#EPIZODY: O ruskiej mafii

O ruskiej mafii

W środę Monisia przyszła zaciągnąć Najmilszą do basenu. Zrządzenie losu sprawiło jednak, że akurat w Matizie popsuło się sprzęgło i nie mając środka transportu – dziewczyny zmieniły priorytety z „zacięcie sportowe” na „więzi rodzinne” podejmując decyzję, że posiedzą w domu.
Moją propozycję, żeby postawiły na „trzeba coś z tym zrobić” i pomogły mi zapchać Matiza do mechanika, nie wiadomo czemu potraktowały jako dowcip, choć nim nie była. Urwana w zeszłym tygodniu linka od sprzęgła okazała się być pierwszym objawem rozpoczynającej się degradacji skrzyni biegów. Zakażenie doszło już do sprzęgła, zaatakowało je i podwyższyło temperaturę w istotnym sprzęgła elemencie – łożysku. Na skutek zbiegu dwóch okoliczności – podwyższonej temperatury i osłabienia tarczy sprzęgła, łożysko wklinowawszy się w tarczę rozleciało się na trzy duże i wiele mniejszych części.
Pomiędzy drugim a dziewiątym kwietnia jedna z dużych części – pierścień o średnicy pięciu centymetrów - dostał się pod docisk sprzęgła powodując częściowe wyłamanie ośmiu fragmentów.

Dziewiątego kwietnia, dokładnie o godzinie 16:22, na ulicy Telefonicznej na skrzyżowaniu z przejazdem tramwajowym, jeden z tych fragmentów zaklinował tarczę sprzęgła i w tym samym momencie Matiz zaczął bzyczeć.


Jak mówiłem - zrządzenie losu.


Problem stanowił nie tyle efekt akustyczny, zagłuszany przecież przez tło wydawane zazwyczaj przez pojazd, co fakt, że przestały działać biegi.


Zatem uznając, że rozwiązywanie problemów z samochodem to typowo męskie zajęcie, w którym nie chcą mi pomagać – dziewczyny zapytały, czy nie będę miał nic przeciwko jeśli odkupią mi cztery piwa w zamian za dwa, które stoją w lodówce.
– I poczęstuj fajką i10, jak możesz, nie wzięłam swoich. Rozumiesz, przecież basen – dorzuciła Monisia.
Później wzięła kolejnego i kolejnego, a biorąc ostatniego dokonała odkrycia:
– Bo ty i10 palisz za drogie papierosy. Ty przecież bezrobotny jesteś.
– Jak ci nie pasują, to idź sobie kupić tańsze – mruknąłem.
– Nie, poważnie mówię. Ile to kosztuje? – postukała w leżące na stole Lakistrajki.
– Ciebie nic.
– Oj uspokój się, nie o to chodzi. Wiesz ile kosztuje paczka podrabianych?
– Nie wiem.
– Siedem złotych. Rozumiesz? A ty za swoje ile dajesz? Dwanaście?
– Piętnaście... – wyjąłem jej pustą paczkę z dłoni, zmiąłem i położyłem na stole – ...za oryginalne. A co to za papierosy po siedem? Siano jakieś.
– Coś ty, normalne, nie takie jak moje, oczywiście, ale dokładnie takie jak palisz – pstryknęła palcem w zmiętą paczkę – tylko trzeba wiedzieć gdzie kupować.

I dowiedziałem się gdzie kupować. Na rynku Bałuckim*.


Na drugi dzień rano zamieniłem sto siedemdziesiąt pięć złotych na nowe sprzęgło.
Wrzuciłem je na tył Matiza, po czym przekonałem się, że żeby zapchać pojazd do warsztatu, oprócz siły woli i siły wyobraźni, potrzebna by mi była siła nadprzyrodzona lub po prostu siła pozbawiona przydawki. 
Gdy tylko górka się skończyła – machnąłem na przejeżdżającą taksówkę.

W drodze do warsztatu taksiarz chyba zapomniał, że kogoś holuje, bo przelecieliśmy się przez Piłsudskiego osiemdziesiątką. Zaraz po tym, jak poczułem swąd hamulców, dałem spokój jednostajnemu hamowaniu i skupiłem się na obserwowaniu tyłu holującego mnie białego Opla. Sprawy nie ułatwiały mi naklejone na tylną szybę naklejki. Z jednej strony zachęcające, żebym słuchał Radia Parada, a z drugiej nie wiem, bo nie widziałem. Całkowicie zasłaniały mi widok na drogę. Ściskając kierownicę zdobyłem pewność co do jednej rzeczy: że jeśli uda mi się nie wprasować w taksówkę, gdy ta zacznie hamować – nigdy nie ustawię stacji na 96 FM.

Bałem się całkiem niepotrzebnie. Taksówkarz musiał znać rozkład świateł, bo przejechaliśmy na zielonej fali przez całe miasto, a warto wspomnieć, że jest to miasto dotknięte plagą remontu. Gdy nie było remontowane, nigdy mi się nie udało trafić na zieloną falę, a tu się udało. Na holu, więc się nie liczy - nadal będę próbował.

Na miejscu mechanik, pan Jarek, oświadczył, że wymiana sprzęgła nie jest procesem ani bardzo czasochłonnym, mogę odebrać samochód jutro, ani tanim. Żeby uwiarygodnić swoją znajomość zagadnienia zakończył:

– Panie i10, wiem, co mówię.
Przypomniałem mu jak poprzednim razem wiedział co mówi o konieczności wymiany tłumika.
– No i wymieniliśmy.
– Z całym wydechem.
– Którego częścią był tłumik.
Uzgodniliśmy, że niemała cena wymiany sprzęgła jest ceną ostateczną i nie ulegnie zwiększeniu. Pan Jarek ma bowiem skłonności do upraszczania sobie pracy i jeśli wpadłaby mu w ręce tania skrzynia biegów – wymieniłby ją, żeby jak najdłużej nie wracać do kwestii sprzęgieł. A gdyby wpadło mu w ręce tani nowy Matiz - mógłbym odebrać naprawione auto, z którego oryginalne zostały tylko numery seryjne. Choć wymiana całego wydechu rzeczywiście mogła być zasadna, to pamiętam jak wymieniając łożysko w lewej tylnej piaście zmienił od razu we wszystkich „bo komplet wychodził taniej”.

Z warsztatu na bałucki rynek jest blisko.

Zostawiłem kluczyki i przypomniawszy sobie poradę Monisi poszedłem kupić papierosy.

Bałuty są jedną z dzielnic Łodzi cieszących się złą sławą**.

W takim sensie, w jakim złą sławą cieszy się spadnięcie z drzewa. Nic przyjemnego, ale czasem fajnie połazić.
Najciekawszym miejscem Bałut jest rynek.
Zajmuje on teren około dwóch hektarów pofałdowanej powierzchni gęsto zapełnionej kontenerami, budyneczkami, szopami, starymi samochodami, wigwamami, dziurami w ziemi, plastykowymi budami, namiotami, stołami, stołkami, taboretami, rozłożonymi na ziemi kocami oraz oczywiście ludźmi.
Jedni sprzedają, inni kupują. Tych drugich można bardzo łatwo rozpoznać, ponieważ nie mają krótkofalówek.
– Koma trzy nadchodzi, over – zabrzęczała kieszeń przechodzącego koło mnie gościa.
Spojrzałem jak znika za planszą z napisem „Czyszczenie telefonów z krwi – tanio”.
Można sobie zadać pytanie – po co sprzedawcom bałuckiego rynku krótkofalówki?
Można, ja go sobie nie zadałem, bo znam odpowiedź.
W celu ostrzegania się przed policją.
Duża część transakcji do jakich dochodzi w tym miejscu jest... nie w pełni zgodna z prawem, dlatego jej przedstawiciele są tam częstymi i wyjątkowo niemile widzianymi gośćmi.
Czujki stoją w ulicach naokoło rynku i gdy tylko w pobliżu pojawi się podejrzany samochód – ogłaszane jest ostrzeżenie. A gdy z podejrzanego samochodu wysiądzie podejrzany typ, obojętnie czy w mundurze, czy nie – wszyscy wiedzą, że to glina i nie należy proponować mu zakupu papierosów, z których sprzedaży Bałucki słynie. Zajmuje się tym ruska mafia, co piszę najszczerzej na świecie (dalsza część tekstu może nie będzie najszczersza na świecie, ale i tak będzie bardziej szczera od dowolnej wypowiedzi dowolnego polityka).
W każdym razie uważam, że gdyby właściciele American Tobacco chcieli się dowiedzieć jak wygląda prawdziwa sprzedaż fajek – powinni przyjechać na Bałuty.
Oprócz papierosów można tu kupić oczywiście wszystko inne, jak na każdym rynku. Jedzenie, czajnik, ciuchy, armaturę łazienkową czy też karabin.
W każdym razie fajek (i karabinów) nie powinno się proponować gliniarzom.

No i mi też nikt nie zaproponował. Czy wyglądam na glinę? Nie sądzę, żeby można było rozpoznać we mnie policjanta, w każdym razie musieli powziąć jakieś podejrzenia, o czym przekonałem się przy stoisku z pomidorami.

”Jest przy stoisku z pomidorami” – zaskrzeczała siatka przechodzącej staruszki.
– Rozgląda się – rzucił do słuchawki mim udający zakrwawionego przechodnia, zaraz po tym jak zacząłem się rozglądać.
Pół godziny musiałem czekać, starając się nie wyglądać policjantowato, aż wreszcie podeszła do mnie dziewczynka, może dziesięcioletnia z wyciągniętą ręką.
– Kupi pan zapałki?
– Poproszę. I coś do tych zapałek.
Otaksowała mnie wzrokiem i albo postanowiła zaryzykować, albo policjantom nie wolno pytać o papierosy, bo zapytała:
– Jakie chcesz? – i wyjęła krótkofalówkę rzucając do niej – to nie glina, chce kupić fajki, over.
A walkie–talkie po krótkim milczeniu wytrzeszczało:
– Dobra, przyprowadź go.

Tajne wejście znajdowało się za zrujnowanym sklepem „Pieczywo dla krasnoludów”.

Tam dziewczynka stanęła i wyjęła z kieszeni czarny worek.
– Schyl się – skinęła na mnie ręką, na której przegubie zauważyłem wytatuowanego Misia Puchatka i napis „Prosiaczek to świnia” – musisz to założyć.
Z workiem na głowie przeszedłem może ze sto metrów, zanim przekroczyliśmy jakieś drzwi. Zrobiło się chłodniej, a dziewczynka powiedziała:
– Zdejm worek.
To zdjąłem.
Byłem sam, moja przewodniczka zniknęła. Znajdowałem się w niewielkim pomieszczeniu, którego większą część zajmował – jak rozpoznałem – aparat rentgenowski.
Przede mną mrugała wesoło zielona strzałka, zaś pod nią na kartce A4 napis Comic Sansem proponował „wejdź lub zgiń”, więc wszedłem. Ustawiłem stopy na miejscu „tu stopy lub zgiń”, ręce rozłożyłem do boku („rozłóż ręce do boku lub zgiń”), a brodę oparłem na oparciu oznaczonym dolną szczęką trupiej czaszki. Głos "nie oddychać", "oddychać" i szum maszyny podpowiedziały mi, że zostałem prześwietlony.

Za wyjściem z urządzenia stało krzesło oznaczone „poczekaj lub zgiń”, więc poczekałem, tym bardziej, że wokół leżały czaszki gości, którym najprawdopodobniej brakło cierpliwości.
Po kilkunastu sekundach zapaliło się światło nad dębowymi drzwiami z napisem „Spszedasz Fajek”. Wstałem, poprawiłem kurtkę, pchnąłem drzwi i wszedłem do środka.

W ciemnym pokoju znajdowało się tylko wielkie biurko, za którym siedział stary Chińczyk. wpatrzony w leżące przed nim zdjęcie.

–Wie, zie ma problem?
Pomyślałem "Sprzęgło".
Nie o to chodziło. Chińczyk odwrócił zdjęcie w moją stronę.
– Tu – pokazał palcem. – Źłamane ziebro, ksiwo źrośnięte, widzi?
Powód prześwietlenia stał się jasny.
– Wiem, stara sprawa. Nie po to przyszedłem.
– No dobzie – Chińczyk wrzucił zdjęcie do szuflady – Cio chcie?
Powstrzymałem się przed odpowiedzeniem „papielosi”
– Papierosy.
– Ile?
– Dwie paczki.
Popatrzył na mnie długo.
– Pokazie pieniądzie.
Spróbowałem przedrzeźnić jego spojrzenie, ale Chińczycy przenikliwość mają we wzrok, można by powiedzieć, wbudowaną.
– Pokazie papielosi.
– Dobzie – Chińczyk wyjął spod stołu czarną walizkę i położył na stole. - Teraś ty.
Sięgnąłem do kieszeni, na co z ciemnych kątów pomieszczenia rozległy się dźwięki odbezpieczanej broni. Gospodarz podniósł rękę w uspokajającym geście.
Powoli wyjąłem dwadzieścia złotych i rozprostowałem na stole.

Żebym nie zapamiętał drogi powrotnej musieli mnie odurzyć. Świadomość odzyskałem przy stoliku w barze “Pożegnanie Azora”. Pomacałem się po kieszeniach.

W prawej były dwie paczki fajek. “LENIN” - brzmiał czerwony napis w poprzek pudełka. Z tyłu opakowań sam Włodzimierz Iljicz zerkał na umieszczone pod nim, zgodne z unijnymi przepisami ostrzeżenie przed paleniem, brzmiące "Kurisz, nie kurisz - adna bladź". 

Rozpakowałem, wyjąłem jednego i zapaliłem.

Pierwsza myśl, jaka mi przyszła do głowy, gdy przestałem kaszleć, to żeby ten szajs wyrzucić. 
Nie należy podążać za pierwszą myślą.
Będę miał czym częstować Monisię.





Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX