#EPIZODY: O kotach

11 maja 2014

O kotach


Najmilsza przeczytała bloga. Nie, żeby NIGDY go nie czytała. Kiedyś spróbowała, jednak nie znajdując w tym żadnej przyjemności – dała próbowaniu spokój.
Przynajmniej do zeszłego tygodnia, kiedy na jakimś forum internetowym znalazła radę, że pasje partnerów należy jeśli nie dzielić, to przynajmniej poznać.
Poznała, dzięki czemu stało się jasne, że jej poczucie humoru nie uległo zmianie, bo kompletnie nierozbawiona zaczęła się do mnie odzywać dopiero dwa dni później:
– Wyjdź z psem, ty nikczemny zdrajco – o, w ten sposób.
A później namówiła Monisię, do "stracenia czasu na te bzdury, które i10 o nas pisze".
Monisia przynajmniej się pośmiała.
Po czym, po naradzie, dziewczyny zaprosiły mnie na rozmowę, podczas której postawiły ultimatum.
Albo natychmiast przestanę szkalować ich wizerunek i w zadośćuczynieniu za poniesione szkody wydzielę każdej miejsce na blogu do dowolnego rozporządzania, albo.
Po drugim "albo" nie padły żadne słowa, nie było zawieszenia głosu, bowiem było to "albo" bardzo zdecydowane i konkretne. Takie, po usłyszeniu którego człowiek woli się nie dowiadywać, co może za nim nastąpić. W każdym razie ja się nie dowiadywałem i poddałem terrorowi logicznym i rozsądnym argumentom dziewcząt.

Zatem wydarzenia z soboty przedstawiam tak jak rzeczywiście miały miejsce, niczego nie przeinaczając.

Po przebudzeniu Najmilsza obdarzyła mnie promiennym uśmiechem i zaproponowała, żebym zrobił śniadanie. W zamian obiecała jeszcze trochę poleżeć na łóżku.
Będąc wielbicielem świeżego pieczywa – udałem się po nie do sklepu, a wracając, w drzwiach spotkałem Monisię idącą do nas w odwiedziny, zwyczaj, który ostatnio wszedł jej w... zwyczaj.
Monisia jest dziewczyną ładną uprzejmą i zgrabną sympatyczną. Niewątpliwymi rzucającymi się w oczy walorami, są jej oczy. Duże, o interesującym kształcie i ze źrenicami.
Obserwując moje umiejętności śniadaniotwórcze dziewczyny podjęły arcyciekawą rozmowę na temat obuwia i odzieży. Ze względu na oczywiste braki wiedzy w tej dziedzinie – nie zabrałem głosu. Postawiłem kanapki na stole i oddałem się obserwacji zakończonego na betonowym murze driftu Maldonado podczas kwalifikacji Grand Prix Hiszpanii.
Dość nieuprzejmie nie włączyłem się również do konwersacji na temat jakichś szminek kosmetologii.
Dużym grubiaństwem z mojej strony była obserwacja przejazdu Hamiltona, podczas gdy mogłem wyrazić swoją opinię o tym, czy Zmora przytyła, czy nie przytyła.

Po czym dziewczyny zaczęły rozmowę o fizyce kwantowej. 

– Psy są fajniejsze od kotów – powiedziała Monisia.– No, po kocie to nawet nie można poznać czy jest żywy, czy martwy.
– Co?– Zapytaj i10, to ci powie.
– i10, o co chodzi z kotem? 
– Później ci powiem. Po wyścigu – podjąłem skazaną na niepowodzenie próbę obejrzenia relacji do końca, ponieważ jednak ich trajkotanie dyskusje i tak uniemożliwiały mi skupienie się na przejazdach, wyłączyłem telewizor.
– Po co wam to? – zgromiłem wzrokiem Najmilszą, a ona wyszczerzyła się złośliwie obdarzyła mnie promiennym uśmiechem, bo innym nie potrafi, bo zawsze tak robi, jest po prostu promienną dziewczyną.
– Kochana słuchaj, większych bzdur w życiu nie słyszałaś – zapowiedziała Monisi ócz mych źrenica.

Co jakiś czas próbuję Najmilszej wytłumaczyć, że Schrodinger tak naprawdę nie znęcał się nad zwierzętami. Podaję różne przykłady, metafory, nic z tego. Przykład, że dopóki nie sprawdzi, wpis znajdujący się na górze bloga jednocześnie jest i nie jest zatytułowany „Strzały z autobusu” kompletnie do niej nie trafia.
Nawet, gdy zaproponowałem zamianę „atomu, który się rozpadł, albo nie rozpadł” na „pasjans, który wyszedł, albo nie wyszedł”. Ani „czujnika zdarzenia” na „takie elektroniczne coś”.
Ale absurdalność tych rozmów jest na tyle ciekawa dla nas obojga, że co jakiś czas temat ten powraca. Ciekawość ogarnęła również Monisię, jak mówiłem, osobę zainteresowaną światem nauki.
Więc opowiedziałem.
Od razu na początku, podczas wkładania kota do pudełka z niewiadomych przyczyn ważne okazało się ustalenie koloru kota. 
– Jak to nieważne?! – zdziwiły się obie – w jaki sposób możemy wyobrazić sobie włożenie kota do pudełka, jeśli nie wiemy jakiego jest koloru?
– Ok – poddałem się – kot jest czarny, dobrze?
– Duży, czy mały?
– Średni. I zamykamy kota...
– Poczekaj. – Monisia rozłożyła ręce na szerokość średniego kota – gdzieś taki?
– Tak. I zamykamy kota w pudełku...
– Najpierw idziemy po bandaż – przerwała Monisia.
– Co? – zadziwiłem się, a Najmilsza spojrzała na mnie z tryumfującą miną*
– Jaki bandaż?
– Jeśli spróbujesz gdzieś takiego kota – Monisia ponownie rozłożyła ręce – zamknąć w pudełku to cię poharata i będzie ci potrzebny bandaż.
– Nie poharata.
– Poharata. 
– Chyba, że będzie już zdechnięty od razu – wtrąciła się Najmilsza.
Koncepcja wkładania do pudełka zdechłego kota tak kompletnie nie pasowała do wyjaśnienia Schrodingera, że musiałem znaleźć wyjście z sytuacji. Jeśli bym powiedział, że idę po bandaż – za chwilę musiałbym wyjaśniać gdzie bandaż leżał, kto mi założył opatrunek i czy użyłem wody utlenionej, bo przecież trzeba.
– Kot mnie nie poharata, bo jest chory.
Pokiwały głowami ze zrozumieniem.
Później przedstawiłem ciąg wydarzeń doprowadzających kota to stanu mieszanego, zgodnie z ich sugestią zamieniłem „rozpad atomu” na zepsuty minutnik do jajek, a kota do śmierci miał doprowadzić nie gaz, lecz humanitarny zastrzyk wykonany przez weterynarza, co prowadziło do konieczności zwiększenia pudełka. W ostatecznej, akceptowalnej przez wszystkich wersji eksperyment Schroedingera zaczynał się od: „Człowiek wrócił do domu z pracy i zauważył, że jego chory kot się męczy, więc zaniósł go do weterynarza, który powiedział, że niestety, nic nie da się zrobić, kota trzeba uśpić, a w ogóle to ma pani ładne buty...”

Gdy próbowałem wymyślić w jakich okolicznościach weterynarzowi zepsuł się minutnik do jajek Najmilsza zapytała:
– Ty, i10... a jakby to nie był kot tylko nasza sąsiadka Aneta?
Dałem spokój tłumaczeniom, powiedziałem, że w życiu nie zrozumieją, na co odparła:
– Ty i10, myślisz... – pokazała na mnie palcem.
– ...że ja nie rozumiem.... – założyła ręce na piersiach.
– ....że jak się nie sprawdzi... – wysunęła podbródek.
– ...to... – pochyliła czoło.
– ...nic... – puściła z nosa dym. 
– ...NIE WIADOMO?! – wrzasnęła mi prosto w twarz. 
– Czy tobie się wydaje, że my jesteśmy głupie?! Czy ktokolwiek, powtarzam KTOKOLWIEK wziął pod uwagę, że ten kot mógł mieć, dajmy na to, ZAWAŁ?!
Monisia wzruszyła ramionami w geście, że się zgadza i że też chciałaby wiedzieć, czemu nikogo nie zaciekawił zawał starego chorego kota średniej wielkości.
Przemyślałem koncepcję i uznałem, że nie. Raczej nikt nie wziął tej możliwości pod uwagę.
– Nie sądzę skarbie.
– No właśnie! – zwróciła moją uwagę na tę, nie tyle szczelinę, co przypominającą Wielki Kanion, miauczącą wyrwę w teorii cząstek elementarnych.

Po czym Monisia dowodząc nieosiągalnej dla mnie elastyczności umysłu oznajmiła, że skoro już jesteśmy przy temacie eksperymentów na kotach, to ustawiła sobie w telefonie nowy pin.



Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX