#EPIZODY: O CV

6 lipca 2014

O CV

- Wykształcenie to ja mam dość nikczemne - stwierdziła samokrytycznie moja córka Róża i nie mogłem się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Można by pomyśleć, że żaden problem, nastolatki mają czas na zdobycie lepszego wykształcenia, po to właśnie chodzą do szkoły*, ale co takie dziecko ma wpisać w CV?!


Pisanie CV Róży zaczęło się od wydania wszystkich pieniędzy.

Zaraz po przyjeździe do Łodzi moja córka poczyniła dość nieprzemyślane inwestycje.
Rzuciwszy okiem na tytuł książki, którą kupiła w pierwszej chwili zmartwiłem się nieco. Pomyślałem, że z powodu trudności jaką sprawia jej mieszkanie w domu wolnym od jeży, Róża postanowiła znaleźć oparcie w religii. Ale na okładce nie było żadnych symboli religijnych, chyba, że istnieje taka, w której z jakiejś przyczyny symbolem jest gryzoń** więc przyjrzałem się tytułowi uważniej i stwierdziłem, że skoro moje dziecko kupiło dzieło pod tytułem "KOCHAM CIĘ JEŻU" - możliwe, że jest bardziej uparte ode mnie.

Gdy tylko Róża rozpuściła wszystkie pieniądze na pisma o jeżach, zabawkę dla jeży i dmuchany ponton, na którym jeża można kąpać - przyszła bezpośrednio do producenta kasy, czyli do mnie. Ustaliliśmy, że będzie dostawała dychę dziennie.
I ta dycha znikała w sposób natychmiastowy.
Bez żadnego widocznego efektu. Znaczy - nic się w jej miejsce nie pojawiało. Żadnych czasopism, nic jeżotematycznego. Nie tylko to! Stwierdziłem, że moja latorośl nie kupowała ani nowych ciuchów, ani zabawek**, ani nawet ku memu zdumieniu, nie rozpuszczała na papierosy czy alkohol.  Jednak pieniądze znikały.
Pierwsza myśl wiadomo: narkotyki!
Ale pomyślałem, że zanim cokolwiek wezmę, żeby poszerzyć swą percepcję i połączywszy się ze wszechświatem cudownie odgadnąć co Róża robi z kasą - muszę z nią najpierw porozmawiać.
- Co właściwie robisz z pieniędzmi? - zapytałem gdy kazała mi kupić sobie biały, matowy lakier do paznokci.
- Oj tato, nie pytaj. Nie będziesz zadowolony - odrzekła.
- Sprawdź mnie..
- Wydaję na jedzenie.
Zrozumiałem, że jestem złym ojcem. Głodzę własne dziecko! Ale nie, zaraz, przecież lodówka jest pełna. A jedną z szafek wypełnia trzysta czterdzieści zupek chińskich, którymi mi zapłacono, gdy po ostatniej pracy polegającej na dzwonieniu do ludzi i pytaniu ich, czy chcą kupić jacht odmówiłem odejścia bez zapłaty, mimo, że przez dwa dni nie sprzedałem ani jednego jachtu.
Przypomniałem sobie wszystkie straszne programy telewizyjne o ludziach uzależnionych od jedzenia, a następnie zwracania posiłku, lub czegoś w tym rodzaju.
- Zostałaś bulimiczką?
- Co?
- Jesz, a później rzygasz? Córko, powinnaś mówić mi o takich rzeczach.
- Co?
- No mówisz, że wydajesz pieniądze na jedzenie...
- Nie dla siebie!
A więc dokarmia bezdomnych. Chwalebne, tylko, że niech teraz ci bezdomni kupią jej lakier.
- Nie dokarmiam bezdomnych tato. Znaczy, nie ludzi. Kupuję karmę dla bezdomnych psów.

Okazało się, że moje dziecko codziennie wędruje z otrzymaną ode mnie dychą do sklepu, gdzie prosi o pięć puszek karmy dla psów. Następnie wykłada tę karmę na trawniku koło naszego bloku.
"Faktycznie, jakoś więcej burków różnej maści  błąka się tu ostatnio" - pomyślałem i poinformowałem moje wielkoserce dziecię, że dożywia psy sąsiadów, na co mnie mimo całego mojego altruizmu i wielkiej sympatii dla tychże - po protu nie stać.
- To nie są bezpańskie psy - powiedziałem - słonko, te kundle mają właścicieli. Na naszej dzielnicy jest po prostu zwyczaj puszczania zwierzaków luzem.
- Wy Zmory nie puszczacie.
- Bo jeszcze nie wdrożyliśmy wszystkich tradycji!
Jednak dziecko się uparło.
I wieczorem zawiadomiło mnie, że pójdzie do pracy.
- Przecież nikt cię nie zatrudni...
- A chcesz się tato założyć?
- O co?
- Jak znajdę pracę, to to będę mogła dokarmiać te psy. Albo kupisz jeża.
- Ok.
I kolejnego dnia, a była to środa, Róża wstała wcześniej niż zwykle, bo bladym okołopołudniowym świtem i i zażądała ode mnie pieniędzy na bilet do miasta.
Dałem.
Wróciła po godzinie i jeszcze raz zażądała pieniędzy na bilet. Poprzednie wydała na karmę "bo inaczej psy, które niestety już nie potrafią same zdobywać pożywienia by wszystkie zdechły".
Znowu dałem i wymogłem obietnicę, że za moje pieniądze więcej nie będzie podtrzymywać przy życiu cudzych zwierząt, nawet gdyby te zwierzęta poprosiły ją ludzkim głosem.
- Pewnie, że nie. Będę utrzymywać ZA SWOJE, ojcze bez serca! - podziękowała pociecha i ponownie pojechała szukać pracy.

I ponownie ucieszyła moje ojcowskie oko swym widokiem dopiero po kilku godzinach. 
- Jest dobrze, tato. Musze zanieść CV.
- Gdzie?
- Do sklepów. Wszyscy chcą mnie zatrudnić!
Wszyscy chcą zatrudnić gimnazjalistkę? Kto konkretnie?
- Kto konkretnie?
-McDonald, sklep z lodami, pani co sprzedaje pierścionki i roznoszenie ulotek. Ale w roznoszeniu ulotek trzeba najpierw wpłacić wpisowego sto złotych, to mi od razu daj.
- Poczekaj. Ty masz komuś zapłacić, żeby cię przyjęli?
- Dlaczego ja? - spojrzała na mnie - przecież powiedziałam, że ty. Daj tato, albo przegrałeś zakład.
- Zwariowałaś - popukałem ją w czoło. - Nie dam ci stu złotych, żebyś mogła kupić za to trochę ulotek. W McDonaldzie też cię niby cię przyjęli? Jako kogo?
- No właśnie nie wiem jeszcze. - Róża zrobiła minę człowieka, który postanowił na początek odrzucić parę ofert, bo uznał, że to mu pozwoli lepiej się rozpędzić. - Na razie kazali mi przynieść CV. Pomożesz mi napisać?

Otworzyłem z dysku jedno ze swoich, wykreśliłem dane wrażliwe - podsunąłem dziecku i opowiedziałem o zasadach jakimi powinien się kierować życiorys, bo najwyraźniej w gimnazjum jeszcze tego nie uczą.
- Zasady są proste. Chwalimy się czym tylko można, o wadach nie wspominamy, nie wolno kłamać. Wypełnij rubryki.

Róża usiadła do komputera. Wypełnia.
- Tato, jak ładnie ubrać w słowa że ktoś zajmuje się wykładaniem towaru na półki?
- Może aranżacja towaru?
Skinęła głową, pisze dalej.

W końcu skończyła, wziąłem się za sprawdzanie.
"imię i nazwisko: Róża 10 Wiek: 17 lat..."
- Kochanie, nie wolno kłamać.
- Jak okłamię, to mi mogą później nie zapłacić?
Zastanowiłem się.
- To też. Ale przede wszystkim będziesz musiała pokazać dokumenty.
- Spróbujemy podrobić?
- Nie, oszukujesz, wpisz prawdziwy wiek - i czytam dalej.
"Wykształcenie: szkoła podstawowa imienia Wozu Drzymały w (...)
Gimnazjum imienia Motocykla Drzymały w (...)"

- Przedszkole mogłaś jeszcze wpisać - zarechotałem - może imienia Motorówki Drzymały?
- Nie, Kubusia Puchatka, nie pamiętasz  - popatrzyła krytycznie na mnie i na swoje CV.
- Masz rację tato, wykształcenie to ja mam dość nikczemne.
- Na razie tak, ale jak będziesz się pilnie uczyć, to kto wie, może za wiele, wiele lat będziesz taka mądra jak ja? - Róża demonstracyjnie ziewnęła, więc dałem jej kuksańca i czytam dalej.
"mail: bardzowaznyzaklad@vp.pl, numer telefonu
Zainteresowania: hodowla jeży, książka, muzyka, kulinarność."
- Co czytałaś ostatnio?
- Harrego Pottera, napisać?
- Nie, ja chcę wiedzieć. Na rozmowach o pracę tez o to pytają.
- To co mam powiedzieć?
- Nikt cię nie zaprosi na rozmowę, a jeśli kiedyś - zawsze mów prawdę. - zastanowiłem się. - A jak prawda nie zrobi na nich wrażenia, to mówisz, że Ulissesa.
- A co to jest?
- Książka, której jeszcze nikt nigdy nie przeczytał...
Poprawiłem kulinarność na "gastronomię" i sprawdzam dalej.
"Doświadczenie zawodowe: aranżacje wystawiennicze, kukurydza na plaży, profesjonalna obsługa recepcji w hotelu".
- Naprawdę sprzedawałaś kukurydzę?
- No. Nie pisać?
- Pewnie, że pisać. Język dopisz włoski.
- Nie znam włoskiego.
- W recepcji też nie pracowałaś.
- Ale mogłam.
- To włoski też możesz znać. Miało nie być oszukiwania.

W końcu - gdy oboje uznaliśmy, że nie ma potrzeby żeby Róża szła do pracy i tak będzie karmiła psy tylko za mniejszą kwotę - zadzwonili ludzie z ulotek, że się namyślili i mogą ją przyjąć od jutra, nawet bez CV, byleby przyniosła stówę.






warto  zagłosować na wpis na Zblogowanych. tu można to zrobić
Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX