#EPIZODY: O tym jak poszedłem do więzienia

18 maja 2014

O tym jak poszedłem do więzienia

Plan był prosty. 
Czekam, aż strażnik na wieżyczce przejdzie na drugą stronę, walę laptopem w łeb tego, który mnie prowadzi, wspinam się na drucianą siatkę, na górze zarzucam kurtkę na drut kolczasty, zeskakuję i mam jeszcze tylko trzy ogrodzenia do pokonania. Potrzebne mi będą trzy kurtki i jakoś trzeba zdematerializować ogłuszonego strażnika, bo ten z wieżyczki będzie go widział… hmmm.
To po prostu nie mogło się udać.
Ale zacznijmy od początku.


Zaczęło się od maila.
”Bla, bla, bla i zapraszamy pana i10 do więzienia, gdzie poprowadzi pan warsztaty pt. Jak prowadzić bloga” – tak się ów mail kończył. 
Ponieważ jednym z „bla” była informacja o tym, że więzienie jest kobiece – zgodziłem się bez zastanowienia. I bez pieniędzy – zwracali tylko za przejazd.
Do męskiego też bym się zgodził, ale do męskiego mogę trafić sam – wystarczy wrzucić na bloga przepis na bombę, a do kobiecego – w żaden sposób*. Więc jedyna taka okazja w życiu.

Na przepustki, zezwolenia trzeba było czekać trzy miesiące.
W tym czasie szlifowałem prezentację, dopieszczałem śródtytuły (a przykład „Blog czy kradzież – wybór jest prosty” zmieniłem na „Blog czy kradzież – wybór nie jest prosty”, a „pióro mocniejsze od miecza” zastąpiłem „klawiaturą, którą też można zadać obrażenia”).

Nadszedł ten dzień.

– W garniturze wyglądasz jak gliniarz – powiedziała Najmilsza, obcinając** mnie spode łba. Łeb należał do Zmory, ostatnio upodobała sobie lizanie nas po czołach gdy tylko zasiądziemy na kanapie lub fotelu. Wdrapuje się na oparcie i liże po czołach, dziwny pies.
Przyznałem Najmilszej rację, idąc między więźniarki nie mogłem wyglądać jak policjant – nie zyskałbym ich zaufania. A zaufanie było mi niezbędne, by przekonać je, że jedynym zajęciem jakiemu powinny się oddać po opuszczeniu zakładu karnego, ma być pisanie bloga.
Jak więc się ubrać?
Pasiaka nie mam, może łańcuch na gołe ciało i dyby? W piwnicy mam deski, zrobienie dyb nie jest chyba specjalnie trudne.
Niestety mam tylko łańcuch… rozrządu, od poprzedniego auta***. Poza tym, kiedy kasjerka na dworcu zobaczy gościa w dybach to nie sprzeda mi biletu, tylko wezwie policję, a wtedy mógłbym trafić nie do tego więzienia co planowałem. 
Spakować dyby w torbę i przebrać się na miejscu?
– Ubierz się normalnie, jeansy, bluza – podpowiedziała Najmilsza.
– Normalnie też wygląda jak gliniarz – zachichotała Monisia, która ostatnio przebywa u nas tak często, że zastanawiam się czy przypadkiem u nas nie mieszka. Ale chyba nie mieszka, bo gdzieś znika na noc. Może w piwnicy?
– Ale taki bardziej przestępczy gliniarz – światło mojego życia próbując podrapać się po głowie, podrapało psa, na co ten wzmógł lizanie czoła – taki gliniarz, można by rzec, skorumpowany.

Zatem stanęło na ubraniu w jakim chodzę na co dzień, nie zdając sobie nawet sprawy, że dzień w dzień przebieram się za skorumpowanego glinę.

Ucałowałem Najmilszą, dałem się Zmorze polizać po nosie, zabrałem Monisi moje własne fajki i… poszedłem do więzienia.

Znaczy, na stację.

Poranny pociąg z Łodzi do Warszawy jest wypełniony po brzegi, na miejsca siedzące się nie załapałem. Większość podróżnych w garniturach, strojach służbowych, kilka osób w dybach – pewnie na rozmowę o pracę. Czyli niespecjalnie rzucałbym się w oczy, chyba, że przez pasek rozrządu. W zasadzie wyróżniałem się teraz - swoim strojem skorumpowanego policjanta, ale jakoś nikt nie zwrócił uwagi. Może się bali.

Po drodze mieliśmy postój w środku lasu, bez widocznej przyczyny. Zgaduję, że maszynista stanął tylko po to, żeby przypadkiem nie dojechać punktualnie i nie stworzyć niebezpiecznego precedensu, ale może nie mam racji. Może musiał skoczyć na stronę albo popatrzeć na las, zielony i bardzo wiosenny.
Gdy już spóźniliśmy się do Warszawy, na miejscu czekała na mnie organizatorka spotkania (pozdrawiam) z dużą kartką, na której było napisane „i10”. Podszedłem, ona wyciągnęła dokumenty i stówę, przedstawiłem się, a ona schowała pieniądze i wyjaśniła, że wzięła mnie za skorumpowanego policjanta. Czyli skubana ma coś na sumieniu, ale nie wyjaśniła za co chciała płacić, chociaż pytałem.

Z dworca centralnego (podobno świeżo po remoncie, ale jakoś nie widać) można dotrzeć do celu naszej podróży na trzy sposoby. Wszystkie trzy polegają na użyciu komunikacji miejskiej i nóg, w jednym trzeba się przesiadać sześć razy, w drugim szybko biegać, a w ostatnim pokonać Wisłę wpław (ten od razu odrzuciliśmy, ponieważ jeśli moja ciężka skórzana kurtka skorumpowanego… jeśli kurtka nie pociągnęłaby mnie na dno, zrobiłby to mój ciężki starodawny laptop). 
Z podobnych względów nie miałem ochoty na bieganie****, zatem wybraliśmy tramwaj.

Co piękne w stołecznych tramwajach – to wolne miejsca siedzące, co mniej piękne – to umilanie czasu przez dzieci ćwiczące grę kolejno na: akordeonie, skrzypcach, harmonijce, trąbce, kobzie oraz na fortepianie Steinway’a. Im bliżej więzienia byliśmy – tym ćwiczących dzieci było mniej, choć wydawać by się mogło, że powinno być odwrotnie. Prawdopodobnie jest to jakaś lokalna warszawska tradycja, lub metoda miejscowej szkoły muzycznej mająca wyrobić w przyszłych wirtuozach większą śmiałość podczas występów przed publicznością. Nie wiem jak jest, nie zapytałem.

Z ostatniego przystanku czekał nas długi, a nawet bardzo długi spacer. Pomyślałem, że jeśli ktoś kiedyś z tego więzienia ucieknie – będzie się musiał sporo nachodzić. Chyba, że nie pójdzie na przystanek.

A na miejscu okazało się, że ucieczka z więzienia to nie jest łatwa sprawa.
Rozpoczęliśmy od biura przepustek.
Trzeba oddać wszystko, na co się nie ma pozwolenia. Przede wszystkim telefony, później modemy, następnie pozbyłem się kluczy, łomu i kilofa. 
Komputer został, bo miałem pozwolenie. W czasie dyskusji o aparacie fotograficznym przyszedł Naczelnik i powiedział, że mogę go zatrzymać, ale pilnik muszę zostawić.
– A tak w ogóle to czytam twojego bloga i10, myślałem, że jesteś wyższy – wyciągnął do mnie rękę. – Idź z moim człowiekiem, pokaże ci więzienie.

I poszedłem za człowiekiem z karabinem.

Nie tak wyobrażałem sobie więzienie. Przede wszystkim – żadnych szczurów, żadnych wyjących ludzi obwiązanych szmatami, w ogóle żadnych ludzi. Przynajmniej na zewnątrz. Nikt nie wysypywał piachu z nogawek, nikt się nie bił, nikt nie podnosił ciężarów.
Obiekt był raczej nowoczesny. Coś jak elektrownia jądrowa, wszystko idealnie wysprzątane, trawniki przystrzyżone jakby nożyczkami do paznokci, wszędzie stal, beton, i rzucająca się w oczy nieobecność ludzi. Mimo słonecznej pogody nie było widać nikogo oprócz strażników na wieżyczkach.

Poszliśmy na jedną z nich, strażnik - przewodnik przedstawił mnie jako gościa samego Naczelnika, więc strażnik wieżyczkowy pozwolił mi postrzelać z karabinu do zaparkowanej przed bramą ciężarówki. Według jego słów „i tak była opancerzona”.
Trafiłem za trzecim razem i to w szybę, która musiała opancerzona nie być, bo się rozleciała, na co z  megafonów rozległ się głos każący nam „skończyć głupie zabawy".
Podziękowałem, oddałem karabin i poszliśmy obejrzeć resztę więzienia. Sala tortur wyglądała całkiem jak gabinet dentystyczny*****, a jadalnię od stołówki w gimnazjum, do którego chodzi moja córka różniły tylko leżące gdzieniegdzie paczki narkotyków, łańcuchy i noże. W gimnazjum leżały, tu stoły były puste.

Nie byłbym sobą, gdybym nie zaczął kombinować jak można stąd uciec.
Plan był prosty. 
Czekam, aż strażnik na wieżyczce przejdzie na drugą stronę, walę laptopem w łeb tego, który mnie prowadzi, wspinam na drucianą siatkę, na górze zarzucam kurtkę na drut kolczasty, zeskakuję i mam jeszcze tylko trzy ogrodzenia do pokonania. Potrzebne mi będą trzy kurtki i jakoś trzeba zdematerializować ogłuszonego strażnika, bo ten z wieżyczki będzie go widział… hmmm.
To po prostu nie mogło się udać.
Za dużo ogrodzeń, za dużo wieżyczek, za mało laptopów i kurtek.
Poza tym byłem dopiero na dziedzińcu, a najpierw trzeba by było wydostać się z baraku.

Bo więźniarki siedzą w barakach. Murowanych, jednopiętrowych, ale jednak barakach.
Na przykład trawnik mogłem sfotografować.
Znajdującego się tuż za nim ogrodzenia - nie.
Do każdego prowadzi seria bramek, nad każdą kamery, strażnik naciskał przycisk, patrzył w kamerę, ktoś nam się chwilę przypatrywał po czym otwierał kolejne furtki.
W międzyczasie zrobiłem kilka zdjęć, a strażnik powiedział, co mogę opublikować, a czego nie mogę. Bardzo mało mogłem. Zobowiązałem się, że wszystkie zabronione rzeczy zamażę.

W końcu dotarliśmy na oddział.
Tu znowu: nie ma kilkupiętrowej galerii, nie ma krat z poprzyklejanymi do nich dłońmi ludzi siedzących w środku.
Jest długi korytarz pełen kamer pod sufitem i stalowych ciężkich drzwi w ścianach. Drzwi kryły cele i widać było, że nie są to drzwi zwykłe. Były to drzwi stalowe, ciężkie, jakby od sejfu czy lodówki, w której przetrzymuje się wyjątkowo niebezpieczny szczep bakterii. Na każdych przyciągała wzrok wielka sztaba, czy raczej klamka, ale nie zwykła klamka, tylko taka jak od zakrystii. Watykańskiej zakrystii. Wzrok przyciągał też otwór na klucz, do którego klucz typu Yale można by wrzucić razem z wkładką. I breloczkiem.
Za to nie przyciągał wzroku wizjer. Bałbym się przezeń zajrzeć, sądząc po drzwiach - w środku siedziały bazyliszki, które ciekawskość ukarałyby pozbawieniem wzroku.

I wtedy przyszła Oddziałowa – miła, drobna blondynka w mundurze, z trudem dźwignęła wielki, ważący co najmniej kilogram klucz, wsadziła w zamek, otworzyła celę i wypuściła osadzone. Najpierw z jednej celi, później z drugiej. 
Pięć dziewczyn.
Żadnego bazyliszka.
Normalne dziewczyny.
W większości ładne.
W większości zgrabne.
W większości młodsze ode mnie.
Gdy ja patrzyłem na nie – one obserwowały strażniczkę. W więzieniu nie robi się nic bez pozwolenia.
Strażniczka zaprowadziła nas do świetlicy, gdzie czekała już organizatorka spotkania. Oddziałowa wpuściła nas do środka i zamknęła drzwi, sama zostając na zewnątrz.
Najpierw więźniarki przywitały się z organizatorką. Z widoczną radością padały sobie w ramiona jak stare przyjaciółki.
Gdy pierwsza z nich podeszła do mnie – wyciągnąłem rękę:
– Jestem i10.
– Wybacz, tutaj się tak nie witamy – powiedziała dwudziestokilkulatka, powiedziała swoje imię******, przytuliła się do mnie i cmoknęła w policzek, zaś po niej w identyczny sposób przywitały się pozostałe.
Nie jestem przyzwyczajony padać w ramiona nieznanych kobiet, a tym bardziej całować je nawet w policzek, ale to było jakieś takie naturalne. Czuło się, że to powitanie likwiduje barierę pomiędzy mną – człowiekiem wolnym, a nimi. Że jesteśmy po prostu ludźmi. Wiedziałem, że nie zapytam co je sprowadziło do tego ponurego przybytku. Wiedziałem to znacznie wcześniej, pewnych pytań się nie zadaje. Wiedziałem też że możemy swobodnie rozmawiać.

– i10 prowadzi bloga i opowie nam jak to robić – zagaiła organizatorka.

To opowiedziałem. Wyświetliłem prezentację, one zadawały pytania, ja odpowiadałem, podpowiadałem, podsuwałem pomysły. Wszystko notowała organizatorka, osadzone nie to, że nie mają długopisów, ale nie wolno im poruszać się z nimi po korytarzu.

Warsztaty trwały jakieś dwie godziny, dwie bardzo wesołe godziny. Nie było między nami dystansu, było dużo żartów z mojej i z ich strony.
Nie czytały #Epizodów, musiałem im opowiedzieć o Najmilszej, Monisi i o Zmorze. Pokazałem zdjęcia – prawdziwe zdjęcia Najmilszej i Monisi, przez przypadek znalazłem (i pokazałem) nakręcony przez Najmilszą film na którym Zmora zlizuje z czoła Monisi chyba miód (co rozjaśniło mi nieco przyczyny dziwacznego zachowania psa w ostatnim czasie). 
Nie byłem w peruce. 
Uważałem, że za parę lat, gdy będą opuszczały więzienie, kwestia tożsamości i10 nie będzie miała znaczenia.

Otóż się myliłem.

Bo na koniec spotkania zadałem pytania od Czytelników
Ze śmiechem odpowiadały na wszystkie, do momentu gdy przeczytałem pytanie Sławka: „Czy zamienisz rok odsiadki na obcięty palec. Ile maksymalnie palców poświęcisz?
– Wszystkie – zabrzmiało jednogłośnie.
– Tylko że widzisz i10 – popatrzyła na mnie ta, która wyglądała na najmłodszą – po ucięciu wszystkich palców, wszystkich dwudziestu palców, nadal żadna z nas nie wyszłaby na wolność. A w przypadku dożywocia – wskazała palcem dwie koleżanki i na końcu siebie – nawet poświęcenie wszystkich palców nie skróciłoby wyroku. 
Kucam, za mną stoją moje rozmówczynie.


Później zrobiliśmy sobie zdjęcie, a żegnając się kilkanaście minut później objąłem na sekundę każdą z nich ciut mocniej niż przy powitaniu. 
Prawdopodobieństwo, że kiedykolwiek w życiu zobaczymy się ponownie są niewielkie – chyba, że znowu zostanę zaproszony do puszki. Chyba, że narozrabiam i mnie zamkną... a nie,  wtedy pójdę do męskiego.
I za ile lat bym by to nie było – trzy z nich nadal będą tam przebywać. 

Po powrocie do domu powiedziałem Monisi i Najmilszej, że jak będą uczyć Zmorę głupich sztuczek to ich film z usmarowanym w miodzie czołem wrzucę na YouTubę. 

A one powiedziały, że to nie miód, tylko "fluid zapachowy".

Jakby była jakaś różnica.

----------------------------------






Follow my blog with Bloglovin
Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX