#EPIZODY: O drabinie

O drabinie

Siostra ma działkę, a na działce altankę. Dzięki temu możemy spędzić tanie WCZASY nad morzem, bo zarówno działka, jak i altanka są w okolicy Dziwnowa. Oprócz altanki na działce są też drzewa.
Drzewa rzucają cień na altankę i ta właśnie ich właściwość ogromnie moją siostrę irytuje.
- Ciemno, zimno i wilgotno - powiedziała do mojego ojca, zaś on poczuł się w obowiązku pomóc swojej córce.

- i10, Gosia powiedziała, że masz obciąć gałęzie z brzozy - rzekł wyciągając z samochodu drabinę.
- Tak? - zdziwiłem się uprzejmie.
-  Tak. Powiedziała, że sama obetnie, ale postanowiłem, że my jej pomożemy. W końcu to twoja siostra i10!
- Siostra? - zdziwiłem się drugi raz, bo moja siostra nie ma na imię Gosia, tylko Ania.
I po chwili ustaliliśmy co i9 - człowiek notorycznie mylący imiona, nazwy przedmiotów i fakty - miał na myśli.
Ania mu powiedziała, że zamierza obciąć gałęzie brzozy, a on powiedział, że się tym zajmie, bo ma odpowiedni sprzęt.
Odpowiednim sprzętem były dwie drabiny, w tym jedna rozkładana do długości czterech, może pięciu metrów oraz brzeszczot do metalu.
Obejrzałem i skrytykowałem.
- Tato. Żadna z tych drabin nie wystarczy do ogolenia tej brzozy. Są za niskie. Nawet ta pięciometrowa. A brzeszczot do metalu jest... sam rozumiesz - spojrzałem na niego z miną wyrażającą nadzieję, że sam rozumie.
Patrzył wyczekująco, wiec dokończyłem:
- ...do metalu.

I tu należy powiedzieć, że i9 jest emerytowanym inżynierem, który lubuje się w rozwiązywaniu problemów w sposób... niekonwencjonalny.  Polega to zwykle na wyważaniu otwartych drzwi i tu, skoro już o drzwiach - jednym z pierwszych wspomnień jakie mam z dzieciństwa są skrzypiące drzwiczki kuchennej szafki. Gdy mama poprosiła go po raz któryś, by coś  z tym zrobił - i9 w kilka godzin postawił zgrabny parawan dźwiękoszczelny odgradzający szafkę od reszty kuchni.
Rozwiązanie było skuteczne i skutecznie wywołało awanturę, po której i9 poszedł - o ile mnie pamięć nie myli - kupić materiał na nowe zawiasy.
I tak jest z każdą rzeczą. 

Ale:

Jak powiedziałem jego rozwiązania są SKUTECZNE. Tyle, że niekonwencjonalne i często powodujące nowe problemy, które by nie zaistniały, gdyby nie skuteczne, niekonwencjonalne rozwiązania.
Zatem wyjąwszy dwie drabiny i brzeszczot - i9 sięgnął do bagażnika, z którego wyciągnął też sznurek.
- O! - podsunął mi go pod nos.
- No? - zaczynałem mieć złe przeczucia.
- Zwiążemy te drabiny razem! - popatrzył na mnie jak na syna idiotę, który nigdy nie wiązał drabin razem, podczas gdy cały świat opiera się na przedłużaniu drabin przy pomocy sznurka.
- Tato, nie wejdę na związane tym czymś drabiny, bo spadnę i skręcę kark.
"Kark skręci, akurat, spadnie i kark skręci" - przedrzeźniał mnie grzebiąc w bagażniku.
- Przewidziałem to, mam śruby! - po czym wyciągnął  dwie około półmetrowe śruby fi osiem i garść nakrętek.
- No i? - popatrzyłem na śruby - jak spadnę z twojej sznurkowej drabiny i się połamię, to mnie tym będziesz składał? 
Pokiwał z dezaprobatą głową.
- Tymi śrubami skręcimy te drabiny! Skoro jesteś cykor i nie chcesz wejść na związaną tym mocnym sznurkiem... Sznurkiem do drabin! - oznajmił i poszedł do altanki powiedzieć mamie, że jej syn boi się wejść na drabinę związaną specjalnym sznurkiem do drabin i zapytać, czy ona by może nie weszła.
Matka przyszła razem z Najmilszą. Obejrzały sznurek i zapytały czemu właściwie chcemy łączyć drabiny.
- Brzoza... - i9 pokazał palcem, - słońce... - przesunął palec w odpowiednią stronę i zakończył:
- ...wilgoć.
Mama z Najmilszą przez kilka sekund czekały na rozwiniecie tej indiańskiej sentencji, a nie doczekawszy się wzruszyły ramionami. Na odchodnym mama powiedziała,  że związanie drabin sznurówkami jest doskonałym sposobem na skręcenie karku i którykolwiek z nas to wymyślił - ona odradza. I że idą na spacer.
A my wzięliśmy się za skręcanie drabin na śruby.
Konkretnie i9 się wziął, bo "on wie, jak to trzeba zrobić, a ja tylko przeszkadzam". 
Przyzwyczaiłem się.
Pół godziny później pojechał do sklepu.
Wrócił ze szlifierką do cięcia metalu i po parunastu minutach mieliśmy trzy drabiny, ale tym razem specjalnie skonstruowane wcześniej uchwyty, pasowały do śrub. I do dwóch z trzech drabin.
Popatrzyłem w milczeniu, jak i9 patrzy w milczeniu na coraz większą ilość drabin i widziałem, ze kombinuje. Postanowiłem pomóc:
- Jakbyś kupił więcej drabin i też je pociął, a później ułożył na płask jedna na drugiej, żeby była taka sterta z drabin... - zarechotałem, ale nie docenił propozycji. Pojechał do sklepu drugi raz. Tyle, że nie po drabiny, a po specjalne łączniki.
Tak się jednak składa, że w sklepach nie ma czegoś takiego jak "specjalne łączniki" do prototypowych konstrukcji, które sobie mój ojciec wykoncypował.
Kupił więc sporo blachy, śrub, podkładek, a wracając zajechał do Ani i wziął z jej mieszkania wiertarkę.
W zasadzie moglibyśmy z tego wszystkiego zbudować dźwig do wyrwania drzewa, albo jakiś niewielki okręt, z którego można by było brzozę ostrzelać, jednak sprzęt posłużył do połączenia trzech drabin w jedną.
Na tym etapie likwidowania wilgoci w domku, swoją pomoc ograniczyłem do mówienia czego nie zabrałem.
- Nie, nie brałem kombinerek. Nie wiem gdzie jest wiertarka. Nigdzie nie położyłem śrub, bowiem ojcze nie zakradłem się i nie wziąłem ci żadnych śrub. Siedzę i czytam maile, bez śrub - mówiłem,  gdy przychodził do altanki rzucać niesłuszne podejrzenia.

Mama z Najmilszą wróciły ze spaceru gdy drabina była gotowa. Miała dwa dziwne zgrubienia, rozszerzała się od dołu ku górze, ale była to drabina, na którą mógłbym wejść nie tylko ja, ale i wieloosobowy zespół drwali.
Gdyby tylko się ją dało postawić.
Żeby wygodniej było skręcać, i9 jeden koniec drabiny zaklinował w płocie, a drugi oparł o drzewo w taki sposób, że tworzyła ona obecnie mostek między płotem, a ... no drzewem.
- Nie wyjdzie - poddaliśmy się już po kilku szarpnięciach. - musimy ją rozkręcić.

Małe kilkadziesiąt minut później drabina została rozkręcona, postawiona na sztorc i skręcona z powrotem.

Była to drabina, z której można pielęgnować korony drzew. Naprawdę kawał solidnej... drabiny.
Postawiliśmy ją przy brzozie i udało mi się brzeszczotem uciąć dwie całkiem spore gałęzie zanim tacie się przypomniało, że kupił piłę do drewna.
Więc później poszło z górki, a na drugi dzień miałem mieć kilka odcisków mniej. 

Podziwiając kompletnie nie rzucający cienia kikut drzewa, rozkręciliśmy drabinopodobną konstrukcję ojca i przyznałem rację, że mamy sprzęt, którego "można użyć w razie potrzeby", jednocześnie wyrażając wątpliwość, czy taka potrzeba się przytrafi. Jedyna, jaka mi przychodziła do głowy, to konieczność pomalowania wieżowców Porta Mare w Dziwnówku.

W każdym razie byliśmy zadowoleni z siebie i tak by nam zostało, gdyby nie przyjechała siostra i nie powiedziała, że w rozmowie z naszym ojcem nie mówiła o brzozie, tylko o wierzbie.






Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX