#EPIZODY: O przepisie

O przepisie

Dostałem nagrodę od serwisu Zblogowani.pl

Serwis zajmuje się grupowaniem wszystkich blogów w jednym miejscu, żeby ktoś, kto chciałby mieć wszystkie blogi zgrupowane w jednym miejscu nie musiał się uczyć języka angielskiego. Bo takie serwisy oczywiście istnieją od dłuższego czasu, ale w wersjach obcojęzycznych właśnie. Na przykład Bloglovin.  Nawet dodałem linka do Bloglovina na #Epizodach, ale że KOMPLETNIE nie wiedziałem, do czego to służy - link jest zatytułowany "cośtam cośtam Bloglovin". Korzysta z niego (z mojego linka) kilkadziesiąt osób.
Albo skusiło je moje "cośam cośtam" albo wiedziały czym to się je. Nieważne, w każdym razie gdy tylko powstał polski agregator blogów - natychmiast sie do niego zapisałem.
I zacząłem im dawać głupie rady, z których żadna jak do tej pory nie została zrealizowana, ale istnieje szansa, że zostaną, jak tylko właściciele Zblogowanych zrozumieją "o co temu i10 właściwie chodzi". 
Pierwsza rada oczywiście brzmiała "powinniście mnie zatrudnić".

Ale znowu odbiegam od tematu, bo nie o radach chciałem pisać.

Zblogowani otóż zorganizowali konkurs polegający na napisaniu wypracowania pod tytułem "Ja, bloger". 
Chociaż nie, nie polegał na napisaniu wypracowania, tylko - jak wynikało z Regulaminu - na umieszczeniu "wpisu na blogu". Wpis na blogu nie oznacza bowiem wcale konieczności pisania! 
Są blogi zdjęciowe, gdzie "wpisem" może być zdjęcie dajmy na to jeża. Są blogi wideo, gdzie "wpisem" może być film, dajmy na to... z jeżem i w końcu są blogi takie jak #Epizody, gdzie wpisem jest po prostu tekst. Na przykład o jeżu. I nie zawierający nawiązań do żadnych bóstw*
Wracając do konkursu - żeby wystartować można było napisać tekst, nakręcić film, zaśpiewać piosenkę, abo upichcić danie pod tytułem "Ja bloger".

Film odpadał.
Połowa dialogów w jedynym jaki osobiście nakręciłem to przekleństwa, a całość nie dość, że jest nudna to jeszcze nie kończy się happy endem. Można wręcz powiedzieć, że "Tłumik is Dead" to dramat. I w sensie gatunku i w sensie realizacji.

Skoro filmowiec ze mnie żaden - może zaśpiewam?
- Zamkną cię w zakładzie dla obłąkanych - powiedziała Najmilsza, Monisia pokiwała głową, a pies słysząc słowo "śpiew" padające z moich ust wlazł pod łóżko, zerzygał się i zaczął wyć. 
"A więc śpiew też nie - myślałem wycierając szmatą podłogę. "Zatem potrawa"?
Sęk w tym, że osiemdziesiąt procent blogów w Zblogowanych i nie tylko... w ogóle osiemdziesiąt procent blogów traktuje o żarciu.

Blogi dla wegetarian, czyli nie jedzących mięsa, dla wegan - nie jedzących mięsa ale od krótszego czasu, dla żrących jedynie owoce frutarian, dla nietolerujących laktozy, dla tolerujących inaczej, dla chudych, dla grubych, dla lubiących schabowe i dla nienawidzących miodu, no normalnie są blogi dla wszystkich!
"A dla kanibali jakoś nie ma" - odkryłem przeglądając listę blogów dla smakoszy.
I tak narodziła sie w mojej głowie myśl, żeby zrobić przepis na danie i w ten prosty sposób wziąć udział w konkursie "Ja bloger" i go wygrać.
Po czym doszedłem do wniosku, że pomysł udziału w poważnym konkursie z przepisem dla P.T. kanibali powinienem z kimś omówić.
- Zamkną cię w zakładzie dla obłąkanych - powiedziała Najmilsza, Monisia pokiwała głową, a pies słysząc słowo "obłąkanych" wlazł pod kanapę i się zerzygał dając dowód, że jest psem niezwykle łatwym do wytresowania.

Zatem nie o przepisach?
Postanowiłem napisać tekst.
"Ja bloger.
Urodziłem się w Pyrzycach, w rodzinie robotniczo chłopskiej..."
Kilka godzin później patrzyłem na trzy zapisane ekrany.
Wyszedł życiorys.
- Niedobry pomysł - Monisia stała nad moim ramieniem i czytała przez ramię wypuszczając na podobieństwo lokomotywy kłęby dymu. - Składasz podanie o pracę, czy chcesz wygrać konkurs?
- Konkurs.
- To skreśl wykształcenie.
Skreśliłem. Tekst stopniał o trzy czwarte.
- I doświadczenie zawodowe też wykreśl.
Posłuchałem. Zostało kilka linijek.
- Lepiej - swierdziła lokomotywa. - Ty, i10, nie urodziłeś się w Szczecinie? Gdzie są Pyrzyce?
- Koło Szczecina.
- Mówiłam, żeś wieśniak - zaśmiała się i wróciła do Najmilszej, Zmory i przeglądania katalogów znanej firmy odzieżowej.
Nie wyjaśniłem Monisi, że w rzeczywistości urodziłem się nie w Pyrzycach, a koło nich. W miejscowości, a właściwie wsi tak małej, że podczas rejestracji nowego obywatela urzędniczka powiedziała ojcu, że "nie może zapisać jakichś krzaków jako miejsca urodzenia" i kazała podać miasto w pobliżu. 
Później przez wiele lat ta wieś służyła mi do określania dokładności mapy. Jeśli była kropka - mapa była bardzo dokładna. A jeśli obok kropki była nazwa - sprawdzałem czy na okładce nie jest napisane "Ściśle Tajne", bo taką dokładność miały wyłącznie dokumenty Układu Warszawskiego**
W Google Maps wieś pojawiła się dopiero rok temu, wcześniej maksymalne zbliżenie  pokazywało co prawda zabudowania, krzyż przy drodze, stodołę Babci, ale wszystko to nie było nazwane - nazwę zyskało dopiero rok temu.

Wracając do konkursu: tekst nie dość, że kłamliwie przenosił miejsce, w którym świat zaczął mnie po raz pierwszy śmieszyć o dziesięć kilometrów na północ, zrobił sie dramatycznie krótki. 

To nie było rozwiązanie.

Wówczas chwyciłem się ostatniej deski ratunku, Czytelnicy napiszą, co chcieliby wiedzieć o życiu blogera, jego wszechświecie i całej blogerowej reszcie, a ja im odpowiem.
I tak się stało.
Czytelnicy napisali genialne pytania, ja napisałem takie sobie odpowiedzi i poszło.
Zaś miesiąc później wygrało, co Monisia skwitowała "wieśniak, ale farciarz".

Ale nie o tym chciałem napisać.

Główną nagrodą w konkursie był bowiem aparat fotograficzny.
Na jego przysłanie czekałem cierpliwie** kolejny miesiąc.

I przyszedł.
Aparat to Olympus EPL5. Do tego czy jest lepszy, czy gorszy od nagrody w Blogu Roku (Canona SX50HS) wrócimy w momencie, gdy jednego z nich będę się pozbywał. Prawdopodobnie przeprowadzimy wtedy jakiś niezależny, rzetelny, kompletnie pozbawiony sensu test -  nie w tym rzecz.

Rzecz w treści dołączonych przez firmę Olympus Polska S.A. z siedzibą w Warszawie gratulacji.

Druga linijka... w zasadzie to trzecia linijka i w niej dwa ostatnie słowa.
Nie zwracajcie uwagę na siekierę służącą jedynie przytrzymaniu listu, by ten nie odleciał.
Przy okazji - list leży na pięknym dębowym stoliku własnej roboty.
Historia ze stolikiem pojawiła się wczoraj.
http://www.idziesiec.pl/2014/08/o-stoliku.html



Ponieważ firma Olimpus S.A. z siedzibą w Warszawie przekazała mi naprawdę świetną nagrodę - nie miotam się, że nie przeczytali #Epizodów.
I co z tego? Prowadzący Bloga Roku też nie przeczytali**.

Jednak ponieważ powyższy list wzbudził we mnie uczucie, że nagroda mogła być dość... niezasłużona, załączam przepis na blogera.

"Ja bloger" - przepis.

Składniki:
80-90 kilo Polaka** 
Garść bzdur, 
Szczypta irytacji
Worek, dwa worki dystansu (dystans powinien być zleżały)

Bierzemy Polaka i wkurwiamy... 
gdzieś tak przez kilka lat.
W międzyczasie dorzucamy garść bzdur cały czas mieszając** .
Gdy zaczyna wrzeć - przyprawiamy szczyptą irytacji i natychmiast obtaczamy w dystansie.

Albo się powiesi (i danie nie wyjdzie - trzeba zacząć od początku), albo zostanie politykiem (i wtedy danie też nie wyjdzie) albo blogerem i zacznie pisać, co mu na sercu leży.
I o to chodzi.
Podawać w śmietanie.

Życzę smacznego!


Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX