#EPIZODY: O jeżu (cz.2 i ostatnia!)

O jeżu (cz.2 i ostatnia!)

Zacznijmy od tego, że między jeżami hodowlanymi a zwykłymi jest różnica polegająca na tym, że te drugie - choć zwykłe - są pod ochroną.
Czyli nie można ich sobie złapać i przynieść do domu, żeby dziecko się pobawiło. Nawet jeśli dziecko bardzo chce.


Jakoś we wtorek czy środę wieczorem zabrakło światła. Bo ze światłem nie jest tak jak z Lakistrajkami, że można sobie zrobić zapas i uzupełnić go gdy się kończą. Światła brakuje zerojedynkowo. Albo jest, albo go nie ma. W środę wieczorem wypadło zero.
- Nie ma światła! - krzyk z pokoju Róży oznaczał, że po pierwsze nie jest ślepa, a po drugie wydaje jej się, że my z Najmilszą jesteśmy.
Wyjrzałem przez okno, ciemność. Otworzyłem, cisza.
- Chodźcie się przejść - zaproponowałem i po pół godzinie dyskusji o odpowiednich na pozbawioną elektryczności noc strojach, pomysł został przyjęty z umiarkowanym, ale jednak entuzjazmem.
Kolejne pół godziny później były gotowe. Nie zrozumiałem po co się malowały, ubierały i czesały, skoro na dworze było ciemno do potęgi.

Spacer po pozbawionych elektryczności łódzkich Stokach to świetna sprawa.
Dzielnica oddalona jest od centrum, dzięki czemu wokół panowała cisza przerywana od czasu szczeknięciem psa, jednak nie Zmory - ta biegała wokół naszej trójki węsząc i od czasu do czasu wskakując w krzaki i zarośla. Stamtąd wyciągała gałęzie i kładła nam pod nogami licząc, że je podniesiemy i odrzucimy z powrotem tam gdzie leżały, żeby mogła je znowu przynieść i tak w kółko. Po kilkunastu minutach zabawa nam się znudziła, po kolejnych kilkunastu Zmorze znudziło się podskakiwanie do patyka, który wrzuciłem sobie do kaptura. Odtąd szła obijając się od czasu do czasu od moich nóg, po czym poznałem, że zamknęła oczy i idzie na węch.

Z rzadka mijaliśmy innych spacerowiczów. Widoczni byli z daleka, bo podobnie jak my - każdy zaopatrzony był w pochodnię XXI wieku czyli telefon komórkowy.
Gdy dotarliśmy na punkt widokowy - najwyższe miejsce w Łodzi - wyszedł księżyc. Mogliśmy ugasić pochodnie i podziwiać widok oświetlony jego blaskiem. W sumie widok nie był jakiś strasznie piękny, taki wypas jak Niagara, czy Kilimandżaro o wschodzie słońca, ale jak na Łódź przyjemny. W dole na stokowskich uliczkach widać było przechadzające się światełka telefonów komórkowych, jakby świetliki... No i tyle. Róży w stroju kąpielowym zrobiło się chłodno i postanowiliśmy wracać.

Wtedy właśnie spotkaliśmy jeża.

- Róża, zobacz tam, UFO leci - próbowałem w ostatniej chwili odwrócić uwagę dziecka od przechodzącej przez drogę kolczastej kulki, ale było za późno.
- JEŻYK!!! - dziecko szczupakiem rzuciło się na ziemię by odciąć zwierzęciu możliwość dostania się tam dokąd zwierzę zmierzało**.
Następnie zwinęło się w kulkę. Zwierzę, nie dziecko. Bo tak robią jeże gdy się je przestraszy.
- Błagam, weźmy go do domu! - zawyła moja własna gimbaza.
- Nie można.
- Niby dlaczego?
Róża ma głupi nawyk dodawania do swoich pytań partykuły "niby". Przez to pytania stają się zaczepne zaś osobę pytaną, czyli najczęściej mnie, stawiają w położeniu idioty, który najprawdopodobniej bredzi i powinien się z tego, co powiedział, wytłumaczyć.
Przykłady: "niby ile lat ma Najmilsza?", "niby o której mam wrócić?", "niby kto w tym domu rządzi?". Wytłumaczyłem Róży dlaczego powinna zrezygnować z "niby", gdy prosiła, żebyśmy pojechali na tegoroczny Woodstock. "Niby na Woodstock? niby gimnazjalistka? niby z ojcem? niby mam się zgodzić?". Od tego czasu "niby" pojawia się niby rzadziej. Ale się pojawia.
- Bo ja tak powiedziałem - rzekłem głosem, specjalnie zarezerwowanym dla rzekania.
- Oj taaato, dobra. Dlaczego nie można wziąć jeża do domu?!
"Niby" zniknęło, wytłumaczyłem zatem:
- Córko Różo. Jeże otóż są pod ochroną. Zatem nie wolno ich brać do domu.
- Dlaczego?! - dziecko udało, że mamy problemy z jasnym przekazywaniem informacji.
- Bo są pod ochroną.
- No i co? - zaciekawiła się Najmilsza, a jeż wystawił głupi ryj i spojrzał na nią ponuro. - Na dziesięć minut możesz chyba sprawić dziecku frajdę? Później go odniesiesz. - Najmilsza podeszła za plecy Róży wyciągając z kieszeni i pokazując Zmorze cukierka. Ta usiadła koło Najmilszej i wlepiła wzrok... we mnie.

Wszyscy byli przeciwko. Nawet jeż odwrócił się cieńszą stroną kulki w moim kierunku, choć nie miałem pewności czy ryjem, czy po prostu się na mnie wypiął.

I tu należy się wyjaśnienie:
Jeże NAPRAWDĘ są pod ochroną i NAPRAWDĘ nie wolno ich łapać i nieść do domu, żeby dziecko się pobawiło, nawet jeśli dziecko bardzo chce i ma poparcie Najmilszej, psa i rzeczonego jeża!
Więc oświadczam, że nie zdjąłem bluzy, nie zawinąłem w nią jeża i nie zabrałem z nami.
Sam poszedł.

A w mieszkaniu sam wlazł do kartonu po odkurzaczu.

Najpierw Róża zażądała jabłka. Myślałem, że chce karmić, ale celem okazało się położenie owocu na jeżu. Ponieważ była noc, odmówiłem wkradnięcia się do ogródków działkowych i zrabowania jabłka w celu przyozdobienia coraz bardziej irytującego gościa.
- To nie choinka - znowu rzekłem. - Okaż jeżu szacunek.
- Jeżowi - poprawiła mnie Najmilsza.
- No! Poza tym i tak już jesteśmy kryminaliści, że pozwoliliśmy wejść temu chronionemu bydlakowi.
- No właśnie tato. I tak już jesteś kryminalistą, ukradnij jabłko! I on będzie mógł je zjeść, zobacz jaki biedny, może zdechnie...
Zrobiła lemurze oczy, ale się nie zgodziłem. Wyjąłem z lodówki marchewkę, którą jeż natychmiast z siebie strząsnął i oświadczyłem, że jak się na jeżu coś kładzie to go to boli*.
Róża przyniosła z kuchni nożyk, skroiła marchewkę, a jeż popatrzył na nią jak na debilkę. Zdjąłem ze ściany pająka, podsunąłem zwierzęciu pod nos, dzięki czemu zostałem zaszczycony równie pogardliwym spojrzeniem.

- Widzisz, jak nie je marchewki, to nie je też jabłek. To... - pokazałem palcem - ŻRE ROBAKI I MA ROBAKI!
- Super! Urządzimy uroczystość odrobaczania! - oczy Róży w sensie kształtu zrobiły się ślimacze.
- Jak - zainteresowała się Najmilsza.
- Tata da środek, który trzyma za piecem!
Za piecem trzymam podchloryn sodu, wybielacz, tylko stężony. W niewielkim stężeniu można go kupić jako APACZE** w cenie około siedmiu złotych za zero siedem litra, nasycony dużo bardziej można kupić pięć litrów za dwie dychy. Świetnie czyści, zabija bakterie w basenie i rozpuszcza zwłoki**. Nie znałem zastosowań wobec jeży, używam do czyszczenia.
- I co z tym środkiem zrobisz?
- Jak co? - wzruszyła ramionami. - Odrobaczę jeża. Wyczyszczę.
- Odrobaczanie to nie mycie. Robi się tabletkami albo zastrzykiem  - powiedziała Najmilsza i pogłaskała stworzenie, które w omawianym temacie miało wiedzę empiryczną. Stworzenie spróbowało polizać Najmilszą po czole.
- No i... - powiedziałem - ...i po takim zastrzyku wyłażą z niego glizdy.
Glizdy nie przestraszyły Róży, ale w tym momencie zapaliło się światło i jeż ukazał się w całej jeżowatej postaci.
A wokół niego kilka punkcików. Wskazałem je palcem:
- Widzicie te  punkty?
Obie radości mojego życia przybliżyły śliczne, potakujące głowy do pudełka.
- To pchły!
Pomogłem im pozbierać się spod ścian i powoli idąc tyłem odsunąć się w stronę wyjścia.
- Córuś - powiedziałem delikatnie. - Możesz zatrzymać tego jeża. Będzie spał pod twoim łóżkiem, zaś w nocy tuptał. W nocy możesz go przytulać i trzymać na nim jabłko. Najpierw daj mu jakieś imię, może Tyfus? Wiesz, pchły roznoszą tyfus. I trąd. - zarechotałem.
- Nie, nazwę go Hitler - Róża spojrzała na jeża - widzisz tę mordkę?
Po chwili zostawiliśmy Różę samą, żeby się pożegnała z pupilem**  i poszliśmy napić się kawy. Równocześnie z gwizdnięciem czajnika otworzyły się drzwi kuchni i dziecko oznajmiło:
- Słuchajcie, skoro jeż musi u nas być, wolę żeby mieszkał w waszym pokoju.
Popatrzyłem na Najmilszą. W jej wzroku widziałem wycelowaną w siebie armatę.
- Różyczko - powiedziałem - chyba cię pogięło.

I wypuściliśmy Hitlera**.
I jeszcze w środku nocy włączyliśmy pranie, bo nikt nie chciał przebywać w jednym mieszkaniu z moją bluzą i fotelem, na którym siedział Hitler zanim go wrzuciliśmy wszedł do pudełka.

I poszliśmy spać.
A zanim pranie skończyło wirować i budzić sąsiadów, (na których miejscu parkingowym rzekomo parkuję**) Róża przysłała mi mmsa:




Tato, to jest sowa hodowlana. Zero pcheł, zero robaków. Kocham Cię!






Na Zblogowanych.pl w piątek wygraliśmy konkurs, w którym główną nagrodą nie był tablet.
Jakby ktoś miał ochotę zobaczyć jak ten serwis działa i przy okazji sprawdzić czy da się
u nich zagłosować na powyższy wpis  można to zrobić tutaj.
Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX