#EPIZODY: O nadziei

O nadziei

Byłem w McDonaldzie.
Ich kawę uwielbiam jak mrówkojad mrówki w occie, m
imo że - jak wszyscy wiedzą - nikt nie wie z jakiej strasznej trucizny jest zrobiona i z jakich utrwalaczy. Być może jest to kwestia genetycznie modyfikowanego mleka z krów karmionych antybiotykami. Choć nie można wykluczyć, że na niesamowity smak napoju ma wpływ ta rzecz, którą wredni Amerykanie konsekwentnie, bezsensownie nazywają cukrem, która jednak - jak wszyscy znający temat wrogowie śmieciowego żarcia wiedzą - wcale nie jest cukrem, tylko prawie na pewno jakąś kokainą.


Cokolwiek to jest - powoduje, że nie mogę sobie odmówić papierowej filiżanki, gdy tylko jestem w pobliżu, czyli na Widzewie, bo na Stoki jeszcze macki amerykańskiego zabójcy polskich barów z kapustą i z grzybami nie sięgają.
Czasem oprócz trującej kawy zamawiam też szkodliwego hamburgera, mimo że widziałem zdjęcia jednoznacznie udowadniające, iż gdybym go nie zjadł przez rok, hamburger nie zapleśnieje jak przyzwoity schabowy, co dowodzi, że pleśń go nie chce jeść. Jem, bo uważam, że pleśń się nie zna. W moim mieszkaniu opierdziela na przykład sufit, którego ja bym nie ruszył. 
Żeby zakończyć temat menu - czasem biorę też  "frytki", ale rzadko. 

To, że żyję zawdzięczam dużej odległości od Maka i małej ilości pieniędzy.
Moje postępowanie świadczy o dwóch rzeczach: po pierwsze, że nie wierzę w argumenty przeciwników fast-foodów, mówiące iż jedząc w nich stawiam na szali swoje życie, a po drugie, że w przeciwieństwie do wielu osób i prawie wszystkich drobnoustrojów, lubię żarcie z McDonalda.

No i piłem sobie "dużą, białą, siedem cukrów"*  rozglądając się po Facebooku, gdy do lokalu weszła grupa gimnazjalistów. Wszyscy w garniturach. 
"Pierwszy września" - skonstatowałem nietrafnie, bo był to ostatni wtorek, a więc wrzesień trwał od dwóch dni. 

Garnitury miały na przedzie specjalne oznaczenia miejsca, do którego policjant lub strażnik miejski powinien odprowadzić debila, który idąc z kolegami na piwo nie zdjął marynarki. 
Sądząc po czcionce na tarczy - ukończenie tej placówki jest tożsame z ukończeniem Harvardu albo Sorbony.
"Kiedyś były fartuszki, teraz są garniturki" - pomyślałem i przez chwilę nosiłem się z zamiarem opublikowania przemyślenia na Facebooku, ale uznając,  że fanpejcz obserwuje niewielu gerontopedagogów, dałem sobie spokój.

Gimbaza - trzy dziewczyny i jeden chłopak usiadła przy stoliku między mną, a grupą nabierających odpowiednich nawyków żywieniowych sześcio- może siedmiolatków.

Dzieci jadły kinderniespodzianki, a gimbaza zamówiła zestawy. 

I natychmiast zaczęła rzucać mięsem. Niestety nie z tych zestawów.
Trwało to kilka minut.
Gdy jedna z dziewcząt poprosiła drugą o podanie torebki wypowiadając przy tym słynne  "Any of you fucking pricks move, and I'll execute every motherfucking last one of ya!" ale po polsku i nie używając słów "was", "ruszyć" i "każdego" za to dodając przekleństwo, którego Amanda Plummer nie powiedziała - jak na kinomana przystało nie wytrzymałem i podszedłem.
- Koleżanko... - zacząłem od zmniejszenia dzielącego nas dystansu, w końcu ona była w garniturze, a ja w jeansach i w dziurawym podkoszulku na ramiączkach**.
-...nie klnij tak... - przedstawiłem cel nagabywania.
-...proszę... - zademonstrowałem znajomość zwrotów grzecznościowych.
-...przy dzieciach.
I ostatnie słowa były zbędne, bo na moje dictum, mimo że nie powiedziane głośno, zareagowały owe dzieci.
- Proszę pana, my nie takie przekleństwa znamy - zachichotało jedno. Sądząc po stroju i fryzurze, rodzice dopiero pozwolą mu zdecydować jakiej jest płci - Mam powiedzieć?
- Nie.
Odwróciłem się do dziewczyny. "Podobna do Róży" - pomyślałem - ciekawe czy i ona tak klnie?"
Nawet jeśli oni znają przekleństwa, nie klnij, proszę, bo mi przeszkadza. 
- Dobrze  - dziewczyna zrozumiała prośbę, a chłopak wykazując się podobną mojej znajomością zwrotów grzecznościowych dorzucił:
-Przepraszamy!

I gdy doszedłem do wniosku, że jest nadzieja, sześcio- może siedmioletnie dziecko o nieustalonej płci postanowiło udowodnić, że w ostatnim zdaniu niepotrzebnie użyłem trybu przypuszczającego.



EPILOG:

Nie mógłbym z ręką na sercu powiedzieć, że nie przeklinam. Czasem mi się zdarza - zwłaszcza, jeżeli przekaz wymaga podkreślenia mocnym słowem. Nie "zwłaszcza" - TYLKO wtedy!
Można w jednym zdaniu użyć kilku przekleństw, ale pod warunkiem, że przekleństwa to zdanie ubogacą (jak w przytaczanej kwestii filmowej). 
Używanie wulgaryzmów jako przecinków nie jest ok.

W zeszłym tygodniu dwie osoby próbowały użyć w komentarzach przekleństw i odkryły, że niektórych użyć się po prostu nie da. Mimo że jedna z tych osób upewniła się w tym dwadzieścia trzy razy - żaden z jej komentarzy się nie pojawił.
Tu apel do tej osoby - Osobo: może spróbuj swoją niechęć do kociarzy opisać innymi słowy? :)




Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX