#EPIZODY: O Eurowizji

12 maja 2014

O Eurowizji

Obejrzałem konkurs Eurowizji.
Rzadko zdarzało mi się oglądać, zwłaszcza, że na tle innych krajów nasi reprezentanci dawali występy tak żałosne, że wolałem sobie tego oszczędzić.
Ale nie tym razem.
– Cleo i Donatan wygrają – stwierdziły jednogłośnie Najmilsza z Monisią, po czym poszły zdjąć sprzed wejścia do budynku flagę, którą dozorca powiesił z okazji Święta Pracy, Święta Konstytucji, Dnia Zwycięstwa i Festiwalu Euorowizji za jednym zamachem, w związku z czym wymagała uprania.
Dziewczyny uprały symbol i w czasie gdy sechł – przyniosły z piwnicy klakson rowerowy, a ze sklepu czteropak piwa, słusznie licząc, że żeby namówić mnie do wspólnego przeżywania wydarzenia trzeba mi zarzucić przynętę niczym szczupakowi.
– A raczej karpiowi – powiedziała Monisia i nawet bym się obraził, gdyby nie to, że przynęta już działała, więc usiadłem do oglądania.
Pierwszy naprawdę świetny numer mieli Islandczycy, ich rockandrollowy kawałek naprawdę wpadał w ucho. 
Jeśli chodzi o „My Słowianie”... cóż. 

Albo szwankowało nagłośnienie, albo mój słuch, albo nie stać nas było na opłacenie zespołu muzycznego, albo z jakiegoś jeszcze innego powodu było to wykonanie prawie a capella. Bez instrumentów, z samym klaskaniem, jak u pewnego znanego wynalazcy kostki.
A przecież instrumenty dodawały „My Słowianom”* energii, której gdzieś tutaj zabrakło.  
Zatem  nie wróżyłem wysokiego miejsca. Nie z braku patriotyzmu, pewnie, że chciałbym usłyszeć Mazurek Dąbrowskiego na koniec, ale szanse oceniałem na niewielkie i byłby to Mazurek a capella**. 

Później wyszedł facet w kiecce i wzbudził poruszenie, co najmniej, jakby był wart poruszenia. Błędne mniemanie, że była to kobieta z brodą rozwiał komentujący program (nota bene genialnie) Artur Orzech, mówiąc, że wykonawca ma na imię Tomasz, a każe na siebie mówić Conchita. 
Spoko, ja też tak naprawdę nie mam na imię i10, od Tomasza różni mnie raptem tyle, że ja nie chodzę w sukience i rano się golę. Śpiewam mniej więcej tak jak i on, bo sęk w tym, że gość zaśpiewał w przeciętny sposób przeciętną piosenkę. 
Później wyszli Niemcy (i odtąd dla mnie to był numer jeden), a później Holendrzy (i w moim rankingu Niemcy spadli na drugie miejsce).
Zatem, gdybym ja rozdawał nagrody -  podium wyglądałoby tak: Holandia, Niemcy, Islandia. Albo Duńczycy, bo też byli świetni. 
W opinii dziewczyn powinienem się leczyć, bo Polska wygra. 
– Następnym razem, jak nie będą śpiewać unplugged – zarechotałem. – Cycki fajne, ale tu chodzi o muzykę! 

Po czym okazało się, że o cokolwiek chodzi w konkursie Eurowizji, to kurde na pewno nie o muzykę.

Pierwsze, co mnie zdziwiło – to buczenie na Białoruś, która dała dwanaście punktów Rosji. 
O co chodzi? Czy w rosyjskim zespole wystąpił Putin? Nie. Czy piosenka mówiła o tym, że dobrze jest napadać na Ukrainę? Też nie. Więc skąd buczenie? 
- Dlaczego dziesięć tysięcy zgromadzonych na sali „europejczyków” zachowuje się jak wypuszczona z gimnazjum banda chamów i prostaków? - dziwiły się dziewczyny, dziwiłem się ja i dziwił się nawet nasz pies. 

A później już poszło. 
Za każdym razem, gdy pojawiały się punkty dla Rosji – buczenie było coraz głośniejsze. Gdy na ekranie pojawiła się prezenterka tego kraju, miałem nadzieję że zrobi jedno – na koniec powie, że dwanaście punktów wędruje do Ukrainy – zamknęłoby to buczące, chamskie europejskie mordy. Niestety tego nie zrobiła. Szkoda.
W międzyczasie w programie pojawiały się przerywniki i muszę przyznać, że relacja z „muzeum Eurowizji” była świetna, ale pękaliśmy ze śmiechu, gdy prowadząca podeszła do ekipy jednego z krajów, pokazała zdjęcie knajpy i zapytała „poznajecie?”, a ekipa powiedziała, że nie. 
– To jest wasza ulubiona knajpa! – wyjaśniła prowadząca, a cały zespół pokiwał ze zrozumieniem głowami. „Aha, więc to nasza ulubiona knajpa, oczywiście!” 
– A jakbyście mogli z tej waszej ulubionej knajpy zamówić COKOLWIEK, co by to było?! – zapytała prowadząca, dając do zrozumienia, że to „cokolwiek” ma już przyszykowane i od postawienia na stole dzieli zespół tylko wymienienie nazwy. 
– Zupę byśmy zamówili! Zupę! – zakrzyknął zespół. 
Prowadząca ucieszyła się i powiedziała, że nie ma zupy. 

Jest kurczak w cieście. 
Po czym przedstawiła zespołowi właściciela knajpy, „ich dobrego znajomego” - gościa, którego najwyraźniej pierwszy raz widzieli na oczy, ale się przywitali, bo byli z dobrze wychowanego kraju, choć nie wiem jakiego.
Przypuszczam, że w całym tym zdarzeniu organizatorzy pomylili albo zespoły, albo knajpę, nieważne, grunt że było zabawnie. 


Od Niemców dostaliśmy dziesięć punktów i to było świetne. Sąsiedzi pokazali, że doceniają naszą sąsiedzkość, mimo, że nasza piosenka nie zabrzmiała tak, jak powinna. Miły gest, szkoda, że nie odwdzięczyliśmy się takim samym, tym bardziej, że jak wspominałem niemiecki utwór był moim zdaniem jednym z najlepszych.

A później okazało się, że konkurs Eurowizji nie ma związku z muzyką, bo wygrała przeciętna piosenka, przeciętnie zaśpiewana przez gościa w sukience. 

Najmilsza z Monisią obraziły się na mnie, na telewizję, na Europę i powiedziały, że do takiej Europy, to im nie bardzo po drodze.

Zgodziłem się z nimi i poszedłem wywiesić upraną flagę na miejsce. 

Jak co roku będzie tam wisieć do czerwcowych imienin dozorcy.



 -------------------------------------------------------

"Stare" udostępnianie powinno już działać, moglibyście sprawdzić? :D


Follow my blog with Bloglovin
Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX