Kojarzy się z fajkami i z niczym więcej. Mimo to - wrzucam zdjęcie, więc może wcale taka zła nie jest?


In design we trust. A Minister Zdrowia i Czegośtam pomoże ci rzucić palenie.

 I tak dochodzimy do sedna.

Dla mnie na Festiwalu Światła były przede wszystkim dwie takie "największe" atrakcje.
Pierwszą był koncert Michała Urbaniaka z zespołem. Odbywał się on na Piotrkowskiej, i żeby go wysłuchać/obejrzeć - należało dać się ponieść przesuwającemu tłumowi, co widać na filmie:



Więc przesunęliśmy się dwa razy robiąc przy tym kilka zdjęć.



Z kilku zdjęć fajne jest jedno,  na którym widać  jak Michał Urbaniak strzela laserem w ludzi jak Godzilla.

Zaś drugą atrakcją było oświetlenie kamienic reflektorami, oraz wyświetlanie na nich projekcji 3D, dzięki czemu te kamienice wyglądały inaczej, niż w rzeczywistości. W większości efekt był piękny - Pietryna (o tak się mówi), ten smętny, w żaden sposób nie zasługujący na posiadaną popularność deptak, w sobotę wyglądała jak jedna z ulic Las Vegas. Co prawda jak jedna z pomniejszych ulic, na której akurat zepsuły się neony, i po której idzie pielgrzymka do Częstochowy, ale jednak!

Piotrkowska. Zastanawialiśmy się dlaczego takie oświetlenie nie może zostać przez cały rok? Trochę prądu? Cóż z tego? Wyglądała ślicznie.


Niektóre z brzydkich kamienic - bo na Pietrynie sporo kamienic pozostaje brzydkich - zostało "ubranych" światłem w nowy wygląd. W kilku przypadkach ten nowy wygląd niewiele zmienił.


Przejście dla pieszych (po prawej i po lewej). Ludzie szli zarówno po prawej jak i po lewej, jak i środkiem. Nie sposób inaczej.
Zapalało się zielone światło , tłum ruszał, zielone mrugało, tłum szedł, zapalało czerwone, tłum szedł, coraz mniejszy, mniejszy. Wtedy robiło się miejsce dla przejechania jednego albo dwóch samochodów, na przejściu zapalało się zielone i tak w kółko.
Okolice Festiwalu nie były dobrym miejscem na poruszanie się samochodem.


No i najciekawsze:
Wizualizacje budynków.
Były wyświetlane co dziesięć minut i jestem przekonany, że w odliczaniu czasu między pokazami maczała palce pewna spora firma z siedzibą w Cupertino.


Sama wizualizacja wyglądała zaś tak:





Najbardziej zaskakujące zdarzenie sobotniego wyjścia miało jednak miejsce wcześniej, gdy - jak pisałem - wyjeżdżałem z korka.
W pewnym momencie przed maską Matiza stanął jakiś mężczyzna, a kiedy żeby go nie przejechać zatrzymałem pojazd, podszedł do moich drzwi i gestem dal znak, bym odsunął szybę.
Poznałem w nim policjanta. Może po charakterystycznym geście, może po nonszalanckim chodzie, a może po tym, ze miał na sobie mundur.
- Panie kierowco, mamy festiwal świateł tak?**
- Mamy - odparłem.
- To trzeba pstryknąć.
- Yyy?
- Światła, panie kierowco, światła trzeba pstryknąć, jedzie pan na wyłączonych. I jedziemy, jedziemy, nie tamujemy ruchu! - dal sygnał świecącym lizakiem**, wiec ruszyłem. i zgodnie z tym, co zostało napisane - zaparkowałem dopiero pod cmentarną bramą.








Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX