#EPIZODY: O córce

O córce

Przeszłość


Poprzedni wpis o wizycie w więzieniu wywołał wiele komentarzy. Komentujących nie zaskoczyła informacja, że rozmawiałem z zabójczyniami, nie byli też zdziwieni młodym wiekiem moich rozmówczyń, nie załamywali rąk nad trudnościami czekającymi osoby, które postanowiłyby opuścić więzienie po angielsku.
Szokująca okazała się wiadomość, że mam córkę.
Wynika to moim zdaniem z powszechnego przekonania, że blogowanie wywołuje bezpłodność i mężczyźni parający się tym zajęciem nie mogą cieszyć się radością jaką niesie zmienianie dziecięcych pieluch.

I to jest prawda. Rzeczywiście, blogowanie wywołuje bezpłodność. W tym sensie, że jeśli bloger siedzi wyłącznie przed komputerem i nie robi... czynności prowadzących do posiadania dzieci – to ich nie posiada. Albo posiada, ale są to dzieci podobne do kogoś całkiem innego niż ten bloger. Do jakiegoś nieblogera.

Oczywiście można założyć bloga tuż po narodzinach potomka. Blogi takie nazywają się parentingowe (bo do zrobienia potomka trzeba pary) i cieszą się niezwykłą, kompletnie pozbawioną uzasadnienia popularnością.

Tak się jednak składa, że o potomku, a raczej potomkini pomyślałem wcześniej i choćby mi kolejnych miało nie przybyć – #Epizody mogą stać się blogiem parentingowym kiedy tylko mi się zechce.

Jednak, gdy tak się stanie, nie będę pisał o pieluchach, zabawkach usypiających dziecko, kocykach, kucykach i o tym czy lepiej pomalować pokoik dziecięcy na niebiesko czy na krwawoczerwony i w jakim wieku dziecku należy ozdobić sufit pentagramem oraz wizerunkiem Szatana.
Jeśli mój blog będzie parentingowy - to w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Będę pisał o marihuanie, piercingu, broni półautomatycznej i sposobach na radzenie sobie z terroryzmem.
Dlatego, że moja córka chodzi do gimnazjum. Miejsca, w którym dzieci się tych wszystkich rzeczy uczą.

I tak się składa, że być może, ale tylko być może, będzie możliwość, żeby ze mną zamieszkała.

Nie wnikając w szczegóły – podczas rozwodu z... współautorką córki - sąd, nie bardzo wiadomo czym się kierując, w wielkiej swej sądowej mądrości zdecydował o pozostawieniu naszego wspólnego dzieła pod opieką... współautorki. Z tego powodu i ze względu na dzielącą nas odległość przez ostatnie lata kontakt między nami był nieciągły, nad czym ubolewaliśmy.
Chodzi mi o kontakt między mną a córką, ponieważ brak kontaktu między mną a... współautorką jest codziennym źródłem mojego niebywałego szczęścia i doskonałego samopoczucia. Codziennie wstaję i się cieszę.

Takoż rok temu moje kochanie doszło do wniosku, że rozwód jej rodziców nie był tak całkiem pozbawiony sensu i że ona chciałaby tak samo.
Chciałaby mianowicie zostawić swoją matkę (która jest tylko jedna) i wieść normalne życie nastolatki u boku ojca, czyli mnie.
Miałem podobne przemyślenia.
Wspólnie przedstawiliśmy ten pomysł...współautorce, na co ta oświadczyła, że po jej trupie.
Dzień później okazało się, że nasze dziecko (moje i współautorki) nie rozumie pojęcia przenośni, oraz że wbrew temu co pokazuje telewizja, jedynym skutkiem wrzucenia suszarki do wanny kąpiącej się osoby jest zepsucie suszarki.
Mimo to, po wyschnięciu współautorka nadal upierała się, że miejscem, w którym dziecko powinno spędzać czas jest jej piwnica i że bez zmiany wyroku sądu ona tego dziecka pod moją opiekę nie przekaże.
– A ty, <przekleństwo>  jesteś bezrobotny i10, więc <przekleństwo> prędzej <przekleństwo><przekleństwo będące czasownikiem zwrotnym> niż sąd da ci opiekę <przekleństwo> nad moją córką <przekleństwo>.

Jej córką, rozumiecie.
W każdym razie miała rację, o czym poinformował mnie pierwszy adwokat, do którego poszedłem (przy czym użył znacznie mniejszej ilości <przekleństw>), a także drugi i trzeci, więc dałem sobie spokój z chodzeniem do adwokatów.
Jednak okazało się, że moje dziecko posiada dar przekonywania większy ode mnie, bo jakiś miesiąc temu udało się jej nakłonić matkę do zmiany decyzji. Nawet nie pytam w jaki sposób to zrobiła. Dzięki temu nikt mnie nie oskarży o współudział.

Tak więc niedawno Była Żona zadzwoniła i powiedziała, że pozwoli mi zabrać córkę bez czekania na wyrok, pod jednym wszak warunkiem.
– Że <przekleństwo> znajdziesz i wynajmiesz sobie <przekleństwo> mieszkanie. Bez nikogo, żebyście <przekleństwo> mieszkali z Różą* sami. <kilka przekleństw w tym jedno, którego nie znałem>**.

Czasy współczesne


– ...no i obiecałem że znajdę i wynajmę – powiedziałem do Najmilszej. 
Po czym zauważyłem, że kobiety, którym próbuję coś wytłumaczyć zaczynają nadużywać przekleństw.
Ale po dłuższej rozmowie Najmilsza zgodziła się, że faktycznie, skoro Róża jest moją córką i mogę zrobić coś, żeby się nią zająć, powinienem to zrobić.
– ...bo zależy ci bardziej na niej niż na mnie – skończyła.

Kolejnych kilka godzin poświęciłem na tłumaczenie, że porównywanie „na kim mi zależy bardziej” jest pozbawione sensu, bo miłość do dziecka to całkiem co innego niż miłość do kobiety. A na koniec, osiągnąwszy absolutną pewność, że w żadnym momencie nie zostałem zrozumiany – zacząłem szukać mieszkania.

Nie mając przy tym pewności czy cokolwiek z tego wyjdzie, bo zmiana zdania w ważnych sprawach bez podania przyczyn była drugim z powodów mojego rozwodu. Czyli może się okazać, że wynajmę mieszkanie, po czym wyjdzie, że Była Żona się rozmyśliła.

Ale jeśli nie wynajmę – w ogóle nie będzie takiej szansy, zatem zabrałem się do rzeczy.

Po pierwsze musiało to być mieszkanie tanie. 
Po drugie – nadające się do zamieszkania przez faceta pozbawionego potrzeb i nastolatkę z potrzebami jakie miewają gwiazdy amerykańskiego kina akcji, muzycy rockowi gdy im odbije po zjedzeniu  nadmiernej ilości grzybów i Edyta Górniak.
– Nie tato, dziura w ziemi to nie ubikacja – narzekała latorośl po zapoznaniu się z wynalezionymi przeze mnie ofertami. – I ubikacja nie może być „w pobliskiej restauracji”. Nawet tego nie oglądaj.
Mieszkania „w gołębniku” i „w lepiance” odrzuciłem sam. Do ogłoszeń pod wspólnym tytułem „dziura w ziemi” prawie nikt nie zagląda, dlatego ofertodawcy umieszczają je w kategorii „małe” i „bez wygód”, trzeba oglądać zdjęcia i jeśli przedstawiają mnóstwo piachu – można darować sobie oglądanie.

Pojechałem oglądać trzy. Jedno na Widzewie – w sumie fajne i niedrogie, ale właściciel nie był pewien, czy nie zostanie któregoś dnia zaczepione za lokomotywą i nie odjedzie, więc nie wynająłem. Drugie było w centrum. Wygonił mnie z niego zapach gazu.
– Panie, ulatnia się bo zawsze się ulatniało, wystarczy nie palić papierosów – właścicielka zachęciła mnie do rzucenia  palenia i zniechęciła do wynajęcia.
Trzecim mieszkaniem był "ustronny bungalow", który okazał się być położoną na działkach szopą z narzędziami. 
W połowie drogi między Łodzią a stolicą. Egiptu.
Natomiast lokum, które wynająłem  załatwiła Monisia. Powiedziała, że to bardzo dobry pomysł, żebym zamieszkał z córką, podzwoniła w parę miejsc i znalazła.
Mieszkanie należy do jakiegoś znajomego, który według jej słów „wyjechał i nie wiadomo kiedy wróci”. W opowieści o znajomym pojawiają się słowa "tanio", "dość luźne terminy", ale także "wyrok" i "list gończy", więc czułem się niepewnie. Niepotrzebnie - mieszkanie jest własnością babci tego znajomego, kobiety  sympatycznej, z niegroźną fobią, bo podczas rozmowy ze dwadzieścia razy upewniała się, czy nie wywołam "pożaru, w którym wszyscy spłoną".
Zapewniłem, że nie i że na wszelki wypadek kupię gaśnicę.

Opłaty faktycznie niewielkie, bo mieszkanie jest zrujnowane, ale z moimi umiejętnościami to się zmieni.
Poza tym mam blisko do Najmilszej, ponieważ ruina zlokalizowana jest na Stokach.

Biorę się za remont i za modlitwę, żeby wszystko poszło po mojej myśli.
A jeśli Róża zamieszka ze mną – wpisy na blogu będą znacznie częściej – to dziecko jest dużo, dużo bardziej zwariowane ode mnie!

W pozytywnym tego słowa znaczeniu. 












Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX