#EPIZODY: O naprawie komputera

24 sierpnia 2014

O naprawie komputera

Rano nie nadaję się do niczego. Spać chodzę późno, czasem bardzo późno i przed ósmą nie ma co do mnie gadać, albo nie zrozumiem, albo nie dosłyszę. Wszystkie te informacje jednak kumulują się jakoś w mojej głowie i w końcu, koło ósmej docierają do mnie wszystkie na raz,  ale reakcja na nie raczej byłaby spóźniona, więc zazwyczaj nie reaguję.

Dla przykładu:
Któregoś dnia obudził mnie telefon.
Codziennie mnie budzi, bo mam w nim ustawiony budzik, na ósmą, ale tym razem nie był to delikatny szum fal, który mogę dziesięć razy wyłączyć, zanim zmieni się w kląskanie słowika, następnie w coraz głośniejszy saksofon i zakończy się niewyłączalnym "Ona tu jest i tańczy dla mnie".
Tym razem jednak było to dzwonienie, jakby ktoś do mnie po prostu dzwonił.
Spojrzałem na wyświetlacz. Numer nieznany, godzina - piąta rano. Kurde, umarł ktoś? 
Odebrałem.
- Pan i10? - zabuczał męski głos.
- Khahrrr - odkaszlnąłem i myśląc, że powinienem rzucić palenie sięgnąłem po otwartą paczkę. Wyciągnąłem jednego - tak, khy, khy, przy telefonie.
- Przepraszam, że tak rano dzwonię, ale sprawa jest pilna - po czym powołując się na Mamę Najmilszej rozmówca wyjaśnił, że zepsuł mu się komputer.
- Współczuję.
- ...i musi pan przyjechać go naprawić.
Aha. 
Mama Najmilszej jest przekonana, że potrafię zrobić dosłownie wszystko i gdy tylko słyszy, że coś wymaga naprawy, przesunięcia, dostarczenia, wysadzenia w powietrze lub pomalowania - podaje mój telefon.
I tak dobrze, że rozmówca znał nazwisko. Bywają osoby, które dzwoniąc chcą rozmawiać z "Panem Elefantem".

Oczywiście jestem bardzo wdzięczny Mamie Najmilszej za ochotniczą rolę pośrednika, chociaż z powodu przeceniania przez nią moich umiejętności, czasem muszę odmawiać. Tak jak na przykład facetowi, który chciał "zrobić pod drogą przepust i puścić nim niewielką rzekę", pani mającej "problem z rozrusznikiem serca" i właścicielowi "smoka, którego trzeba zabić albo coś".  
Po prostu są rzeczy, których się nie podejmuję, bo nie chciałbym czegoś spierniczyć.

Wyjaśniłem to właścicielowi zepsutego komputera, sugerując skorzystanie z odpowiedniego serwisu, a on wyjaśnił mi, że odpowiednie serwisy nie pracują o piątej rano i że właściwie to nie chodzi o sam komputer,  tylko o program graficzny... Creol. 
Dodał, że nawet jeśli coś schrzanię - nie szkodzi, byle udało się zrobić jeden wydruk, od którego zależy ważne zamówienie.  
Później i tak wraca drugi wspólnik, który "to całe gówno" w zeszłym tygodniu instalował.
- I wydruk musi być na dzisiaj, a właśnie się okazało, że od wczoraj nowy ploter nie robi polskich znaków.

"Ej, to akurat jest proste" - pomyślałem i natychmiast przypomniałem sobie poprzedni wieczór.

Poprzedni wieczór


i10 wsiada do Matiza.
Nic się nie dzieje.
i10 wysiada i idzie do domu.
Szumią wierzby.


Tak. Przypomniałem sobie, że poprzedniego wieczoru Matiz postanowił nie odpalić, co stwarzało wysokie prawdopodobieństwo, że dzisiaj będzie w postanowieniu tkwił. 
Jak nie odpala - to po dwa, czasem trzy dni.
Nikt nie wie  dlaczego, a ostatni próbujący znaleźć przyczynę tego stanu rzeczy mechanik oddał mi kluczyki twierdząc, że prawdopodobnie jest to zależne od fazy księżyca, i że gdy to nastąpi znowu - powinienem pomyśleć nad zaprowadzeniem lub zapchaniem pojazdu do egzorcysty "albo, sądząc po częstotliwości, do ginekologa."
Nie znam żadnego egzorcysty, a teoria z księżycem jest bez sensu, Matiz bowiem nie odmawia posłuszeństwa regularnie... chociaż właściwie, jak się zastanowić...

Zostawmy, nie o tym chciałem opowiedzieć, tylko o tym, że Matiz naonczas nie działał, co wyjaśniłem rozmówcy.
- ...naonczas nie działa. Na upartego mogę przyjechać autobusem. Na... Naprawa polskich czcionek nie jest jakoś specjalnie trudna. Bez paniki, zrobimy. Dokąd?
- Do Sieradza.
Policzyłem sobie w głowie koszt dojazdu do Sieradza, i megawatogodziny, jakie musiałbym spędzić w autobusach. Ze względu na wczesną porę sprawdziłem obliczenia, dodałem godzinę na "dziwne rzeczy jakie rano mogą się autobusom przytrafić" po czym przedstawiłem rozmówcy, co mi wyszło. Za trzy godziny najszybciej, a wtedy będzie otwarty jakiś serwis komputerowy. Nawet w Sieradzu takie są, wycieczka nie ma żadnego sensu.
- W niedzielę nie będzie otwarty - odparł.
A, prawda, niedziela.
- Ale i tak byłbym najwcześniej za trzy godziny.
- Za długo. To musi działać zaraz. O ósmej żeby było. 
- W niedzielę?
- W niedzielę. O dziewiątej będzie klient. Panie, całą noc nad tym siedzę. A może zna pan kogoś?
- W Sieradzu?
- No w Sieradzu.
Żaden ze znanych mi sieradczan nie powiedział mi nigdy "i10, jakby komuś zepsuł się komputer - daj znać". Ba! nigdy z żadnym sieradczaninem** nie rozmawiałem o komputerach! Z obydwojgiem poruszaliśmy raczej tematy kur, zabijania kur, rolnictwa i tego, jak mi i Najmilszej żyje się w Łodzi.
- Nie znam - powiedziałem zatem i coś mi przyszło do głowy, co nietypowe, bo o piątej myślę raczej kategoriami  "uwaga, drzwi" oraz "łóżko, tam":
- A działa panu internet?
- Działa.
- To jak pan nikogo nie znajdzie, może coś wymyślimy. Zadzwonię za kilka minut.

Są programy służące do zdalnej kontroli komputera. Włącza się go na dwóch urządzeniach i wtedy na jednym z nich widać ekran drugiego z nich. Nie wiem, czy jasno to tłumaczę, ale tak właśnie jest.
Programu takiego używamy z Najmilszą do poprawiania błędów w #Epizodach. Kiedyś wysyłałem jej wszystkie teksty mailem, ale ponieważ wysyłam też** innym osobom - w dość szybko z jednego tekstu robiło się kilka wersji, a w każdej poprawione było coś innego. Z racji, że sam też sprawdzam i sprawdzając dopisuję to i owo - bardzo szybko traciłem orientację, która wersja jest prawidłowa, która zawiera najmniej błędów, a w której na przykład dopisałem "sprawę tego smoka, co Twoja matka powiedziała, że je zabijam, nie ma problemu".

Zainstalowanie przed paroma miesiącami programu do zdalnego sterowania nie zlikwidowało problemu, tylko nieco zmniejszyło jego skalę. Najmilsza może wejść w tekst na bieżąco, poprawić błędy, literówki i przecinki bezpośrednio na moim komputerze, a później, w miarę możliwości wysyłam tekst do sprawdzenia, ten wraca, i znów - nie wiem która wersja jest ostatnia. Jak mówię - problem nie zniknął całkowicie.

W każdym razie miałem program i miałem pomysł!

Niecałe trzydzieści minut zajęły mi wizyta w łazience, zrobienie kawy, wyprowadzenie Zmory, sprawdzenie czy Matizowi nie przeszedł foch**, uruchomienie laptopa Najmilszej, bo jest szybszy niż mój**, sprawdzenie czy w nowym tekście ktoś nie zauważył błędu, ktory przegapiłem, poprawienie go, włączenie programu i wykręcenie "ostatnio odebranego".
- Halo! - w tym "halo" było słychać rozpacz.
- I co, znalazł pan kogoś?
- Nie. Wymyśl pan coś.
- Dobra, niech pan włączy internet i wejdzie na stronę... - podałem adres z którego wspomniany program można pobrać.
- No mam.
- To niech pan naciśnie ten przycisk co jest po prawej.
- Pierwszy, czy drugi?
Przyjrzałem się stronie, przeliterowałem jej nazwę i znaleźliśmy właściwą. 
Po chwili zainstalował, uruchomił.
- Świetnie. W danych logowania proszę wpisać... - podyktowałem to, co należało wpisać by umożliwić mi dostęp, po czym przypomniawszy sobie, że nie siedzę przy swoim komputerze, tylko Najmilszej - podyktowałem drugi raz. Wszystko wina wczesnej godziny.
- A ile to będzie kosztowało? - zapytał czekając na logowanie.
Skoro nie muszę nigdzie jechać, skoro sprawa zajmie mi maksymalnie piętnaście minut, skoro poleciła mnie Mama Najmilszej...
- Nic. 
- Nie, nie. Ja muszę panu zapłacić. Dwadzieścia będzie dobrze?
Wczesna godzina, podobno poważna sprawa, podobno klient czeka... i tylko dwadzieścia?
- Naprawdę nie musi pan, to pierdoła, zajmie góra kilkanaście minut. Proszę puścić myszkę, a najlepiej odejść od komputera - powiedziałem, bo na ekranie miałem już wyświetlony widok monitora rozmówcy i co próbowałem przesunąć mysz na "mój komputer", ta uparcie wracała na środek ekranu - prawdopodobnie przesuwana przez niego.

Zajęło dwie godziny.
Musiałem usunąć program do rozsyłania po ludziach propozycji powiększenia tego i owego, zainstalować czcionki systemowe, a przede wszystkim wywalić piracką kopię... Creola.
Ale zrobiłem.

Sęk w tym, że na końcu puściłem próbny wydruk.

I ploter wyrżnął "Zażółłć gęślą jaźń" oraz poprawione zdanie z epizodu o zapchlonym jeżu, różnymi czcionkami, w mającej dwa metry długości i półtora szerokości, ważącej prawie pół tony granitowej płycie nagrobnej.








Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX