#EPIZODY: O tym, jak z Najmilszą poszliśmy do kina

O tym, jak z Najmilszą poszliśmy do kina

Akurat czytałem stenogram rozmowy, w której jeden członek rządu popisywał się przed drugim członkiem rządu rzadką umiejętnością używania synonimów słowa "członek" w zastępstwie przecinków w miejscach, gdzie przeciętny Nowak przecinka nie stawia, gdy Najmilsza mi przeszkodziła...
- i10, nie uważasz, że zbyt rzadko wychodzimy razem? - ...i w bardzo nieprzezroczysty sposób stanęła pomiędzy mną a zawierającym ów stenogram monitorem.

- No - spróbowałem wychylić się trochę w prawo, jednak widok zasłonięty był definitywnie, choć nie mogłem nie spostrzec, że w sposób kształtny.
- Co "no"? - doleciało z góry.
- To, co powiedziałaś - wychylenie w lewo też nie pomagało, za to bardziej widoczny stawał się odsłonięty fragment biodra. - Zgadzam się z tobą, kochanie. Zawsze się zgadzam.
- Doskonale. Więc zaproś mnie do kina.
- Czemu? - odsunąłem się razem z fotelem i oczom moim ukazała się jedynie prawa krawędź ekranu. Ta z reklamami. Zaś stojąca przed nią cała postać Najmilszej oświetlona była od tyłu bladoniebieskim światłem. Jakby sylwetka superlaski z przyszłości przysłanej żeby mnie zamordować...
- Nie słuchasz mnie, prawda?
- Oczywiście. Znaczy... - popatrzyłem na nią - ...oczywiście, że cię słucham. Chcesz iść do kina. Idź. Pozwalam.
W ostatniej chwili uchyliłem się przed spopielającym spojrzeniem. Miejsce, w którym jeszcze przed momentem trzymałem głowę - poczerniało i zaczęło się dymić.
- Nie proszę cię o pozwolenie i10, tylko stanowczo, jasno, wyraźnie i nieubłaganie żądam, żebyś mnie zaprosił.
- No wiem przecież, wiem - spojrzałem na nią i zarechotałem. - A mogę cię zaprosić, a ty pójdziesz z Monisią?
- Nie - superlaska tupnęła. - Zaproś mnie Z TOBĄ! Za rzadko gdzieś wychodzimy.

No to się zgodziłem. Rzeczywiście rzadko gdzieś wychodzimy... chociaż w zasadzie wczoraj byliśmy w piwnicy. Kazała mi wynieść choinkę i pokazała miejsce w którym drzewko będzie wyglądało lepiej, niż w proponowanych od stycznia przeze mnie.
No więc wczoraj byliśmy w piwnicy, a przedwczoraj ze Zmorą na spacerze. Zaś rano odprowadziłem Najmilszą do skrzynki i sprawdziłem, czy jakaś firma nie chce zatrudnić człowieka, który im w niejasny i dość niezrozumiały sposób wytłumaczy, że internet może służyć do przekazywania informacji równie pewnie, a być może nawet szybciej niż tradycyjne metody.
Zatem zgodziłem się, chociaż muszę przyznać, że za kinem nie przepadam. Wolę to sympatyczne siedzenie w ulubionym fotelu i przyglądanie się postępowi ściągania filmu z serwera położonego w opuszczonej somalijskiej szopie niż jazdę pół miasta, po to, żeby obejrzeć film, którego nie można od czasu do czasu zatrzymać, gdy się ma ochotę zajarać. Ale miałem uzyskać zadowolenie ukochanej, a czego my mężczyźni nie zrobilibyśmy dla ich szczęścia*?
Więc nie wyliczyłem piwnicy, spaceru ani skrzynki na listy, tylko powiedziałem, że to zajebisty pomysł.
Wybór filmu, jaki mamy obejrzeć nigdy nie jest sprawą łatwą. Nie mogę wybierać - mogę jedynie zgłaszać w miarę uzasadnione protesty, z czym pogodziłem się dawno, dawno temu**.

Chodzi o to, że moje wybory są... ujmując to w sposób nieparlamentarny.... nietrafne**.

Jedna z ostatnich pozycji, którą wybierałem okazała się być półdokumentalnym dramatem psychologicznym opowiadającym o nieszczęściu nigeryjskich imigrantów, których w Londynie jakaś szajka z podziwu godną konsekwencją pozbawiała narządów**
Chociaż patrząc z dzisiejszej perspektywy, film okazuje się być wyprzedzającą swoją epokę metaforą społeczeństwa wykorzystywanego przez polityków - nieszczęśliwie wtedy odebrałem go jako nudny nonsens, który wygonił z kina mnie i piątkę moich przyjaciół w połowie seansu. Po czym już na zewnątrz dwoje z nich poprosiło, żebym się z nimi nigdy więcej nie kontaktował.
I tak za każdym razem. Jak nie irański dramat o wytwarzaniu wideł z igieł**, to film, którego reżyser nie trzeźwiał przez całe życie, a gdy wytrzeźwiał, postanowił to, co w pijanym widzie zobaczył - przenieść na taśmę filmową i oprzeć na pierwszej książce jaka mu po wytrzeźwieniu wpadła w ręce. Po czym w połowie zdjęć wyrzucono go z pracy, a dokończenie "dzieła" powierzono kobiecie**.

Wybieram tak dlatego, że po pierwsze - czytam recenzje i wierzę w to, co w nich napisano. Dopiero w kinie okazuje się, że piszą je ludzie o innym poziomie percepcji niż ja (i wszyscy znajdujący się w sali widzowie).
Po drugie - staram się z wyborem trafić w gust osób, z którymi wybieram się na seans, a że (z oczywistych względów) są to wyłącznie kobiety** - zwykle próbuję trafić w ich niewątpliwie wyrafinowany smak...
no i po trzecie... o tym za chwilę.
Ze swoją niezdolnością wybrania dobrego filmu pogodziłem się dawno i tylko z rzadka sugeruję najwyżej głupią komedię** lub coś dziejącego się w przyszłości**, lub na odległej planecie**, lub (najlepiej) w przyszłości i na odległej planecie jednocześnie**.
Po czym oglądamy to z Najmilszą przed komputerem**.

Z tych powodów wybór należał do niej. Ja zapraszam - ona wybiera.
I tu dochodzimy do "po trzecie". Tak jak w moich filmach pojawiają się najczęściej Jessica Alba, Scarlett Johansson, Audrey Tautou lub Jennifer Aniston - tak w wyborach Najmilszej musi grać Brad Pitt, Adrian Brody, Vincent Cassel lub Mathew McConaughay.

Rola tego ostatniego przypadła nam obojgu do gustu wybitnie w serialu "Detektyw", dlatego specjalnie się nie sprzeczałem, gdy Najmilsza zapytała czy "Witaj w klubie" będzie dobrym wyborem słowami:
- Pójdziemy na "Witaj w klubie" i nie próbuj się sprzeczać.
Jak powiadam, nie sprzeczałem się.
Żeby był pełen wypas - pojechaliśmy Bezszelestnym**.
Zaparkowałem pojazd przed kinem z nadzieją, że przez parę godzin służby miejskie nie odholują go na wysypisko śmieci, obszedłem zielone źródło wstydu i z pełną atencją otworzyłem przed Najmilszą drzwi. Albowiem się zacięły.

Bilety sprzedawał Hindus nie posługujący się zbyt dobrze językiem polskim, co w klientach kina miało być może wytworzyć wrażenie, że znaleźli się w wielokulturowym Nowym Jorku, jednak we mnie wywołało uczucie, jakbym znalazł się na jakimś zadupiu w okolicach Delhi.
W końcu pokazałem panu Hindusowi palcem, który film chcemy obejrzeć, odebrałem bilety żegnając się tradycyjnym "salam alejkum" i poszliśmy po popcorn. Po drodze Najmilsza sprzeczała się ze mną, że "salam alejkum" nie jest pożegnaniem, tylko powitaniem, w dodatku po arabsku, a nie w hindi. Twierdziła, że to dlatego kasjer tak dziwnie na mnie spojrzał. Ja zaś byłem zdania, że dziwnie spojrzał, bo zadziwiła go moja niezwykła znajomość jego języka, którym od dziecka się posługiwał w swojej ojczyźnie tego, czego ojczyzną są Indie. Słoni.

Z wielkim popcornem i dwoma Colami, w tym jedną bezsmakową, podeszliśmy do nieruchomych ruchomych schodów prowadzących na piętro z "naszą" salą.
Ruchome schody stały, bowiem klęczący ludzie przyklejali na podłodze tuż przed nimi hasło reklamowe.
- Na co to się trzyma?
Mam w nowym mieszkaniu piec kaflowy i planuję go ozdobić wizerunkiem bramy tryumfalnej. Bramę z niepalnego materiału już znalazłem, piec stoi, teraz potrzebny mi klej.
- To są specjalne naklejki - rzucił jeden z klęczących. - Nie do zdarcia.
- A to hasło ma zaciekawiać, czy przekazywać informację - zaciekawiła się Najmilsza.
- Proszę przechodzić, nie przeszkadzać - drugi z pracowników był opryskliwy, więc nie przekazaliśmy im informacji, że przyklejają reklamę do góry nogami i będzie można ją przeczytać jedynie stając na schodach tyłem... chociaż nie. Trzeba by było puścić schody w drugą stronę.

Film był... dobry. Naprawdę polecam.
Opowiada o rednecku, który łapie od jakiejś panny AIDS, a później boryka się z systemem i nie tylko z systemem. Ale głównie z systemem.
Więcej nie napiszę, bo może zechcecie obejrzeć. Dwa Oscary. Jeden za główną rolę, drugi dla Jareda Leto za rolę... kobiety z brodą. Obie zasłużone.

Najfajniejsze po seansie były dwie rzeczy.
Pierwsza, wiadomo - zachwyt Najmilszej.
Drugą był widok dwóch facetów zdzierających przed nadal nieruchomymi ruchomymi schodami naklejkę przyklejoną na klej nie do zdarcia.

Smutny za to okazał się widok maski pojazdu gdy wyszliśmy na parking.
Na dwóch stojących obok samochodach jakieś dzieciaki napisały "Brudas", a na moim... "Matiz".


* * *


jak ktoś jeszcze nie zajrzał na zblogowanych to tu można
(zeszłotygodniowy wywiad stał się pierwszym w historii, który w ich serwisie osiągnął TYSIĄC wyświetleń :)


Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX