#EPIZODY: O dziesiątej muzie

O dziesiątej muzie

Najmilsza ma koleżankę. 
Nie, że jedną. Przypuszczam, że Najmilsza ma dużo koleżanek. W pracy pewnie jakieś ma, ze studiów z kilkoma się spotyka, czasem nawet się odwiedzają, żeby powydawać dźwięki. 
Jedna z nich na przykład przychodzi co jakiś czas tylko po to, żeby pokazać najnowsze smarowidła i narzędzia wyprodukowane przez firmę kosmetyczną, robiącą „najlepsze kosmetyki na świecie”, ale z jakiegoś powodu nie sprzedającą tych cudów w sklepach. Najmilsza nie chce mi uwierzyć, że wrażenie niedostępności produktu powstaje, ponieważ ta firma oszczędza na powierzchni handlowej, sprzedając wyłącznie przez domokrążców (z całym szacunkiem dla ich zajęcia) a uzyskane dzięki temu wrażenie ekskluzywności jest tylko wrażeniem. Podczas ostatniej wizyty dziewczyna pokazywała balsam, którym można się zabalsamować na sztywno (czy co tam kobiety robią z balsamami), zaś jeśli dodać do niego trochę wody – otrzymać świetny środek odstraszający mrówki. A jak zamiast wody dodać mleka i wypić – leczy raka. A jak przed użyciem potrząsnąć – usuwa osad z patelni. Normalnie WD-40, tylko się inaczej nazywa, kosztuje sto razy tyle i niczego nie odrdzewia.

Ale nie o tę koleżankę mi chodzi.
Tylko o idiotkę z klatki obok.
Wpada dwa – trzy razy w tygodniu, żeby pomarudzić.
A marudzi na wszystko: na rząd, na obsługę w sklepie, na program telewizyjny, na ludzi, którzy marudzą, na tych co nie marudzą, normalnie na wszystko. 
Najbardziej na mój brak pracy. 
Najmilszej nie przeszkadza, a tej, kurde, przeszkadza.
– i10, ty znowu udajesz, że coś piszesz jak Laurie na gifie – mawia widząc mnie przed komputerem, po czym idą z Najmilszą usiąść przy kawie w pokoju i... nie wiem co tam robić, bo szczerze mówiąc mam to gdzieś.
Koleżanka – nazwijmy ją Anetą – jest bowiem bardzo... wstrzemięźliwa w myśleniu. Ale tak się złożyło, że skończyła łódzką filmówkę i myśli, że z tej przyczyny rozmówcy powinni oddawać jej cześć. 
Rozmowy z Anetą nie tyle się toczą, co terkoczą w jakiś taki celuloidowy sposób. 

Na przykład pytam ”Jaka pogoda” i otrzymuję coś w rodzaju „Dla bogaczy, i10”. Aneta nie pozwala bowiem rozmówcy zapomnieć że z X Muzą, to jest związana jak bracia Lumiere, Marx i Kaczyńscy ze sobą, ale nie, że wszyscy tylko parami.
Co najważniejsze – dziewczyna nigdy w życiu nie pracowała. Kasę bierze od ojca, który prawdopodobnie czerpiąc inspirację z francuskiego „Tanguy” kupił też córce mieszkanie.
Nie moja sprawa.
Do momentu aż coś się w tym mieszkaniu nie zepsuje albo gdy Aneta nie zdecyduje się czegoś przebudować, zmienić, przyjść i złożyć oświadczenie typu:
– Najmilsza, i10 mógłby wpaść na pięć minut zobaczyć czemu nie mam światła w kuchni całkiem jak w „Nie mając światła w kuchni”, filmie który Hitchcock nazwał „ponurym”?

Z sąsiadami trzeba dobrze żyć, poza tym to koleżanka Najmilszej, więc umawiam się na jakąś konkretną godzinę i idę sprawdzić, czemu nie ma światła w kuchni i czy porównanie akurat do tego filmu pasuje.

Na miejscu zwykle się okazuje, że światło w kuchni to jedna sprawa, a „przy okazji” mógłbym naprawić wyrwane z zawiasów drzwi*, na których idiotka prawdopodobnie próbowała się pohuśtać jak w jakimś filmie.

Zawsze taka samo.
Niestety Aneta ma w zwyczaju kompletnie nie szanować czyjegoś czasu, dlatego jak przylezie do nas to siedzi, dopóki nie wejdę przepasany ręcznikiem i nie oznajmię, że „będę się kładł, bo goście chcą już iść”.

Podobnie umawiając się ze mną na „drobne” remonty albo się spóźni, albo nie kupi tej żarówki, co jej kazałem, bo przecież godzina w tę czy we w tę nie zrobi mi żadnej różnicy.
Co najważniejsze – Aneta mi nie płaci. Argumenty „i tak nic nie robię”, „ileż może kosztować wkręcenie żarówki” i „w końcu to moja koleżanka” najczęściej podnoszone są przez Najmilszą.

No i ostatnio wyszła kwestia szafy.

Szafa przesuwana, na całą ścianę, zgaduję, że Anetka próbowała się w niej zmieścić, nie zgaduję po co, bo mam to, rzecz jasna, gdzieś. Wyrwały się takie rolki, na których powinno jeździć jedno ze skrzydeł.

Zgodnie z umową w poniedziałek koło południa zadzwoniłem. Przeprosiła, ale „dopiero wstała, umówmy się za godzinę”.

Godzinę później udało jej się ubrać, pokazała, o którą szafę chodzi. Gdy zabrałem się do mierzenia rolek, żeby jej powiedzieć, jakie ma dokupić, stwierdziła:
– A przy okazji wyjmij wszystkie drzwiczki, mam plan, żeby je pomalować na zielono, kolor z Amelii.
Wzruszyłem ramionami. Będzie malować lustra? Dobra. Ale tym razem nie za darmo.
– Pięć dych.
Aż ją obróciło.
– Za rolki? – nastroszyła się jak ten mały dinozaur z „Parku Jurajskiego” na widok grubasa.
– Rolki będą kosztowały gdzieś stówę, razem z prowadnicą, bo ją, o tutaj – pokazałem – zniszczyłaś. Pięć dych za wyjęcie drzwiczek. Muszę to rozkręcić, zejdzie mi ze dwie godziny. 
W jej oczach zalśniły sztylety. 
– Dobrze. Tylko nie mam gotówki. Chyba, że przyjmujesz karty kredytowe jak Willis w „Piątym Elefancie”? - tak, jędza zna Mamę Najmilszej.
Ustawiłem ton głosu na Heisenberga:
– Zadzwonisz, jak będziesz miała - kurczę, przecież ja jej nawet nie lubię.
Umówiliśmy się na drugi dzień. Była na miejscu, czekała. Podała pieniądze:
– I jeszcze prosiłabym cię o zajrzenie do szuflady w kuchni. Nie domyka się. Jak w drugiej scenie pierwszego filmu mojej koleżanki Balbinki. Mógłbyś?
Wiem, że powinienem powiedzieć ile kosztuje „zajrzenie do szuflady”, ale co mi tam, zajrzę po znajomości.
– Ok.
– To zostawiam klucze do mieszkania, jak skończysz weź do domu, wejdę po nie do was jak wrócę z miasta.
Wzięła rower i tyle ją widziałem. 
Wymieniłem prowadnicę, wymieniłem rolki, wyjąłem wszystkie drzwiczki zastanawiając się jak bardzo trzeba mieć nie po kolei w głowie, żeby malować lustra. Co jeszcze? A tak - szuflada!
Nie domykała się, bo Aneta wcisnęła do niej na siłę taki długi widelec. Nie wiem, czy na filmie, o którym mówiła też jest widelec, bo po jedynym dziele Balbinki, jakie widziałem, postanowiłem nie zapoznawać się z kolejnymi.
Desztućcyzacja załatwiła problem. Dziesięć sekund. Nie szkodzi, że nie wziąłem za to pieniędzy.
Zamknąłem mieszkanie i poszedłem do domu.
Parę godzin później zadzwonił telefon.
– i10, widziałeś „Gorzej być nie może”? – to była ona.
– Sparaliżowało cię czy ktoś niewidomy ci się oświadczył?
– Nie, wyobraź sobie, pojechałam do miasta i przypięłam rower do barierki, jak Principessa, a zapomniałam, że przecież ty masz klucze!
– No i? – nie chciało mi się tłumaczyć, że w „Życie jest piękne” to Benini jeździł na rowerze.
– No i nie mogę go rozpiąć, nie wiem co robić.
– Przepiłuj. Albo przegryź.
– Nie wygłupiaj się, pomyślałam, że może mógłbyś wsiąść w samochód i przywieźć mi klucze, co? Bardzo bym prosiła.
– Dwie dychy. Matiz nie jeździ na wodę.
– Zgoda – po chwili ciszy - To czekam na rogu Kilińskiego i Tuwima – rozłączyła się.

Mniej więcej po piątym lakistrajku patrzenie na spięty z barierką rower zaczęło mnie wkurwiać, tym bardziej, że próby dodzwonienia się do jego właścicielki przypominały próby dodzwonienia się do nocnego teleaudio. Nie mogłem odpiąć tego cholerstwa, zostawić i odjechać, bo przecież powie, że przeze mnie ukradli (jak we włoskim dramacie z 1948 roku, w którym Giulio Chiari zagrał żebraka).

Do Matiza też nie wejdzie. Z tyłu wożę jakieś deski, mogę do niego zmieścić najwyżej hulajnogę, nie rower.

Zadzwoniłem do Najmilszej:
– Mam prośbę, zakręć do swojej walniętej Anetki, bo ode mnie nie odbiera i powiedz, że jeśli się tu za pięć minut nie pojawi, to jej klucze skończą jak chip w Terminatorze jedynce, a dwie dychy i tak ma mi oddać.
Czekałem minut dziesięć.
Widziałem, jak lezie szczerząc się z daleka. Powoli lazła, przecież jej się nie spieszy, a mój czas nie jest ważny.
Podałem klucze, odwróciłem się na pięcie i wróciłem do domu.

A wieczorem przyszła oddać dwadzieścia złotych i powiedzieć, że rozebrałem niewłaściwą szafę.

– Przecież nie będę malowała luster, i10, chodziło o szafę w przedpokoju. Musiałeś coś źle zrozumieć.
– Musiaś coś źle powiedzieć – nie oderwałem wzroku od telewizora. 
– To kiedy skręcisz?
– Wcale – zaśmiałem się. – Sama skręć. Albo niech ktoś skręci, jeśli ci się nie pomyli i pokażesz właściwą. Ja jestem bardzo – pokazałem na telewizor – zajęty. I niezainteresowany. Jak i10 fontanną w komisariacie – zarechotałem – w scenie z „Komisarza Melexa”. 

Obraziła się i wstała. W wyjściu Zmora podstawiła łeb, żeby dać się pogłaskać.

– Ten wasz pies powinien mieć na imię Rain Man. Nie jest zbyt inteligentny – powiedziała Aneta.
Na to Najmilsza się wyprostowała.
– Wiesz, w zasadzie Zmora mogłaby to samo powiedzieć o tobie.

Ciekawe, na jak długo się pokłóciły?




Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX