#EPIZODY: O tym, jak podnieść wartość samochodu

O tym, jak podnieść wartość samochodu

Mam z Polską pewien układ.

W moim imieniu zawarł go mój prapra*pradziadek o węgierskim imieniu Hugo.
Hugo wie czemu (albo i nie, bo nie żyje, świeć Panie nad jego duszą), pewnego dnia usiadł i napisał umowę między Polską a jej mieszkańcami. Pragnął wprowadzić ją w życie pierwszego maja, ale akurat wypadała niedziela, zaś drugiego Hugo był już umówiony na piwo z kolegami z podstawówki, przy czym warto pamiętać, że choć wtedy spotkanie się z kilkoma przyjaciółmi na raz graniczyło z cudem, tak jak i dzisiaj, to jednak przyczyną tego nie był Internet, lecz jego brak. Ówczesny tweet był żywy i nie było pewne, czy po drodze nie zostanie zeżarty przez jakiegoś białego orła lub lisa**.

I dlatego podpisanie umowy nastąpiło trzeciego, we wtorek.

Układ miał obowiązywać wszystkich, którzy urodzą się w Polsce, od momentu gdy się urodzą.
Ze względu na to, że moi przodkowie od zawsze cierpieli na jakiś genetyczny lęk przed podróżowaniem, bo syn Hugo się nie wyprowadził, nie wyprowadził się też syn jego syna, nie emigrował żaden z moich przodków, ani nigdzie się nie wybiera piszący te słowa - kolejne umowy zaczynały obowiązywać nas wszystkich od momentu urodzenia. 
Aż sytuacja nawarstwiła się do tego stopnia, że pojawiłem się ja – osobnik, którego z racji przyjścia na świat w konkretnej szerokości i długości geograficznej obowiązuje właśnie polska konstytucja a nie jakaś na przykład ukraińska. 

Jest to umowa dwustronna. Z jednej strony ja mam obowiązki wobec państwa, z drugiej zaś, ono też musi mnie od czasu do czasu posmyrać po plecach.
A jakoś nie smyra.

Najprostszy przykład: mam obowiązek dbania o środowisko.
Dbam, nawet bardzo dbam. Często środowisko przytulam, głaszczę, karmię i czasem wyprowadzam na spacer, a czasem wyprowadza je Najmilsza.
W zamian to państwo miało mnie nie poddawać eksperymentom naukowym bez mojej zgody. Jednak poddaje. Przeprowadza na mnie całe mnóstwo badań psychologicznych, społecznych i ekonomicznych, sprawdzając na przykład, o ile można mi przesunąć wiek emerytalny zanim się wkurwię,  albo jaki ma wpływ natężenie bólu zęba na chęć skorzystania z publicznej służby zdrowia.

No ale trudno, nie przestanę dbać o środowisko. Ni stąd, ni zowąd. Nie dlatego, że wkurzyłbym państwo, tylko Najmilszą.

Układ jest zresztą niedotrzymywany w wielu innych kwestiach, bo państwo – korzystając z tego, że jeszcze nie było mnie na świecie, a moi przodkowie mieli to gdzieś – chytrze wprowadziło do naszej umowy coś o nazwie „obowiązek przestrzegania praw”.
Coś jak „a moim trzecim życzeniem jest mieć kolejne trzy”.
I voila! – dzięki temu punktowi każda dyrdymała jaką państwo wymyśli i nazwie „obowiązkiem” staje się kolejną rzeczą, do którego muszę się stosować.
Jak na przykład do obowiązku odśnieżania samochodu, obowiązku płacenia abonamentu za możliwość oglądania programów, których nie mam ochoty oglądać, obowiązku składania na głupich drukach jeszcze głupszych deklaracji, czy do obowiązku strzeżenia się pociągu.

Jednak mimo niechęci – obowiązek „przestrzegania nowych obowiązków” staram się wypełniać, z lepszym lub gorszym skutkiem***.
Stulta lex – sed lex.
W zamian za to państwo zobowiązało się zapewnić mi „bezpieczne i higieniczne warunki pracy”, zapewne przysyłając sanepid. Nie mam żadnej pracy, więc nie mogę sprawdzić, czy jest ona bezpieczna i higieniczna, muszę więc zakładać, że gdybym miał - to by mi zapewniło.

Jeśli jakichś konstytucyjnych obowiązków nie spełniam, bo chwilowo nie trzeba, to jestem gotów je spełnić, gdy tylko się pojawią.
Gdyby dajmy na to wystąpiła konieczność, żebym stanął w obronie państwa napadniętego przez inne państwo – przekuję kosę na sztorc, a Zmorę nauczę podkładać miny pod czołgi.
Uczynię tak z nadzieją, że kule najpierw trafią w puste łby polityków, którzy prowadzą naszą dyplomację, a w moją i Zmory później – tak byłoby uczciwie i poczułbym, że jest jakaś sprawiedliwość na tym świecie.
Akurat w konstytucji jej nie ma. Nic nie mówi o tym, kto pierwszy zginie, tylko o tym, że w zamian za „bagnet na broń” państwo zapewni mi wolność pokojowych zgromadzeń.
Czego oczywiście nie zapewnia. Gdy nie dalej jak dwa tygodnie temu zgromadziliśmy się z sąsiadem na ławce w parku, to pół godziny poświęciliśmy na zapewnianie, że nasze zgromadzenie jest tak bardzo pokojowe, że nie tylko poszło do parku, ale i rozmawia przyciszonym głosem, żeby nie płoszyć wiewiórek i siedzącego w krzakach jeża, bo to przecież natura. Po czym państwo poświeciło latarką w krzaki, przestraszyło naturę i wlepiło nam mandat.

No i jest jeszcze płacenie podatków.

Z którym się akurat zgadzam.
Do tego stopnia, że postanowiłem, odprowadzić podatek jeśli tylko na blogu pojawią się reklamy, za które wezmę pieniądze!
Więc pierwsza reklama pojawi się jutro. Jej treść będzie, mam nadzieję, zaskakująca, ale nie w tym rzecz. Zmierzam do tego, że jeśli mam od niej odprowadzić podatek, najpierw trzeba zawrzeć umowę. Jaką? O dzieło.

– Bezrobotni nie mogą zawierać umów o dzieło – oświadczyła pracownica Powiatowego Urzędu Pracy w Łodzi, do której zadzwoniłem zasięgnąć języka – ani żadnych innych umów!
– Jak to nie mogą? – poczułem zaniepokojenie wizją dożywotniego bezrobocia. – To w jaki sposób mam przestać być bezrobotny?!
– Najpierw musi się pan wyrejestrować.

No dobra, w czwartek skoro świt wsiadłem w Zielonego Mściciela i koło czternastej dotarłem do siedziby instytucji, która zajmuje się wytwarzaniem w ludziach wrażenia, że służy do czegoś innego, niż załatwianie mi ubezpieczenia.
Późno dotarłem, bo na Pomorskiej, tuż za zakładem szewskim, w Mścicielu szlag trafił linkę od sprzęgła. Szczęście w nieszczęściu, że strzeliła nieszczególnie daleko od sklepu z częściami. Koszt linki – trzy dychy.
Za to nowe przekleństwa, jakich nauczył się ode mnie szewc, były – jak mi sam powiedział – bezcenne.
Kląłem koreańskiego projektanta, który zdecydował o umieszczeniu zawleczki na zaczepie sprzęgła, w taki sposób, żeby nie dało się jej zdjąć, ani założyć osobie bez dyplomu z proktologii.
Darowałem sobie zawleczkę, i tak zamontowanie nowej linki znacząco podniosło wartość... pojazdu. No i wychodzi, że można jeździć bez zawleczki, jakoś do Urzędu dotarłem.

– A co pan taki brudny? – na wejściu, jak się okazuje, zatrudniono ekipę przeprowadzającą selekcję. Bezrobotnych bez krawata i w trampkach nie wpuszczają. I w dresach też nie. Wiedziałem o tym wcześniej, bo informację tę znalazłem na stronie internetowej Urzędu, ale o czystych rękach nic nie było napisane. „Bo czyste ręce powinny być zrozumiałe same z siebie” – pomyślałem.
– Samochód się zepsuł – wskazałem parking – puściła instalacja podtlenku. Eee... w turbo. Ręce umyję w środku.
Selekcjonerka machnęła ręką, że mogę wejść, a ochroniarze rozstąpili się kierując lufy karabinów ku znajdującemu się na ziemi pozłacanemu napisowi „Porzućcie wszelką nadzieję wy, którzy tu wchodzicie”.

– Pracuje pan? – pół godziny później, gdy nadeszła moja kolej, młoda urzędniczka, chyba stażystka, spoglądała na mnie groźnym wzrokiem. Akurat gapiłem się na jej fryzurę sprawiającą wyrażenie modelowanej przy pomocy wielogodzinnego czołgania się przez chaszcze i zasieki. Tyłem.
– Słucham?
– Pytałam, czy pan pracuje?
– No właśnie jeszcze nie.
– A to skąd się wzięło? – wskazała na wierzch mojej prawej dłoni, z której nie udało się zmyć śladów walki z linką sprzęgła, bo łazienka Urzędu Pracy nie jest zaopatrzona ani w ług, ani w benzynę ekstrakcyjną, ani nawet w zwykły rozpuszczalnik. W mydło też nie.
– Samochód. Podtlenek. Turbo – konsekwentnie trzymałem się legendy, przecież nie wiadomo czy panna Walnął-mnie-piorun nie ma łączności ze stanowiskiem selekcjonerów.
– Dobrze – rozparła się na krześle, a z jej głowy rozległo się metaliczne zgrzytnięcie, pewnie zaplątany drut kolczasty – czego tu?
– Jestem u was zarejestrowany i chcę podpisać umowę o dzieło.
– Musi się pan wyrejestrować.
– Chcę się wyrejestrować.
– Rozumiem. Czemu chce się pan wyrejestrować?
– Bo chcę podpisać umowę o dzieło.
– Rozumiem – jej wzrok mówił mi, że nic nie zrozumiała.
– Chcę się wyrejestrować na tydzień – dopowiedziałem. – A gdy tylko dokonam dzieła i umowa się skończy, zarejestruję się ponownie.
– Jakiego dzieła?
– Tego, które będzie na umowie.
Westchnięciem dała mi do zrozumienia, że słuchanie mojego marudzenia nie jest tym, czym chciała się akurat zajmować.
– Niech da dowód i tą umowę.
Podałem dowód.
– Nie mam umowy, chcę ją podpisać jutro.
Spojrzała na mnie jakbym wyznał, że to ja straszę w łódzkim ZOO żyrafy.
– Żeby się wyrejestrować, musi pan... – odsunęła mój dowód od siebie – ...przynieść umowę.
– Najpierw chcę się wyrejestrować, później podpisać umowę.
– Nie. Wyrejestrowanie tylko z umową.
– A nie mogę – podrapałem się po brodzie – bez podawania powodu? Że po prostu nie chcę być zarejestrowany i już?
– Można na własne żądanie.
– O właśnie! O coś takiego mi chodzi.
– Ale przecież będzie pan miał umowę.
– Nie szkodzi, chcę na własne żądanie.
– A tak się, panie... – podniosła szklankę i przy jej pomocy przysunęła sobie z powrotem mój dowód osobisty, popatrzyła nań – ...i10 nie da, ponieważ ja WIEM, że pan będzie miał umowę!
– No to co?
– No i ja napiszę notatkę, że pan poinformował, że ma umowę, a w oświadczeniu napisał, że nie ma umowy – złośliwa pani Pochyliłam-się-nad-pracującym-mikserem wyjęła z szuflady i położyła przede mną druk.
Przeczytałem. Miałem „oświadczyć, że podjąłem pracę”.
– Droga pani, nie mam umowy, dopiero zamierzam ją podpisać. Jutro.
– To pan przyjedzie, jak będzie miał, ma siedem dni na przyniesienie umowy – siorbnęła kawę z satysfakcją i pstryknięciem odesłała dowód osobisty na moją część stołu – od jutra. A teraz się pan nie wyrejestruje!

Jak będę miał umowę, to w ciągu siedmiu dni ją zaniosę. Chcę przestrzegać prawa. Ale gdy tylko będę wiedział, jak to prawo w zgodzie z jego literą wykorzystywać – wykorzystam i informacje te podam na blogu.

Jeśli w tym celu trzeba będzie płacić ZUS w innym państwie - tak zrobię. Pasowałoby w Nigerii, od paru miesięcy prowadzę korespondencję z ich królem. I co najważniejsze - on twierdzi, że nie mają konstytucji, mógłbym im pomóc napisać!




Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX