#EPIZODY: O jeżu

29 czerwca 2014

O jeżu

Akurat sprawdzałem możliwości odwołania się od wyroku sądu, gdy Róża podeszła i usiadła obok mnie.
- A u ciebie, w Łodzi, będę mogła chodzić do koleżanek?
- Będziesz.
- Ale ja tam nie mam żadnych koleżanek.
- To po co  pytasz?
- Bo przecież w końcu jakieś będę miała.
- No, i jak będziesz miała, będziesz mogła do nich chodzić.
Zamyśliła się. Zmarszczyła czoło, podparła głowę na obwieszonej bransoletkami dłoni i głęboko westchnęła. Widać było, że powinienem się zainteresować.
- Czego znowu? – zrobiłem to co powinienem.
- Jest pewien problem ojcze – nazywa mnie tak gdy czegoś chce. Odłożyłem laptopa.
- Co cię nurtuje córko?
- Widzisz, pojedziemy razem do Łodzi, prawda?
- Prawda.
- I ja tam nie mam koleżanek, prawda?
- Prawda.
- Więc, można by rzec, będę się tam czuła nieco samotna, prawda?
- Nieprawda. Będziesz miała mnie.
- Dziecko w moim wieku... – na co dzień Róża uważa się za dorosłą, więc jeśli sama się nazywa „dzieckiem”, coś knuje. Skupiłem uwagę.  
- ...dziecko w moim wieku potrzebuje towarzystwa rówieśników, których mi nie zastąpisz... – zastanowiła się i postanowiła dokończyć - ...kochany ojcze.
- Niby racja. ale o co chodzi?
- Więc będę się czuła samotna.
- Tylko dopóki nie poznasz rówieśników.
- To może potrwać, tato. Bądźmy szczerzy, nawiązywanie kontaktów w dzisiejszych czasach nie jest takie łatwe.
Róża zrobiła przygnębioną minę mającą wizualizować ból jaki jej sprawiają dzisiejsze czasy z całą ich trudnością w nawiązywaniu kontaktów. 
Zastanawiałem się dokąd ta rozmowa zmierza.
- Powiedzmy, że nie jest łatwe, choć biorąc pod uwagę możliwości jakie daje internet, moim zdaniem jest łatwiejsze niż w innych czasach.
- Nie ojcze, nie jest łatwe – pokiwała ponuro głową. – I dlatego, ponieważ będę czuła się samotna, pozbawiona towarzystwa rówieśników, skazana na twoje towarzystwo... – spojrzała na mnie - ...dość miłe, ale jednak dzieli nas conajmniej jedno pokolenie...
- Ja ci zaraz dam conajmniej.
- ...dobrze, DOKŁADNIE jedno pokolenie. Więc widzę jedno rozwiązanie problemu.
- Jakiego problemu?
- Problemu mojej samotności tato! Nie słuchasz mnie!
- Słucham, słucham, przepraszam. Jakie widzisz rozwiązanie problemu swej głębokiej i ponurej samotności, córko?
- Kupisz mi jeża!


Dwa dni wcześniej wyszliśmy z sądu rejonowego. Pani sędzia stwierdziła, że... albo nie będę o tym opowiadał, po prostu, nie wdając się w szczegóły, wyrok był niesatysfakcjonujący. Znaczy, dla mnie i dla Róży, bo jej matka z nieznanych nam przyczyn się ucieszyła.
- Widzicie? – powiedziała okraszając słowo „widzicie” dwoma przecinkami na „k”, jednym na „ch” i jednym nieznanym mi dotąd przecinkiem, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że człowiek uczy się całe życie. 
- Ha, macie za swoje – dokończyła kilkuminutową wypowiedź, sprowadzającą się do próby przekazania mi i Róży, że „ha, mamy za swoje”.
Z sądu wypełzł jej adwokat. Patrzyłem czy pod wpływem promieni słonecznych gość nie zacznie dymić i czy twarz mu się nie rozpuści i nie ścieknie na schody. Nie ściekła.
- No i jak tam Różyczko, zadowolona jesteś? – wyciągnął rękę w kierunku głowy mojej córki, prawdopodobnie żeby wytrzeć rękę ze śluzu.
- Dotknij ją, to ci pierdolnę – powiedziałem, a jego łapa znieruchomiała w geście hitlerowskiego pozdrowienia.
- Jadę z tatą – zawiadomiła Paca i jego pałaca Róża.
- Odwiozę ją jutro – uzupełniłem wypowiedź córki.
- &%##%& – powiedziała była żona.
- Proszę się nie odzywać, pani była żono – spróbował ją uspokoić najmimorda udając, że chciał poprawić rękaw marynarki i chowając łapę do kieszeni.
Zostawiliśmy ich oboje przed wyjściem z budynku, którego budowniczowie myśleli, że będzie się w nim działa sprawiedliwość i pojechaliśmy z Różą w stronę zachodzącego słońca, jak na westernach.

Nasze odejście było niezgodne z postanowieniem sądu, bo ten bezmyślnie stwierdził, że Róża powinna zostać z matką.
Ale oprócz sędziny, protokolantki, adwokata, matki Róży i kompletnie mi nieznanych osób, które na sprawie zeznawały, że Róży „z całą pewnością byłoby z ojcem źle, a z matką dobrze” – nikt się z tym wyrokiem nie zgadzał.
- Posiedzimy parę dni razem i zobaczymy, jak się sytuacja rozwinie – nieodpowiedzialnie zaproponowałem córce, co zachwyciło ją bardzo. – Przynajmniej trochę będziemy razem.

Wieczorem dostałem smsa z żądaniem „wydania porwanego dziecka”. Jego treść musiał dyktować adwokat, bo w trzech zdaniach jedno było złożone, a całość zawierała tylko dwa przekleństwa. 
Na szczęście akurat łaziliśmy po plaży i nie zauważyłem wiadomości. Brak odpowiedzi okazał się działaniem skutecznym, ponieważ kolejna wiadomość przyszła na telefon Róży i brzmiała: ”możesz tu nigdy nie wracać!”
- Mogę tam nigdy nie wracać – ucieszyła się adresatka i wspólnie postanowiliśmy potraktować wiadomość dosłownie i oficjalnie, a mój telefon z pierwszą wiadomością wrzucić do morza.

Dwie godziny później, po powrocie na camping okazało się, że życie z adresatką nie jest wcale takie łatwe, jak mi się mogło wydawać.
- Najmilsza, ojcze, to będzie nasz kot.
Wyjęła zza pleców obskurne miauczące coś i trzymając to za ogon podsunęła mi pod nos. Coś spojrzało na mnie z nienawiścią i spróbowało przeciąć aortę, uchyliłem się w ostatniej chwili.
- Kochanie, skąd to wzięłaś?
- Leżał tam za tamtym drzewem – pokazała palcem miejsce, które kot zapewne wybrał, by zdechnąć**.
- Dziecko, to zwierze jest chore – jak mi się wydawało. wskazałem przeciwwskazania do przygarnięcia sierściucha.
- No właśnie! – ucieszyło się dziecko. – Wyleczymy go i zamieszka z nami.
- Nie zamieszka.
- Dlaczego? 
- Bo mamy psa.
- Mamy psa! – ucieszyła się – Zajebiście!
- Nie przeklinaj.
- Dlaczego?
- Bo ja nie przeklinam, Najmilsza nie przeklina i staramy się rozmawiać bez przekleństw.
- Zajebiście dobrze powiedziane – potwierdziła Najmilsza mrugając do Róży.
- A teraz odnieś to chore stworzenie – poprosiłem – i pozwól mu spokojnie zdechnąć.
Źle powiedziałem. Kolejne pół godziny spędziliśmy na dyskusji o przyczynach dla których nie będę woził do weterynarza wszystkich znalezionych przez Różę chorych sierściuchów. W końcu się z tym pogodziła, poszła odnieść miauczące paskudztwo tam, gdzie je znalazła.
Wróciła z żabą.
- Tato, patrz, co znalazłam!
Najmilsza zbladła.
- Weźcie to ode mnie.
- Boisz się żab? – uniosłem głowę znad telefonu – nie wspominałaś.
- Brzydzę! Zabierzcie to!
Róża z żabą zarechotały i wyszły.
Następny był obrzydliwy czarny ślimak, na którego się zgodziłem, ale po kilku próbach nawiązania z nim kontaktu córka sama zrezygnowała, tym bardziej, że zwróciłem uwagę na uderzające podobieństwo zwierzaka do pewnego adwokata.

W końcu przypomniała sobie o istnieniu internetu.
Tłumaczenie, że mamy już Zmorę, którą będzie zachwycona jakoś jej nie przekonywało.
Nie zgodziłem się na zakup kolejno: gekona, węża jadowitego i niejadowitego, niewielkiego* konia i akwarium z ośmiornicą.
- A dlaczego Jagódka może mieć zwierzęta jakie chce, a ja nie?
Spostrzegłem, że sporo naszych rozmów będzie poświęconych odpowiadaniu na pytanie  „dlaczego”. Wytłumaczyłem, że Jagódka (córka mojej siostry) mieszka w domku z ogrodem, gdzie mogliby sobie pozwolić na hodowlę niewielkiego konia (ale tego nie czynią) i że sytuacja materialna rodziców Jagódki jest inna niż moja, dlatego stać by też ich było na zakup akwarium z ośmiornicą bez konieczności łakomego obserwowania tej ośmiornicy przez resztę miesiąca.
- Mimo to ośmiornicy też nie mają. Kochanie, teraz sprawdzę jak się odwołać od tego wyroku, dobrze?

I akurat sprawdzałem możliwości odwołania się od wyroku sądu, gdy wyskoczyła z tym jeżem.



- Jakiego jeża? – zdziwiłem się – i odkąd to jeże się KUPUJE?
- Jeża hodowlanego! – między mną, a ekranem z listą dwóch historycznych spraw, w których ojcowie wygrali w sądzie opiekę nad dzieckiem** pojawił się telefon Róży.  Na jego wyświetlaczu widać było szczura z igłami. – Hodowlanego można kąpać!
- No jeż – potwierdziłem. – A czemu go trzeba kupować? Idź sobie jakiegoś złap. Zwykłe też można kąpać.
- Zwykły się nie nadaje. Musi być hodowlany – Róża zrobiła minę człowieka wychowanego przez jeże. – Poza tym, tato, zwykłe mają robaki!
- Aha. Chyba do pierwszej kąpieli. A ile – podrapałem się po głowie – kosztuje taki jeż hodowlany?
- Pięćset złotych.
Gdy jakiś czas później przestałem się śmiać – dostaliśmy wiadomość, że Róża może spędzić ze mną całe wakacje, bo jej matka zniesmaczona naszym nieodpowiedzialnym zachowaniem „wyjeżdża do ciepłych krajów”.

Super! Wakacje szykują się wesoło.
Mimo, że NIE MA NAJMNIEJSZYCH SZANS, żebym wydał pięć stów na jeża. Nawet wykąpanego.




jak ktoś jeszcze nie zajrzał na zblogowanych to tu można
Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX