#EPIZODY: O szewskiej pasji.

4 maja 2014

O szewskiej pasji.

– Zakochałam się – oświadczyła w pierwszomajowy poranek Monisia podając mi do odwieszenia narzutę, która wyglądała, jakby chwilę wcześniej dwóch naćpanych rysowników ulicznych próbowało siedząc na niej wytłumaczyć sobie nawzajem, jak działają zbliżenia na mapach Google. Nawet na dole miała jeszcze przyczepione miedziaki.

Kto chodzi w narzucie w taką pogodę? Monisia chodzi. 


– Normalnie się zakochałam! – kontynuowała. – Byłam wczoraj w galerii...
– Czyjej? – zaciekawiłem się.
– Nie bądź taki mądry. Możesz nie słuchać, najlepiej idź się ogolić.
– Ale mów, zakochałaś się? – Najmilsza przestała męczyć swojego psa głaskaniem i pozwoliła mu przystąpić do sprawdzania smaku monisinego makijażu, co pies uwielbia i robi z ogromną namiętnością.
– No właśnie! Zmora, nie po buzi – odsuwanie psa działa przez jakieś pół sekundy, więc wzięła go na ręce i pozwoliła się lizać po szyi – No to byłam w galerii... – pod wpływem spojrzenia, jakie mi rzuciła, przestałem udawać, że nie znam obowiązującego znaczenia słowa „galeria” i szczerząc zęby poszedłem nastawić wodę.
– ...i w tym sklepie na pierwszym piętrze* - widziałam takie obłędne buty, że mówię wam! Normalnie się zakochałam!
– I co? – odezwała się jedyna obecna osoba zainteresowana zakończeniem 
– Niestety nie było rozmiaru**.

W dalszej części dyskusja zaczęła się toczyć nad ideą nabywania za małych butów tylko dlatego, że kształtem idealnie wejdą w wolne miejsce w szafie na buty - czyli daleko poza moją zdolnością percepcji. Poprosiłem więc, żeby zawołały mnie gdy woda się zagotuje, a jeszcze lepiej, gdy woda się zagotuje i ktoś zaleje nią kawę, zabrałem Monisi wyszminkowanego psa i poszedłem do pokoju sprawdzać maile.

Czytuję wszystkie jak leci. Nawet te z dziwnymi tytułami, nigdy nie wiadomo który będzie ważny. Tym razem przyszło dwadzieścia nowych propozycji założenia konta, siedem wzięcia kredytu i jedna ufundowania stypendium.
Że ja miałbym komuś ufundować stypendium? Dziwny pomysł, jednak – żeby nie było, że nie próbowałem – wróciłem do dziewczyn zapytać, czy nie mają jakiejś zbędnej kasy, bo bez niej stypendium byłoby na wskroś symboliczne. Przy okazji sprawdzić co z piciem.

Kawa już była, a gwiazdy tym razem rozmawiały o produkcji klisz filmowych. 
– Na cellulit działa tylko trzcina – powiedziała Monisia.
Albo i nie klisz. Nie wiem, co jeszcze produkuje się z cellulitu.
– Co? – próbowałem poszerzyć wiedzę.
– Taka trawa.
– Łażą po niej owady? – upewniłem się.
– Co?
– Na przykład chrząszcze? - postarałem się, by "chrząszcze" zabrzmiały ironicznie.
– Ale ty, i10, głupi jesteś. Nie, normalna trzcina, zobaczysz reklamę u siebie na blogu, przecież przyszłam ci właśnie o tym powiedzieć, ty w ogóle nie słuchasz co się do ciebie mówi. 

A tak. Zapomniałem wspomnieć, że Monisia posiada na blogu swoje miejsce na reklamę. Nie to, w której pojawiają się jej cycki, nowe. 
Dzięki temu „nie ma pretensji, że wykorzystuję na blogu jej cenny i podejrzanie, najwyraźniej  złośliwie zniekształcony wizerunek”. 
Ani o to, że ogoliłem się jej maszynką po ostatnim malowaniu przedpokoju.
Kurde, jak z Najmilszą wzięły sobie mojego ostatniego BICa „bo im był potrzebny”, to nawet mnie nie zapytały.
Więc argument, że wzięły nową, którą po użyciu wyrzuciły, odbiłem celnym spostrzeżeniem, że właściciela mniej boli kradzież starej maszynki, niż nowej, a poza tym wyrzucanie czyichś przyborów nie leży w mojej naturze.
Zarzut, że nic im nie powiedziałem odparłem identycznym (o ich postępku dowiedziałem się dokładnie dwa dni po zdarzeniu, czyli równie późno jak one. I to dlatego, że odkryłem brak ostatniej maszynki, i potykając się o plączącą między nogami brodę musiałem iść do kiosku po nową). A jakby to była, tak jak myślałem, maszynka Najmilszej, a nie Monisi to w ogóle by nie było sprawy.
- Niby czemu by nie było? – zapytała wtedy Najmilsza.
- Bo twoją normalnie golę i ci nie przeszkadza.
- Co? Normalnie golisz jajka MOJĄ maszynką?!
A tak. Zrobiły problem z tego, że nie używałem jej do twarzy. Uważam, że o ile brodę mogę poharatać byle czym, o tyle...  dobra, zostawmy to. W każdym razie powiedziałem, że też nie wydaje mi się, żeby mojego ostatniego BICa zużyły do swoich oblicz, ale w końcu uległem i zgodziłem się sprezentować Monisi na blogu niewielkie miejsce w którym może umieścić co chce.
Dostała to miejsce za "spowodowane blogiem straty moralne", nie za maszynkę. W maszynkach jesteśmy kwita.

Zaś wizerunek Najmilszej kosztował mnie kolejne miejsce. Takie miejsce-straszak. Od razu bowiem zapowiedziała, że jak „nie będę jej słuchał”, to zamieści w nim reklamę najwredniejszej organizacji feministycznej jaką uda jej się znaleźć. 
Tylko Zmorka za swój wizerunek nic nie chciała. Pies to jednak jest prawdziwym przyjacielem człowieka. Za to kupiłem jej nową zabawkę. Gumową kość, która przez dziesięć minut była gumową kością niezgody między mną a Najmilszą. Można było bowiem w niej ukryć kawałki karmy, którą pies powinien sobie wydobyć ucząc się przy tym rozwiązywania problemów. Najmilsza uznała, że równie dobrze mogłem Zmorze kupić suwak logarytmiczny, bo miejsce na karmę położone jest w kości w taki sposób, że wydobyć z niego cokolwiek może jedynie zwierzę zaopatrzone w dziób. Na przykład dzięcioł.
Najpierw powiedziałem, że sama jest dzięcioł, jednak gdy później spróbowałem wyjąć karmę palcami,  nie udało mi się, wobec czego przyznałem się do niekompetencji w wyborze zmorzych zabawek, bo normalnie przyznac się do "pomyłki" to w tym domu nie można.
Zmora zatrzymała zabawkę, a żeby nie męczyć psa do kości dorzuciłem jej kombinerki.

Wypiliśmy kawę, Monisia poględziła jeszcze chwilę o cudownych właściwościach wspomnianego wcześniej tataraku i sobie poszła.

Po jej wyjściu Najmilsza oświadczyła, że - jak ustaliły - ignoruję kobiece sygnały jakie się do mnie wypuszcza. Nie dokładnie w ten sposób powiedziała, ale dokładnie w tym sensie. I dodała, że tak nie może być.
Dwadzieścia minut monologu o ignorowaniu sygnałów i żetakniemożebyciu.
zając

Zatem gdy dwie godziny później postawiła na stole obiad, przyjrzałem mu się uważnie, obróciłem swój talerz w jej stronę, odsunąłem leżący na stole stosik katalogów z łóżeczkami i pisma „Ja Mama” (po co ona to w ogóle czyta, przecież my nie mamy dzieci), wskazałem trzy kawałki kurczaka na ostro leżące na talerzu i zapytałem, czy ułożona z nich postać zająca to kobiecy sygnał, bo nie chciałbym go zignorować.


Po dłuższej chwili przyglądania się na przemian mi i zającowi odrzekła, że nie. Krokodyl z fajką i radosny Muminek też wyszły same, a napis z ryżu oznaczający w mudźarati słowo „zagraj” ułożył się jej zdaniem w sposób absolutnie przypadkowy.
”Więc jeśli nie ona, to może Bóg próbuje mi coś przekazać” – pomyślałem. „Ale co może łączyć zająca, krokodyla i Muminka ze słowem zagraj i to w dodatku zapisanym w mudżarati?”
Muminek...


Poszedłem sprawdzać w Googlach. Od jakiegoś czasu laptopy trzymamy w przytarganym skądś przez Najmilszą dziecięcym łóżeczku. Mogę tylko zgadywać, że z Monisią na jakimś forum znalazły informację o „łóżeczkach podnoszących wydajność baterii”.
Wyjąłem swoje warcząco skrzypiące okno na świat, odwinąłem z pieluchy, włączyłem, powyłączałem strony startowe z jakimiś dziećmi (to też Najmilsza mi ustawia specjalnie, chyba próbują z Monisią mnie wkręcić, że złapałem wirusa) i dowiedziałem się z wyszukiwarki, że Bóg nie chciał mi nic przekazać.


Ale Najmilsza chciała:
– Wychodzę z Monisią połazić po sklepach – i jak chciała, tak zrobiła. 
Tylko, że to nie jest tak, że ja tylko słucham i przyjmuję do wiadomości, co mi się przekazuje...:
– A idź.  
…bo przecież wchodzę*** w interakcje.

Skoro zostałem sam, postanowiłem sprawdzić wiadomości na FB.

I wtedy w jednej z nich dostałem propozycję przelecenia się rakietą.
Od polskiego odpowiednika NASA!
Czyli od Pracowni Rakietowej Tczew. 
Ponieważ jej założyciele czytają bloga – postanowili na skonstruowanej przez siebie rakiecie do strącania ruskich satelitów szpiegowskich umieścić logo i adres bloga! 

Pytali, co ja na to.
Oczywiście nie za darmo. Gdy trzęsącymi się rękami przypaliłem papierosa, aż mi wypadł żar i zadzwoniłem do nich - usłyszałem, że jeśli przed wybuchem Putinowi uda się odczytać, kto jego satelicie przysłał niespodziankę - istnieje możliwość, że zostanę porwany. Musiałem przysiąc, że nawet na mękach nie zdradzę kto zbudował rakietę. 
Przysięgłem.
Powiedziałem, że tortury mi nie straszne. Opowiedziałem o życiu z Najmilszą, dorzuciłem wątek Monisi, a po wysłuchaniu opowieści wzruszeni ludzie z Pracowni Rakietowej Tczew szlochając zaproponowali, że przeprogramują rakietę, żeby nie trafiła w satelitę tylko w mój dom, najlepiej zaraz po tym jak z niego wyjdę. I że zrobią to tak, aby wyglądało na wypadek. Grzecznie podziękowałem, wyjaśniłem, że do swojego losu jestem już przyzwyczajony. Nic go nie zmieni. To powiedzieli, że na rakiecie możemy umieścić oprócz logo i adresu WWW dowolny napis. Na przykład „HWDF” gdzie ostatnia literka byłaby skrótem od „feministkom”, ale nikomu byśmy o tym nie powiedzieli.
Też podziękowałem. Wystarczy mi logo. 

A później wróciła Najmilsza z nowonabytą parą za małych butów.
- Piją mnie leciutko nad piętą, weź to jakoś naciągnij i10 kochany, ty wszystko potrafisz.
Co prawda nigdy nie czułem w sobie szewskiej pasji, ale położyła przede mną opakowanie nowiuśkich BIC-ów, więc kurde, to  mi zajmie pięć minut, zgodziłem się.

...i tamilski przekaz. Ale krokodyl wyszedł nieostry :(




Follow my blog with Bloglovin
Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX