#EPIZODY: O nieżywym sierściuchu

O nieżywym sierściuchu

Zacznijmy od tego, że Monisia uczy się chcieć pójść zapisać się na prawo jazdy i w ramach nauki ćwiczy lekcję pod tytułem, "a załóżmy, że miałabym już to prawo jazdy, to jak by wyglądało siedzenie po tamtej stronie samochodu".
Najpierw miesiąc jeżdżenia z lustrem, później trzymania jedną ręką kierownicy, aż doszliśmy do naciskania pedałów.



Zatem ona była w trakcie naciskania pedałów, gdy Najmilsza krzyknęła:
- O Boże!
...i puściła kierownicę.
Wystraszona krzykiem nad swoją głową Monisia nacisnęła gaz,  przez co Matizem zarzuciło i mało nie rozjechaliśmy leżącego w ciemniejącej na środku jezdni kałuży krwi szarobiałego, martwego kota.

Zatrzymaliśmy się niecałe sto metrów dalej, prawie pod bramą działki.
- i10, idź po niego - powiedziała Najmilsza.
- Po kogo?
- Po kota.
- Przecież był zdechnięty.
- NIE WIADOMO!!
- O co chodzi? - Monisia wygrzebała się pojazdu. - Jak krzyczysz "O Boże" - wycierając ręce stanęła przed Najmilszą - to powinnam nacisnąć gaz czy hamulec?
- Prawie rozjechałyśmy kota!
- My?!
- Tak. Ty i ja - Najmilsza obejrzała się na mnie - i i10! Zaraz go ktoś przejedzie!
- Kogo? - zapytała Monisia mierząc mnie wzrokiem i próbując wymyślić, niby w jaki sposób coś miałoby mnie za chwilę na tym tu trawniku przejechać.
- KOTA!!!
 I Najmilsza w kilku, może kilku miliardach słów nakreśliła siostrze sytuację, główny nacisk kładąc na "bezduszność i brak reakcji i10", choć powinna na "żarty, jakie stroją sobie ludzie z osób pytających, jak najlepiej nauczyć się używać pedałów w samochodzie".
- i10 - obie spojrzały na mnie - idź po kota.
- Same idźcie.
Wtedy Najmilsza strzeliła focha.

Gdy przyczyna, dzięki której mój świat jest kolorowy strzela focha - świat przestaje być kolorowy. Nie powinno więc dziwić, że aby udowodnić swą miłość i oddanie, po chwili dałem się przekonać. Poszedłem sprawdzić stan zwierzęcia i gdyby nie żyło, zdjąć je z jezdni, na której mimo małego ruchu, niewątpliwie jeden z jego wymiarów wkrótce zostałby zredukowany do zera.
- A tak nie może być - mówiły obie. - Kotu należy się spoczynek w jednym, możliwie krótkim kawałku. Jeśli nie żyje, masz go i10 pochować!
Popukałem się w czoło i wróciłem na miejsce... tragedii.
Z mocnym postanowieniem bezceremonialnego wrzucenia padliny do rowu.

Ale bydlę żyło.
Leżało na środku jezdni w kałuży krwi i odchodów i charczało. Popatrzyłem kilkanaście sekund zastanawiając się czy nie powinienem skrócić jego cierpienia. Krew sączyła się z pyszczka i z ucha, a odchody... nieważne.
Zrobiło mi się go najzwyczajniej szkoda. Jak ma zdechnąć - niech zdechnie wśród osób, które będą na niego patrzeć i na przemian powtarzać "ojej" i "biedactwo".
Miałem na sobie roboczą koszulę, bo rzecz działa się na drodze ze sklepu na działkę, gdzie cały miniony dzień poświęciłem koszeniu trawy. Zdjąłem ją (koszulę, nie trawę), owinąłem kota, ostrożnie podniosłem i z zawiniątkiem wróciłem do Matiza.
- Miałyście rację. Żyje - podałem Najmilszej charczący kłębek, a ona widząc moją koszulę obdarzyła mnie wzrokiem tak pełnym wdzięczności, że obiecałem sobie w przyszłości zawijać w ubrania i znosić do domu każdą padlinę, jaką tylko uda mi się znaleźć przy drodze.
- Ojej - powiedziała Monisia zaglądając do zawiniątka.
- Biedactwo - dodała Najmilsza.

Na działce wyjąłem z samochodu zakupy, a dziewczyny zasiadły nad kotem i debatowały. W końcu przyszły do mnie.
- i10, musimy go uratować.
- Nie. Zdechnie, albo nie zdechnie. Nie będziemy go ratować.
Najmilsza spojrzała na mnie tak, jak kobiety patrzą na ludzi mówiących, że nie trzeba ratować kotów, jeśli istnieje szansa, że same zdechną.
- i10, ja cię proszę. Nie gadaj bzdur, tylko zrób coś.

Wyjąłem telefon i przeprowadziłem rozmowę z pogotowiem ratunkowym, które, jak z rozmowy wynikało - nie zajmuje się przeprowadzaniem operacji neurologicznych na zdychających kotach. Niestety dziewczyny odgadły, że tylko symulowałem rozmowę i kazały mi zadzwonić naprawdę.
Oczywiście nie na pogotowie, tylko do weterynarza.

Warto wspomnieć, że w międzyczasie zrobiła się godzina dwudziesta druga.

Odszukały telefon do weterynarza całodobowego. W Łodzi.

- Dobry wieczór, mam taką sprawę... - zacząłem - ...znalazłem na drodze kota, który zdycha, chyba został potrącony. Nie ja go potrąciłem! - zastrzegłem, aby rozmówca nie nabrał podejrzeń, że idiotyczny telefon w idiotycznej sprawie wywołało idiotyczne poczucie winy. - I wie pan, nawet bym się nie zatrzymał, ale chodzi o to, że razem ze mną jechały dzieci... - popatrzyłem na siedzące nad kotem i przysłuchujące się rozmowie siostry... miłosierdzia i wzruszyłem ramionami na znak, że zbieranie potrąconych kotów można wytłumaczyć albo dziećmi, albo chorobą umysłową. Siostry też pokiwały głowami, że rozumieją, ale żebym nie przesadzał.
- I gdzie ten kot teraz jest?
- Na podwórku.
- A bardziej ogólnie?
- Na działce. Koło Sieradza.
- Czego?
- Sieradza, taka miejscowość.
- Pierwsze słyszę, przywieź go pan do nas.
Podziękowałem, rozłączyłem się i przedstawiłem sytuację.
- Nie zawiozę tego sierściucha do Łodzi - zaznaczyłem. - Ani nie zapłacę za neurochirurga - pokazałem kocie ucho, z którego krew sączyła się jakby mniej. - Zrobiłem, ile się dało. Reszta... - spojrzałem w niebo - ...w rękach Boga.
I wcale nie miałem racji, bo Monisia usiadła do internetu i dowiedziała się, że leczeniem potrąconych bezpańskich zwierząt zajmuje się Straż Miejska. Może nie samym leczeniem, ale odwożeniem do leczenia to na pewno.

- i10, ty masz dar przekonywania - Najmilsza przekonała mnie, że to ja powinienem zająć się zadzwonieniem do Straży, a w tym czasie sierściuch przestał charczeć.
Jednak  gdy spojrzałem na niego, zamiast wyciągnąć łapy w górę i zdechnąć, podniósł mordkę i zamiauczał.
No to zadzwoniłem:
- Halo?
- Dobry wieczór, jechałem samochodem, patrzę, potrącony kot, a z tyłu dzieci, więc zabrałem, weźcie go ode mnie. - używając słów kluczy przedstawiłem sytuację.
- Czy to jest na terenie miasta? - zapytał strażnik.
- Nie. Koło miasta. Konkretnie koło... - podałem nazwę najbliższej wsi.
- To nie nasz rejon. Przyjechalibyśmy, jakby to było na terenie miasta.

Ponownie przedstawiłem relację dziewczynom, i zaproponowałem zawiezienie kota do Sieradza i porzucenie go przed drzwiami Straży. Nie chciały o tym słyszeć. Monisia wynalazła kolejny adres - tym razem Ośrodka

Pomocy Zwierzętom Potrąconym Pod Sieradzem (w skrócie OPZPPS).

W międzyczasie kot przeczołgał się pod szafę i położył na moich butach, które zakrwawił. "Najpierw koszula, teraz buty" - pomyślałem wrzucając je do miski z wodą.

Do OPZPPS też ja miałem dzwonić, "bo mi tak świetnie idzie".

- Dobry wieczór, potrącony kot, dzieci, zabierzcie kota. - zacząłem, ale tym razem w przeciwieństwie do poprzednich rozmówca się nie przejął stanem kota lecz stanem mojego posiadania.
- Ma pan zegarek? - zapytał.
- Mam.
- Jest dwudziesta trzecia!
W tym momencie nieco się zdenerwowałem. OPZPPS jest instytucją państwową zajmującą się, jak informowała strona internetowa, "pomaganiem bezpańskim zwierzętom". Telefon na stronie był opisany jako czynny całą dobę i nie zauważyłem dopisku, że cała doba nie obejmuje godziny dwudziestej trzeciej. Facetowi się po prostu nie chciało!
- Proszę pana, nie dzwonię na zegarynkę, tylko w sprawie kota. - powiedziałem powoli i spokojnie**. - Kot jest ranny i proszę mi powiedzieć co pan zamierza w tej sprawie zrobić, panie... jak pan się nazywa?
Po drugiej stronie słuchawki zapadło milczenie, gdy głos się odezwał ponownie słychać w nim było nienawiść.
 - Przyjadę, jaki to adres?
Ale dziewczyny, które się przysłuchiwały - zamachały rękami, żebym nie podawał. Było jasne, że przekazanie gościowi kota skróci zwierzęciu życie.
- Zmieniłem zdanie - powiedziałem. - Nie dostanie pan kota moich dzieci. - i rozłączyłem rozmowę.
- Zabiłby go - dziewczyny powiedziały jednocześnie, a ja potwierdziłem skinieniem głowy.
Kot miauknął i przetoczył się z boku na bok.
Zmora, do tej pory obserwująca sytuację spod płotu, zdecydowała się podejść do kota i szturchnąć go nosem. Niezdarnym, powolnym machnięciem łapy spróbował jej wydrapać oczy, więc odskoczyła i po chwili wróciła do patrzenia jak trawa rośnie, czy co ona w tym miejscu ciągle robi.
- Zawieźmy go do weterynarza - dziewczyny popatrzyły na mnie błagalnie.
- Zależy wam?
Dwie smutne buzie potaknęły.
- To najpierw idźcie poszukać właściciela. Może ten kot nie jest bezpański.

Ale same nie mogły pójść. Wobec argumentu "ciemno i jeszcze ktoś nas napadnie" uległem, plując sobie w brodę, że nie pozwoliłem żeby kot do rana po prostu zdechł.
Czułem się jak niepełnosprawny umysłowo opiekun dwóch wariatek, gdy Najmilsza z Monisią dzwoniły do domów i szukały "kogoś, kto wie czyj jest ten kotek, o tu na zdjęciu".

Właścicieli znaleźliśmy w trzecim domu, co zajęło nam aż godzinę, bo w pierwszym też brakowało sierściucha i jego mieszkańcy przyszli oglądać czy nie ich.
Poświeciwszy latarką, na widok czołgającej się pod Matizem zakrwawionej sylwetki, z wyraźną ulgą stwierdzili jednak, że to nie ten. Dobrze życzą, nie ich, nie wiedzą kogo.
Babka w drugim domu powiedziała, że kota widniejącego na zdjęciu w telefonie często widuje w trzecim domu. Tylko, że nie tak zakrwawionego.
A we wskazanym miejscu mieszkali państwo, którzy się ucieszyli mimo krwi.

No i przez ostatni tydzień Najmilsza opowiadała znajomym o tym, "jak i10 uratował kotu życie".

Co jest nieprawdą, bo jakby nie jej i Monisi upartość, nawet bym się nie wrócił, później bym nigdzie nie zadzwonił, a na koniec nie poszedł szukać właścicieli.
Ci nie zawieźli by Puńci (bo tak się bydle nazywało i było kotką, nie kotem) do weterynarza do Łodzi, a ten za skromne trzy stówy (plus sześćdziesiąt każda zmiana opatrunku) nie ożywiłby prawie martwego truchła.


Które nas odwiedza razem z właścicielką, żeby opowiedzieć jak idą postępy w rekonwalescencji. Znaczy, właścicielka opowiada, bo Puńcia przegania Zmorę spod płotu i zza opatrunku syczy na to, czemu Zmora się przez ostatnie dni przyglądała.

Chyba rosnącej trawie.




Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX