#EPIZODY: O sesji zdjęciowej

20 kwietnia 2014

O sesji zdjęciowej

Kluczem do osiągnięcia przez Monisię sukcesu był zakup chrupek. Chrupki działały odchudzająco albo odmóżdżająco, w każdym razie po ich nabyciu wystarczyło wysłać SMS-a o treści „chrupki cośtam tuwstawswojeimię”, aby wziąć udział w Losowaniu Głównej Nagrody.
SMS kosztował mnóstwo pieniędzy, a powodem, dla którego sądzę, że chrupki raczej robiły coś nie tak z głową był fakt, że Monisia zdecydowała się sprawdzić czy się uda.

No i wygrała!



– Zobacz i10, do czego człowiek może dojść, jak się... – podała mi telefon – ..postara.
Z powątpiewaniem spojrzałem na wyświetlacz. 
Pierwszą rzeczą, jaka rzuciła mi się w oczy, była dydnająca na rzemyku zawieszka w kształcie zajączka z nienaturalnie dużymi jajami.
Drugą była treść wiadomości:
„Witaj Tuwstawswojeimię, gratulujemy wygranej!”
Uzyskawszy infromację, że imię napisała dla zgrywy przewinąłem dalej.
W dalszej treści SMS informował, że w celu odebrania wygranej należy wysłać kolejnego SMS-a.
Zwróciłem telefon i uwagę na ten fakt, bo może nie doczytała, podzieliłem się opinią, że są sensowniejsze sposoby wydawania pieniędzy (podając jako przykład wyrzucenie ich przez okno) i wróciłem do oglądania na Youtube filmu o tym, jak w mniej niż tydzień zrobic deskę do krojenia. 

Ponieważ kobiety w rodzinie Najmilszej znane są z upartości, bezsensownego stawiania na swoim i kompletnego braku respektu dla cudzych rad – Monisia mnie nie posłuchała i wysyłając SMS-a wetknęła metaforycznemu psu w metaforyczną dupę kolejną, bardzo rzeczywistą kasę (plus VAT). 

Dzięki czemu piętnaście minut później wygrała Główną Nagrodę.
Wstydziłem się trzy godziny i sześć minut, bo dopiero po takim czasie rozmów o „osobach, które nigdy nic nie osiągnęły i zajmują się przeszkadzaniem innym” Monisia z Najmilszą wspomniały, że Główną Nagrodą jest udział w sesji zdjęciowej.
– Jako kto?
– Jak to kto? Jako MODELKA! – wysyczała mi w twarz Najmilsza, co jej nie bardzo wyszło, bo słowo "modelka" jest prawie tak trudne do wysyczenia jak "ornitolog".
– Wygrałaś... zdjęcie? – zainteresowałem się. – Ty, ile właściwie wydałaś na te SMS-y? 

Wytłumaczyły mi, że tylko idiota nie wie, że zdjęcie i sesja zdjęciowa to dwie różne rzeczy, a co najważniejsze – ostateczny rezultat ukaże się w znanym i cenionym ogólnopolskim piśmie dla kobiet „GALA RETA”*
– Co będzie w tym piśmie? – zapytałem uprzejmie.
– ZDOERWBREESI! – wykrzyknęły jednocześnie**.
– Powiadasz... – odchrząknąłem – ...wygrałaś zdjęcie? To ile wydałaś na SMS-y?

Dzień później Monisia przyszła z wiadomością, że aby wziąć udział w sesji - trzeba jechać do Warszawy. Znany Wszystkim Oprócz Mnie Fotograf nie wystawia z niej bowiem nosa podobno wyznając przesąd, że robienie zdjęć w odległości większej niż dwadzieścia kilometrów od Pałacu Kultury i Nauki, przynosi pecha. 
I informacja numer dwa – Monisia mogła zabrać osobę towarzyszącą. 
Nietrudno zgadnąć kogo wybrała.
Po czym obie doszły do wniosku, że to ja mam je do Warszawy zawieźć. 

A mi to akurat bardzo pasowało...

W tym tygodniu miałem się tam właśnie spotkać z kandydatką na europosła. Prawdziwą, żywą kandydatką, która jakiś czas temu napisała maila, że czyta bloga, że lubi bloga i że blog jej sie podoba, w związku z czym pragnie na blogu zamieścić ogłoszenie wyborcze.
Chciałem ją poznać, porozmawiać i ustalić, czy rozumie, że ogłoszenia zamieszczone na #Epizodach nie są... typowe i trafiają do ludzi, z którymi lepiej nie żartować. 
Wstawiajęc wodę na kawę zadzwoniłem więc do kandydatki. Środa w Warszawie pasowała. Przy okazji miałem poznać szefa partii, pragącej zawładnąć Brukselą przy pomocy kandydatki i mojego bloga.

– Monisiu – skrzywiłem się rozpoczynając przemowę po powrocie do pokoju – nie planowałem wyjazdu...
– i10, wiesz czemu masz duży nos? – przerwała mi Najmilsza – od tego twojego kłamania. Wiemy, że masz jechać do Warszawy.
Spojrzałem na nią wzrokiem wyciszającym dźwięk.
– ...nie planowałem wyjazdu z wami, bo z tyłu mam deski.
Spojrzały na siebie, potem na mnie. W ich wzroku dostrzegłem, że mogę kontynuować, ale stąpam po cienkiej linii i lepiej dla mnie, żeby „deski” nie były ostatnim słowem mojej wypowiedzi.
–...więc gdybym je wyjął, albo lepiej dam wam klucze i wy je zaniesiecie...
Ale już po „wyjął” Monisia się ucieszyła i podziękowała.
Najmilszej.

Takoż w środę o świcie zapakowaliśmy się do pojazdu odmienionego dzięki naprawie sprzęgła do tego stopnia, że zasługującego na ponowne nazywanie go Matizem (jednak nie na tyle, żeby zacząć nazywać go samochodem). 
Ponieważ zabieraliśmy psa, przed wyruszeniem dziewczyny przeprowadziły ożywioną dyskusję na temat rozlokowania wewnątrz pojazdu – Monisia z przodu, Zmora z Najmilszą z tyłu? Zmora z przodu, Najmilsza z Monisią z tyłu? Zmora kieruje, ja w bagażniku, Monisia na dachu? 
Po kilku minutach bezsensownych dyskusji o tym kto i co powiedział, zgodziłem się wyjąć i znieść do piwnicy leżące na tylnym siedzeniu deski. Może ich sesja zdjęciowa nie była ważna, ale ja miałem poważne spotkanie z poważną osobą. Najmilsza usiadła z przodu, Monisia z tyłu, a Zmora u mnie na kolanach. Oddałem ją Monisi, lizanie po twarzy nie pozwala mi się skupić na prowadzeniu. A przez Zmorę to już całkiem, bo trzeba się oganiać jak od... Zmory, tego nie da się porównać.

Opisywanie drogi do stolicy nie ma sensu. Kilometry autostrady wypełnione dźwiękami wydawanymi przez Matiza, dziewczyny i - od czasu do czasu, gdy mijaliśmy leśnego ssaka - Zmorę. 

Najpierw podrzuciłem dziewczyny pod Studio Zdjęciowe „Inspiracjum To Podstawum”, które ku mojemu zdziwieniu okazało się prawdziwe. 

Przed wejściem stała... osoba*** trzymająca na rękach wielkiego spasionego szczura, który na widok Zmory zaszczekał, więc ona nie pozostała mu dłużna, i choć nie rozumiem języka psów, to jestem pewien, że szczur miał nad czym się zastanawiać.
– Zabiorę Zmorę, żeby to... – wskazałem palcem – jej nie pogryzło. Kandydatce nie będzie przeszkadzać.
Wziąłem od Najmilszej smycz, życzyłem powodzenia, pokazałem palcami znak zwycięstwa, prośbę o podwiezienie na koncert rockowy, wielkość pięciozłotówki, a po niej zrobiłem zająca, ale mi nie wyszedł, bo Zmora zaczęła się szarpać próbując podczołgać się do szczura. Odchodząc zrobiłem reką „niech drży zgniły kapitalizm” (w krajach zgniłego kapitalizmu znany jako "uchwyt w metrze") i pojechałem załatwiać swoje sprawy.

Które poszły z górki.
Kandydatka okazała się mieć do powiedzenia ciekawe rzeczy, podobne do mojego poczucie humoru, trzeźwe, nie spaczone przez politykę osądy i ciekawe pomysły. Nie wszystkie, ale ona też nie wszystkie poparła. Na przykład była zdania, że legalizacja strzelania do polityków niczego nie zmieni.
Interesowało ją też jaka część historii z bloga jest prawdziwa, więc jej powiedziałem; mnie interesowało kto zabił Kennedyego, więc też mi powiedziała. 
Ustaliliśmy cenę za baner. Będzie musiała zapłacić za niego z własnej kandydackiej kieszeni – zgodziłem się obniżyć żądania do miliarda złotych, dodając warunek, że jeśli uda jej się dostać do europarlamentu - w pierwszym ogólnopolskim wywiadzie podziękuje Czytelnikom #Epizodów.
Przez cały ten czas Zmora siedziała kandydatce na kolanach i lizała ją po europarlamentarnej twarzy, a trzeba wiedzieć, że Zmora byle kogo nie liże. Oprócz mnie i rodziny Najmilszej – zaszczytu tego dostępuje jedynie pan Zdzichu – lokalny zbieracz surowców wtórnych ze Stoków.
A później przyszedł szef partii kandydatki, miły człowiek z interesującym spojrzeniem na świat, szkoda, że rudy.

W sumie spotkanie trwało może dwie godziny.

Parkując ponownie przy studio**** zauważyłem dwie rzeczy. Obiema potrząsała Monisia przed nosem jakiejś staruszki i sądząc ze sposobu poruszania się monisinej postaci – staruszka miała przejebane. Podjechałem bliżej i zgasiłem silnik, dzięki czemu w scenie pojawił się dźwięk.
– Widzisz te kolory? Widzisz? – rzekła Monisia, a jej rzeknięcie z prędkością dźwięku dotarło do mnie sekundę później mijając po drodze fontannę, żywopłot, na którym pojawiały się pierwsze zielone listki zapowiadające wiosnę, poza tym zasieki, ulicę, przejście dla pieszych, rzekę, chyba Wisłę i szybę Matiza.***** – I że ja mam to nosić przy ŻÓŁTYCH BUTACH? POJEBAŁO ICH!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! – dodała nieco głośniej. Wyglądała na zdenerwowaną.

Podchodząc bliżej spostrzegłem, że pierwszą z rzeczy jest pomarańczowa torebka. Zaś staruszka okazała się rzeźbą zabytkowego stojaka fotograficznego, za którą siedziała Najmilsza.
– No – powiedziała. – Będziesz wyglądać jak kanarek.
– i10, zobacz jak mnie ubrali – spostrzegłszy mnie Monisia potrząsnęła drugą z rzeczy. Rybacką siecią.
– No nie bardzo – oceniłem, ale nie ze względu na kolory, tylko na fakt, że bardzo obszerny strój skutecznie maskował kształty których maskować nie należało. – Mogę zrobić zdjęcie? 
– Bardzo śmieszne. Daj fajkę.
– Co to jest? – sięgając do spodni wskazałem sieć. W ostatniej chwili przypomniałem sobie, że w kurtce mam paczkę kupionych na rynku Leninów. Wyjąłem je.
– Spodnium, daj swojego - odsunęła Leniny - tego się palić nie da.
– Będzie ci pasować do bluzum – zaśmiałem się – i do butum. – Ponownie podsunąłem pudełko z czerwoną gwiazdą. – O ile pamiętam bardzo mi je ostatnio polecałaś.
– Tobie i10, tobie. Przecież ja nie będę tego palić. Daj, nie bądź żyła. 
Z budynku wyszedł chłopak może piętnastoletni z początkami zarostu i końcówką trądu na twarzy, fryzurą irokeza na głowie i w butach Charliego Chaplina. Widząc go Zmora rozdziawiła mordę.
– Lubutin – powiedział chłopak.
– i10 – odpowiedziałem.
– Nie, nie – spostrzegłszy paczkę w moich rękach, wyjął papierośnicę z nieoheblowanej sosny i podsunął między mnie a Monisię. – Ja jestem Maxilio. Buty Lubutin – pokazał na swoje stopy. – Dwa tysiące. – Wzrokiem wskazał papierośnicę, w której wszystkie papierosy były kolorowe – a to są Sobranie.
Tyle kasy za buty? Gość pewnie myśli, że są jadalne. Za dużo się naoglądał „Gorączki Złota”. 
– Nie, dzięki... – wystukałem ruskie dziadostwo z paczki – ...nie kupię, noszę trampki. – Wzrokiem wskazałem paczkę z czerwoną gwiazdą i wysunąłem zachęcająco w jego stronę. – Napromieniowane.

Nie skusił się, Monisia wzięła od niego, mi już nie wypadało inaczej – przypaliłem ruskiego odbieracza oddechu, po czym Monisia nas przedstawiła. Okazało się, że chłopak jest tym znanym niewyjeżdżającym z Warszawy fotografem albo jego pomocnikiem, niestety nie dosłyszałem, bo pod pretekstem konieczności powrotu po coś do samochodu, przeprosiłem i poszedłem się wykaszleć.

Łatwo można było rozpoznać modelki uczestniczące w sesji. Wchodząc do studia najpierw trzeba było minąć zagrodę oznaczoną "modelki z otufitem". Stało w niej około sześciu zdyscyplinowanych cierpiących na tę rzadką przypadłość kobiet. Dwie inne siedziały przed lustrem. Pewnie zdrowe. Reszta towarzystwa snuła się po wielkim atelier. Wśród snujących się zauważyłem Monisię z Najmilszą. Nie stały z innymi, pewnie się bały zarazić. 
– Długo to potrwa? - podszedłem do nich.
– Zależy – odpowiedziała Najmilsza – chcą Monisi zrobić brązowy makijaż.
Monisia się zaśmiała.
– Rozumiesz i10? Brązowy! 
Na te słowa od stojącej opodal grupki oderwała się dziewczyna w czarnym worku i podeszła. Naprawdę miała na sobie czarny worek. Czarny worek, czarne spodnie, czarny kapelusz, czarne buty i biały zegar ścienny na ręku. Wyciągnęła do mnie rękę z zegarem.
– Michael Kors – przedstawiła się.
– i10.
– Zegarek Michael Kors, tysiąc osiemset. Ja jestem Michalinna przez dwa „n”.
– i10, przez jedno zero.
– Pani Tuwstawswojeimię – Michalinna zwróciła się do Monisi – brązowy kolor został dla pani wybrany przez Znaną Wizażystkę. Przecież wszyscy wiemy komu ona robi makijaż!
– Ja nie wiem – zainteresowałem się.
Rozmówczynie spojrzały na mnie jakbym oświadczył, że zmieniłem orientację seksualną. Chociaż nie, sądząc po błąkającym się wokół towarzystwie, musiałbym zostać dendrofilem, żeby to kogoś zdziwiło, a i to nic pewnego, gość pod ścianą miał wplecione we włosy jakieś liście. Powiedzmy, że spojrzały na mnie jakbym oświadczył, że nie wiem komu robi makijaż Znana Wizażystka. Tego spojrzenia nie da się porównać z żadnym innym. 
Wzruszyłem ramionami i poszedłem obejrzeć Studio.

Pod ścianą stał wielki, suto zastawiony stół. Podszedłem do niego.
– Zjadłbym coś – odezwał się głos za moimi plecami – ale nie ufam temu cateringowi.
Obejrzałem się. Znowu pryszczaty piętnastolatek.
– Czemu?
– Co czemu?
– Czemu nie ufasz temu cateringowi?
Przyjrzał mi się jakbym zapytał o coś głupiego i odszedł.
Centralną część stołu zajmowała waza z zupą. Wiedziałem, że to zupa, bo o wazę oparta była karteczka o treści „zupa”. Dalsza treść karteczki była jednak bez sensu. Kto chciałby jeść zupę pomidorowo-pomarańczową? Powąchałem i postanowiłem, że też nie będę ufał temu cateringowi.

Tymczasem w centralnej części studia rozgorzała dyskusja na temat makijażu. Do protestującej Monisi dołączyły inne „modelki”, też niezadowolone z pracy Znanej Wizażystki. 
A tą okazała się... osoba o nieustalonej płci spacerująca rano ze szczurem. Tym razem bez szczura. Stanęła na środku.
– Drogie panie – podniosła rękę – czy ja NAPRAWDĘ muszę przypominać komu ja robiłam makijaż?
Nadstawiłem uszy, ale to stwierdzenie najwyraźniej zakończyło dyskusję.
– Poza tym – dodała Znana Wizażystka – moją inspiracją w dzisiejszej sesji będą nowe trendy, „nołmejkapluk” w których, jak panie wiecie, używa się tylko odrobiny kremu.
– Jak to tylko kremu? – któraś z „modelek” była poza tematem, podobnie jak ja.
– Dokładnie – Znana Wizażystka podniosła palec. – Tylko kremu!
I wyjaśniła niewtajemniczonym, że najbardziej znana makijażystka na świecie o skomplikowanym nazwisku bierze ogromne pieniądze za to, że powszechnie znanym aktorkom nie robi makijażu, tylko używa odrobiny kremu.

Pomyślałem, że w takim razie ja też jestem makijażystą. Takim, który nie tylko zrezygnował z makijażu, ale i z kremu. Mógłbym się chwalić, że "nie pomalowałem Scarlett Johansson". Ale uznałem, że to nie byłoby to samo, bo za niepołożenie makijażu nikt mi nie płaci, a tej znanej owszem.

Dyskusja przestała być dla mnie zrozumiała, więc wyciągając Zmorę spod stołu z niegodnym zaufania cateringiem, rąbnąłem pączka, który najbardziej przypominał pączka i wyszedłem zapalić. Tam porozmawiałem chwilę z Pradą Siedemset Złotych, która zajmowała się retuszem zdjęć do „Gala Rety”. Powiedziała, że retusz jednego zdjęcia zajmuje jej średnio piętnaście minut – uznałem, że kłamie i mając dość tego porąbanego towarzystwa, poszedłem pospacerować po Warszawie. Po drodze oddałem pączka Zmorze, przecier pomidorowy zamiast dżemu jakoś mi nie podszedł - jej owszem.


Gdy parę godzin później wracaliśmy do domu dziewczyny były zadowolone. Sesja im się podobała, poznały świat mody z bliska i mogły się powymieniać wrażeniami. Nie były pewne, czy fakt, że zdjęcia Monisi, gdy się ukażą będą podpisane "Tuwstawswojeimię w paskudnej kreacji" zapisać po stronie plusów czy minusów, zwłaszcza, że one nazywały ją paskudną.
– I wiesz, i10 – powiedziała w pewnym momencie Monisia – na ciebie to nie można liczyć. Następnym razem, jak będę chciała tracić pieniądze na coś tak głupiego, mógłbyś mi powiedzieć, żebym tego nie robiła. Ja ci z fajkami podpowiedziałam.









Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX