#EPIZODY: O tym, dlaczego lepiej nie zadzierać z gimbazą

O tym, dlaczego lepiej nie zadzierać z gimbazą

Róży - mojej córki chwilowo u nas nie ma. Piszę "u nas", chociaż wynająłem mieszkanie, żeby mogła ze mną zamieszkać, bo nie chciałem jej ściągać Najmilszej na głowę do i tak niewielkiego mieszkania. Ale w nowowynajętym bywają wszyscy. Chociaż najczęściej i tak siedzimy u Najmilszej. Więc Róży nie ma "u nas" - w sensie, że w Łodzi.
"Chwilowo" również jest niedopowiedzeniem - tak naprawdę nie wiem kiedy Róża wróci. Ja chcę, ona chce - ale sąd jakoś nie chce. Zobaczymy, może współautorka wygrała bitwę, ale nie wojnę.
W każdym razie poniższe zdarzenia miały miejsce, gdy Róża jeszcze była...

Spośród wielu przymiotników, jakich można użyć na określenie mojej córki szczególnie niepasującym byłby "nieśmiała".
W ciągu dwóch, czy trzech tygodni jakie u mnie spędziła, Róża zdążyła poznać wszystkich sąsiadów, w tym tych, co nawet nie wiedziałem, że są moimi sąsiadami, tych co nie wiedzieli, że ja jestem ich sąsiadem, panie z wszystkich trzech znajdujących się na Stokach sklepów, ludzi sprzątających klatkę schodową, kierowcę autobusu oraz faceta włączającego zraszacze na boisku.
Nie ma bowiem najmniejszych oporów, żeby podejść, przedstawić się i nawiązać rozmowę typu:
- A jak to jest tak włączać te zraszacze i wyłączać, dobrze?
Ponadto dość szybko odkryła, że powiadomienie rozmówcy, że przyjechała do Łodzi znad morza i zamierza tu zostać na stałe "ze starym, wymagającym opieki ojcem" wywołuje najpierw niedowierzanie*, później zaciekawienie**, a na końcu podziw**
Ja odkryłem, że sąsiedzi, którzy do tej pory traktowali mnie jak powietrze, co mi bardzo odpowiadało - obecnie przytrzymują dla mnie drzwi, uśmiechają się, a dziadek z najwyższego piętra za każdym razem, gdy mnie widzi pokazuje gest "lubię to", a nie sądzę, żeby miał konto na Fejsie.
Gdy dzieciak z klatki obok gestami zaproponował, że mnie przeprowadzi przez ulicę - postanowiłem sprawę wyjaśnić.
- Myślą, że jesteś zniedołężniały - oznajmiła Róża nie podnosząc głowy znad telefonu.
- Dlaczego?
- Bo ja im tak mówię.
Przez chwilę milczałem obracając w głowie otrzymane informacje i próbując z nich uzyskać coś sensownego. Próba zakończyła się niepowodzeniem.
- Kochanie, dlaczego mówisz ludziom, że jestem zniedołężniały?
Odłożyła telefon.
- Tato. Oni oni mnie pytają dlaczego przyjechałam znad morza, żeby mieszkać w Łodzi. Co im mam powiedzieć?
- Prawdę!
Chwilę popatrzyła w dal przygryzając usta**
- Ok - stwierdziła na koniec i sięgnęła po telefon.
Zaczęła stukać w klawiaturę w monisiopodobny sposób.
- Co ok? - chciałem wiedzieć.
- Nie będę mówić ludziom, że jesteś zniedołężniały.

Wróciłem do kuchni** z przeczuciem, że to nie koniec sprawy.

Oprócz różnego rodzaju pracowników obsługi klienta, jakich poznała Róża - oczywiście nawiązała też kontakty z rówieśnikami. Ponieważ są wakacje - młodociane bandy pozbawionych opieki**  gimnazjalistów szwendały się po Stokach w sporej ilości, oddając się, jak sądzę, piciu alkoholu, zażywaniu narkotyków i uprawianiu seksu. Najpierw spróbowałem zabronić Róży zadawania się z nimi, a po wielkiej awanturze - zmieniłem zdanie, zakaz ograniczając do seksu, prochów i wódki. I na wszelki wypadek rockandrolla.

Pod koniec pobytu (nie wiedząc, że pobyt zbliża się ku końcowi) Róża poprosiła...
- Tato, czy mogę kogoś zaprosić do domu?
- Kogo? - wolałem się dowiedzieć, bo po jej opowieściach o ludziach, jakich poznaje, nie byłem pewien, czy nie zawita do nas pan  podlewający boisko, albo te starsze panie, u których codziennie rano kupuję bułki.
- Kolegę.
- JUŻ TU MASZ... KOLEGĘ?!!
- Oj, tato, przecież to normalne. W moim wieku jest. Patryk ma na imię i jest bardzo fajny.
Najmilsza szturchnęła mnie w bok. Było to szturchnięcie, jakim woźnica daje koniowi znak, żeby koń zrobił trochę miejsca.
- Dobrze - wzruszyłem ramionami, a Namilsza z Różą zareagowały jak osoby, które wcześniej coś sobie zaplanowały i ten cel udało im się osiągnąć.

Ale przez kolejną godzinę córcia przychodziła do kuchni (mojej), zrobiła sobie kanapkę, nie zjadła, zrobiła sobie herbatę, nie wypiła, zaproponowała mi herbatę z kanapką i ogólnie widać było, że chce pogadać o czymś jeszcze, ale nie wie jak.
- O co jej chodzi? - zapytałem Najmilszą.
- Wiem, że chciała zaprosić tego Patryka, teraz nie wiem.
- Ja mam zapytać, czy ty, bo widzę, że świetnie się dogadujecie - pogłaskałem Najmilszą po pięknych puszytych włosach, do których nie musi sobie doczepiać sztucznych, jak jakaś kojarząca się z ulem "stylistka".
- Ty zapytaj.
Ale nie musiało pytać żadne z nas, bo Róża wkroczyła do kuchni ze słowami:
- Tato, jest jeszcze jedna sprawa!
- Wal.
- Czy jak Patryk przyjdzie, mógłbyś mówić po angielsku?
Popatrzyłem na Najmilszą, ta pokręciła głową, że też nic nie rozumie.
- Różyczko, po co miałbym mówić po angielsku?
Podrapała się po nosie.
- Bo mnie kochasz?
- Kocham cię, ale nie widzę związku.
- Nie widzisz... - znowu podrapała się po nosie. Pewnie jej rośnie od kłamania - no dobrze, to wam wyjaśnię. Pamiętasz, jak mówiłam, że jesteś niedołężny?
- Pamiętam - wyciągnąłem z paczki papierosa, przypomniałem sobie, że jestem w towarzystwie dziecka, schowałem papierosa z powrotem.
- No więc jest coś jeszcze. Moim znajomym powiedziałam, że jesteś Anglikiem i słabo mówisz po polsku.
- Czemu?
- Bo krótko mieszkasz w Polsce.
- Nie pytam czemu słabo mówię po polsku... - zacząłem a Najmilsza zaczęła się śmiać, zgromiłem ją wzrokiem, co tylko zintensyfikowało rechot** - ... nie mówię słabo po polsku! Pytam, czemu im powiedziałaś, że słabo mówię po polsku?!
- Bo mówiłeś, żebym nie opowiadała, że jesteś niedołężny i wymagasz opieki.
- No to co?
- No i nie opowiadam. Tato... - Róża zniżyła głos i zrobiła poważną minę - ... chcę, żebyś wiedział, że nie jesteś niedołężny i nie wymagasz opieki.
- Wiem, dzięki... czekaj! Sam wiem, że nie jestem niedołężny! I nadal nie wiem, dlaczego miałbym mówić po angielsku?
- Bo powiedziałam, że uczysz mnie angielskiego i tak sobie ćwiczymy rozmawiając po angielsku. I zgódź się dlatego, że cię o to proszę! To są takie żarty!

Powiedziałem, że kłamanie ludzi nie jest fajne, że chciałbym, aby wyprowadziła z błędu wszystkich mających mnie za poddanego Jej Wysokości Eźbiety II.
 I że spoko, ten jeden raz mogę palić głupa.
- Ale więcej nie. Tylko raz. Później masz wszystko odkręcać.
- I jeszcze jedno. Zapomniałam mu powiedzieć, że nie jesteś zniedołężniały. Mógłbyś kuleć?

Wizyta odbywała się popołudniem.

Cały ranek dziecko spędziło w łazience, a później wyszło po Patryka, "żeby go przyprowadzić". Zastanawiając się czy to aby nie on jest ułomny, że sam nie może do nas trafić, poszedłem do pokoju Róży, żeby poczynić pewne, nazwijmy to, przygotowania.

Przyszli koło siedemnastej.
Natychmiast poszli do jej pokoju i zamknęli drzwi. W przelocie zauważyłem, że Patryk to ten chłopiec, który chciał mnie przeprowadzać przez ulicę. Grzeczne dziecko. Popatrzyłem na zegarek zastanawiając się czy najpierw włączą komputer...
Najpierw zauważyli tablicę.
Róża weszła do kuchni rozrechotana trzymając w ręku zabawkową tablicę wysokości metr pięćdziesiąt.
- Tato, co to jest?
Napis na tablicy głosił "GRZYBICA STÓP - PO PIERWSZE SIĘ NIE PODDAWAĆ!".
Mebelek (o ile tablica jest mebelkiem) znalazłem w komórce, dorobiłem odpowiedni napis i ustawiłem na środku pokoju.
- To - wyszczerzyłem zęby - jest tablica. Mogę poznać kolegę?
Popatrzyła na mnie przymrużonymi oczami.
- Myślisz, że to jest zabawne? - po błyskach w źrenicach widziałem, że jest. - Nie możesz poznać! Zrobiłeś coś jeszcze?
- Skądże - siorbnąłem herbatę. - Zawołaj, jak będę mógł.
Odwróciła sie na pięcie i poszła.

- TAAAATOOO!!!! - ten krzyk dwie minuty później oznaczał, że włączyli komputer. W dzisiejszych czasach cóż innego mogli zrobić na randce?
W każdym razie jako stronę startową ustawiłem wyszukiwanie w Googlach frazy "środek na uporczywą grzybicę stóp". Konsekwentnie.
Skoro woła - poszedłem.
Uprzejmie zapukałem do pokoju, otworzyłem drzwi, wszedłem lekko powłócząc nogą i wyciągnąłem rękę do Patryka.
- Gud myrning.

Tamta wizyta skończyła się dobrze, Róża przekonała chłopaka, że nie walczy z uciążliwymi chorobami skóry. Kazała mi potwierdzić, więc potwierdziłem, zaraz po tym, jak przyznała się, że jej ojciec nie jest ani umysłowo, ani fizycznie ociężały, jedyne co mu dolega to "specyficzne" poczucie humoru.
Patryk długo nie siedział, przypuszczam, że odniósł wrażenie, że trafił do domu wariatów, w każdym razie, z tego co wiem, nadal piszą z Różą do siebie przez Fejsbuka.

No a dzień, czy dwa później Róża wyjechała i jak wspomiałem - nie wiem czy i kiedy wróci.

Ale to nie koniec historii.

Parę dni temu robotnicy rozpoczęli ocieplanie budynku, w którym mieszkam.
I ile razy przechodzili koło naszych okien - wybuchali śmiechem.
Nie wiedziałem czemu, dopóki wczoraj nie poszedłem obejrzeć budynku od strony ogrodu, do którego ostatnio nie chodzę, zwłaszcza, że chadzają tam sąsiedzi, którzy najprawdopodobniej uważają mnie za niepełnosprawnego szalonego Anglika.
Otóż w mieszkaniu o parapet jest oparta tablica. Tyłem do przodu.

I z zewnątrz widać budynek, moje okno, a w nim wielki napis
"GRZYBICA STÓP - PO PIERWSZE SIĘ NIE PODDAWAĆ!"



Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX