#EPIZODY: O włamaniu

30 sierpnia 2014

O włamaniu

Szesnastego października tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego ósmego roku,  wieczorem, do niewielkiego mieszczącego się przy ulicy Legionów w Łodzi mieszkania przyszedł włamywacz. Prawdopodobnie obserwował swój cel wcześniej, wiedział bowiem, że domowników nie będzie w domu. Ponieważ, jak w każdy piątek, pojechali z córkami na basen. 
Z drugiej strony - możliwe, że włamanie było sprawą przypadku, bo mimo wywalenia z szafek wszystkich ubrań, pościeli, nawet bielizny włamywacz nie znalazł ani pieniędzy, ani nic szczególnie wartościowego.
Gdyby obserwował - wiedziałby, że trafił na ludzi zamożnych w inteligencję, w dobroć i w umiejętność płodzenia pięknych córek, ale w pieniędze - niespecjalnie.

Jedyną 
rzeczą wartą uwagi włamywacza okazała się wieża stereo marki Phillips, choć w końcu ubiegłego wieku sprzętu odtwarzającego kasety, a nie płyty, nie można było nazwać "cennym", "drogim", "kosztownym", ani "wartościowym".
Zirytowało to włamywacza do tego stopnia, że wychodząc odkręcił w niewielkiej kuchni wodę zatykając uprzednio zlewozmywak kuchenną rękawicą.
Gdy mieszkającym piętro niżej sąsiadom z żyrandola zaczęła kapać woda, poszli sprawdzić co się stało, a widząc panujący bałagan, domyślili się przestępstwa i zakręciwszy kran, wezwali policję.
I to był jedyny powód dla którego ta  pojawiła się na miejscu zdarzenia. 
W końcu - zginęła tylko wieża.
Słowa "tylko" nie użyłaby starsza z córek właścicieli ograbionego (z wieży) mieszkania. Wieża była z nią od zawsze, a konkretnie od pierwszej komunii i dziewczynka nie wyobrażała sobie bez tego grata życia. 
Opisała więc policjantom dokładnie gdzie i które pokrętło miało zarysowania, w którym miejscu odprysnął lakier i trzeba go było poprawić "takim do paznokci", oraz gdzie dokładnie była przyklejona naklejka z uśmiechającym się Dawidem Hasselhofem.
Policjanci wysłuchawszy dziewczynki zwrócili się do rodziców z prośbą o  podanie numeru seryjnego sprzętu, a że tego nikt nie znał - w protokole został on opisany jako "wieża Phillips z naklejką", zaś postawny, wąsaty policjant w policyjnej czapce powiedział ze smutkiem, że skoro nikt nie zna numeru seryjnego - prawdopodobnie wieży nie uda się odzyskać NIGDY.
I rzeczywiście - gdy pół roku później ojciec dziewczynek poszukując dużego ogrodowego parasola na działkę (najlepiej kwadratowego) skierował swoje kroki na giełdę samochodową i na stoisku z używanym sprzętem zobaczył wieżę - nie było na niej obiektu westchnień żeńskiej części widzów "Słonecznego Patrolu". 
Mimo to mężczyzna znalazł policjanta, przyprowadził do stoiska, wskazał je i powiedział, że jego zdaniem znajdujący się na nim sprzęt pochodzi z kradzieży, a na pewno pochodzi z kradzieży ta wieża, bo "o tu ma odpryśnięcie naprawione lakierem do paznokci mojej córki".
Na co sprzedawca wyjął umowę kupna - sprzedaży, w której żadną ze stron bynajmniej nie była owa córka. Po obejrzeniu umowy policjant pokiwał głową i proponując ojcu dziewczynek złożenie zawiadomienia na komisariacie - wrócił do rozmowy z rosyjskojęzycznymi imigrantkami.
Ojciec dziewczynek zawiadomienia nie złożył. 

Dwa dni po włamaniu kupił bowiem córce nową wieżę, do której oprócz kaset można było włożyć nie CD, ale trzy CD jednocześnie i w dodatku  zaprogramować w taki sposób, aby muzyka leciała w dowolnie wybranej kolejności. Na przykład od ostatniej piosenki do pierwszej. 

Córka po odtańczeniu tańca radości zrobiła dwie rzeczy. Po pierwsze - przykleiła na pokrętło naklejkę z Johnnym Depp'em, po drugie spisała do różowego notesika numer seryjny prezentu.

I to jest główną przyczyną, dla której po kupieniu maszynek do golenia Super sensitiv, woman, aloes, "tak cholernie uroczych, że włosy ci same do nich wyjdą" Najmilsza je zarejestrowała.

Mamy zarejestrowane wszystko, telefony, odkurzacz, budzik, każdą butelkę PEPSI, boję się nieuchronnego nadejścia momentu gdy w warzywniakach pojawią się "rejestrowalne" ziemniaki.
Oczywiście nie rejestruje wszystkiego w różowym notesiku, ten nadal zarezerwowany jest dla numerów seryjnych sprzętów elektronicznych. Ale jak gdzieś jest napisane "zarejestruj swój produkt" - Najmilsza siada, wypełnia karty, wysyła maile albo dzwoni w przypadkach, gdy w celu rejestracji trzeba gdzieś zadzwonić.

Dzięki temu po pierwsze:  "mamy na to gwarancję". Po drugie: "można coś wygrać" bo rejestracja online jest związana z konkursami (zwłaszcza produktów tak dziwnych jak Pepsi, czy maszynki do golenia, o których mowa), a po trzecie i najważniejsze: "wiemy, że coś jest nasze w razie kradzieży".
Fakt, że na mail Najmilszej przychodzą tony spamu w ogóle jej nie przeszkadza, co nas różni. Mi by przeszkadzało.

No i jakiś czas temu kupiła sobie maszynki do golenia. 

Drogie jak diabli, ale dzięki temu nie używała moich chamskich polsilverów.
- i10, przyszedł mail od moich maszynek - powiedziała w środę podając nazwę owego akcesorium - i wyobraź sobie, że jest konkurs!
- Co ty nie powiesz? - nie oderwałem wzroku od instrukcji przygotowania żeberek po chińsku. Napis brzmiał "oczekuje 30 minut dlaczego zalać", a załączony rysuneczek pokazywał Azjatę patrzącego na zegar lub Europejczyka bardzo na zegar rozgniewanego. Czyli mam zacząć od czekania? A na co?
Najmilsza weszła do kuchni i stanęła w drzwiach.
- Weź się skup i10, konkurs jest.
- Skupiony jestem, - podsunąłem jej opakowanie pod nos - czekam już prawie trzydzieści minut i zaraz przechodzę do punktu numer dwa, nie przeszkadzaj.
Usiadła przy stole i zrobiła  wielkie, smutne oczy.
- Nie chcesz pomóc, a trzeba napisać proste hasło reklamowe...
- Co?
- ...hasło reklamowe dla maszynek do golenia - widząc moje zainteresowanie ożywiła się - Trzeba napisać dlaczego te właśnie maszynki są lepsze niż inne.
- Jakie maszynki?
- Przyniosę - poszła do łazienki, zaś ja wróciłem do ponurego przyglądania się chińskiej, nie wykazującej żadnej aktywności saszetce. 
- O te! - Najmilsza wróciła wymachując różową, trzyostrzową, superdelikatną golarką.
- Hasło?
- Hasło.
- Reklamowe?

- Dokładnie..

- Ale wiesz, że i tak wygra wierszyk?
- Nie szkodzi, rzuć hasło.
- Ok. "Bardziej różowe niż kucyk po LSD".
Zapadła cisza, zmącona jedynie lekkim bulgotaniem saszetki, która najwyraźniej weszła w reakcję z powietrzem.

Najmilsza podeszła, wyjęła ją z moich rąk i podsunęła pod nos maszynkę.
- i10, skoro wysyłam, to chciałabym mieć szanse. Jaki kucyk? Jakie LSD?! Powaliło cię!?
- Nie chodzi o kolor? - odebrałem jej sos i postawiłem na parapecie. Według instrukcji powinien "przez 5 min. być oświetlany on". No to będzie. On.
- Nie - Najmilsza pokręciła głową - zostaw kolor.
Zostawiłem.

- Rżniemy aż furczy? Nie, czekaj, mam! Samuraj płakał jak oddawał! Albo... lepiej! Samuraj, który nie miałby pod ręką Hattori Hanzo... do seppuku użyłby...
- Co ty bredzisz - Najmilsza brutalnie zaingerowała w proces twórczy. - Jacy samuraje, jaka Honda?!
- Hanzo nie Honda, ty nieuku filmowy!
- i10, to są maszynki dla kobiet, nie dla samurajów.
- Dla kobiet mówisz... może zero krwawienia? Do kobiet to przemówi...
- Nie idioto, nie przemówi. Zero krwi, zero brutalności, zero narkotyków. Ma chodzić o coś innego.
- A o co?
- O delikatność! - ryknęła zupełnie niedelikatnie.
"A, że w ten sposób..." - myślałem obserwując sos przez kilka sekund - "...rzeczywiście, to są bardzo delikatne maszynki..."
- Kochanie, napisz w ten sposób: Są tak delikatne, że twój facet będzie je podbierał do golenia jajek.
- Co za...? - urwała w połowie i zastanowiła się - Ty, i10... dobre! Naprawdę dobre!
Ale ja już się rozkręcałem.
- Mam lepsze, uważaj. Trudne, ale z polotem.
- No dawaj.
- Wszystko MOSZNA ogolić... - zawiesiłem głos - ...na gładko! I co, dobre? Dobre?
W milczeniu popatrzyła na mnie, skrzywiła się, popukała w czoło i wyszła.
A ja wróciłem do obserwowania sosu, a ponieważ minęło pięć minut zgodnie z dalszą instrukcją dolałem  do niego "naczynie przeziębionej wody". 
Wróciła po chwili.
- Powiedz, że tak nie robisz, albo przynajmniej, że wyrzucasz te maszynki!
- Że co nie robię?
- Że nie używasz moich maszynek wiesz do czego - spojrzeniem wskazała mi miejsce na moim ciele, co do którego miała nadzieję, że nie pozbawiam go owłosienia przy pomocy jej maszynek.
- Mówię - zarechotałem.
- Że co?!
- Że wyrzucam. Nie tyle wyrzucam co chowam. Spokojnie, nie golisz się nimi. Wyciągaj talerze, będą żeberka po chińsku!

I sięgnąłem po rękawicę kuchenną do szafki, bo trauma z dzieciństwa Najmilszej  nie pozwala trzymać rękawicy w pobliżu zlewozmywaka.

Żeberka wyszły wyśmienite, zwłaszcza że do zmycia chińskiego sosu wystarczyła, jakby to powiedzieć po chińsku "woda z gorączką".







Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX