#EPIZODY: O tym, jak wykładałem na Uniwersytecie

30 marca 2014

O tym, jak wykładałem na Uniwersytecie

Blog zrobił się na tyle popularny, że ilość maili otrzymywanych od żywych ludzi zaczęła dorównywać ilości propozycji założenia konta w banku.
W jednym konkretnym banku, który akurat spamuje dość rzadko.
Wśród tych maili pojawiły się propozycje współpracy.
Propozycje sensowne oraz... interesujące.



Wśród interesujących na przykład pomysł napisania na blogu artykułu opiewającego sieć restauracji, w zamian za co owa sieć zaproponowała mi „zestaw obiadowy”. Nawet bym się zgodził, gdyby nie to, że żeby zeżreć ten zestaw musiałbym pojechać do Nowego Sącza* i to „szybko, bo piąty raz go w mikrofali podgrzewać nie będą”.

Pomysłem, który okazał się nie tylko interesujący, ale i wesoły – była też propozycja firmy produkującej odzież. Wymyślili, żebym trochę ich produkt na sobie ponosił, a później napisał, jak mi sie nosiło. Niestety, nie sprawdzili, jakiej płci jest autor bloga, przez co sporo czasu musiałem poświęcić na tłumaczenie Najmilszej, że nie, nie może się podszyć pod i10 pisząc relację z noszenia jakichś pończoch, zwłaszcza, że ze względu na charakter pisma, z jej zdaniem będą mogli się zapoznać jedynie arabscy aptekarze, a oni chyba nie noszą pończoch, a na pewno rzadko czytają bloga. Zaś ja pończochy zakładam tylko idąc porozmawiać z pracownikiem banku.

Więc z pończoch nici, podczas gdy pierwszej firmie złożyłem propozycję wznowienia rozmów, kiedy tylko ich sieć dokona ekspansji poza Nowy Sącz**, najlepiej w kierunku Łodzi. W mailu „wyraziłem jednocześnie nadzieję”, że rozwój ten zbiegnie się z zaistnieniem kolejnego „zestawu obiadowego”, może nawet takiego, który nie będzie „akurat wymieszany ze szpinakiem”.

Z kolei projekt „Unia Pierwszomajowa Ponad Podziałami” ustami, a raczej klawiaturą swojej austriackiej przedstawicielki zaproponował, żeby Epizody włączyły się w likwidację barier jakie niepotrzebnie narosły pomiędzy wielkim biznesem a bezrobotnymi. Przyklasnąłem temu pomysłowi, niech mury runą, po czym z kolejnego maila dowiedziałem się, że gdy tylko umieszczę na blogu logo ich rewolucyjnego projektu  – natychmiast przyprowadzą Wielkiego Biznesmena, z którym zorganizują spotkanie. Ja miałem jedynie (oczywiście po opisaniu sprawy w osiemnastoodcinkowej serii wpisów) zorganizować przybycie na to spotkanie „moich dumnych bezrobotnych przyjaciół***”.
Wyjaśniłem, że pośród znanych mi osób jedynie ja param się niemaniem**** pracy. Oczywiście nie wyjaśniałem tego od razu – najpierw spróbowałem namówić przyjaciół do poudawania towarzyszy niedoli, jednak obaj okazali się zbyt dumni.
Napisałem to pani Heldze proponując jednocześnie odwrócenie proporcji. Ja chętnie spotkam się z wieloma wielkimi biznesmenami, a oni niech umożliwią mi porzucenie stanu bezrobocia, w którym tkwię niczym cudzoziemcy w przekonaniu, że w Polsce po ulicach chodzą niedźwiedzie. Jak ci biznesmeni chcą, mogą na spotkanie zabrać ze sobą swoje kangury.

Nie zgodziła się i zapytała, czy ja w ogóle wiem, co to jest Pierwszy Maja, bo „u nich w Austrii to jest Święto Pracy!”
W pełnym urazy mailu odpisałem, że w Polsce to my obchodziliśmy Święto Pracy w czasach, gdy oni tarli patykiem o patyk, żeby usmażyć i zjeść swoich „dummen Arbeitslosen Freunde”.
Nie wiem, czy zrozumiała. Nie znam niemieckiego i listy pisałem przy pomocy Google translatora, w każdym razie korespondencja się chwilowo urwała.

Oprócz interesujących trafiają się też propozycje świetne i bardzo świetne – i jest ich na szczęście większość!

O tym, że wybieram się do więzienia już pisałem. To także jest projekt unijny, ale zrobiony z głową i z pomysłem. Pomysł jest otóż taki, żebym pojechał do więzienia i osadzonym tam... osadzonym powiedział, że dobrze jest prowadzić bloga, gdy człowiekowi smutno jest i źle, wystarczy popatrzeć na mnie. Później wszystkie osadzone (bo to ma być kobiece więzienie) założą bloga i przestanie im być smutno i źle. To się nazywa resocjalizacja – jak najbardziej jestem za – więc zgodziłem się od razu.
Planowałem dopiero na koniec spotkania wyjawić paniom kryminalistkom, że blogowanie ma sens jedynie w Internecie, którego niestety nie mają i w ogóle to nie jestem pewien, czy wiedzą, co to jest. I tu zrodziła się we mnie wątpliwość czy nie należałoby na początku je o to zapytać i wytłumaczyć, że za murami odcięcie od Internetu jest gorsze niż w murach trafić do karceru. Nie wiem, czy im to mówić, bo moim celem jest w sumie napisanie ciekawej relacji, a nie opanowanie więzienia na czele krwawego buntu.
No więc nad treścią więziennego wystąpienia muszę jeszcze popracować, w każdym razie liczę, że dzięki temu spotkaniu każdy osiągnie swoje cele.
Co ciekawe – propozycja wizyty w więzieniu była jedną z pierwszych!

Akurat sprawdzałem w „Grypserze dla początkujących” jak jest „wi–fi”, gdy w komputerze zapaliło się okienko oznaczające, że ilość odebranych wiadomości zwiększyła się do czterdziestu siedmiu. Ponieważ liczba ta jest przypadkowo także oznaczeniem numeru bocznego tramwaju, który wspólnie z kolegami z klasy uprowadziliśmy wiele lat temu w pewien majowy poranek przejeżdżając całe trzy przystanki, zanim wyprzedził i zajechał nam drogę tramwaj policyjny – zainteresowałem się i postanowiłem odczytać wiadomości. Dwudziestą trzecią z nich była, jak się okazało równie świetna propozycja. Też resocjalizacyjna.
”Czy nie zechciałbyś poprowadzić warsztatów dla studentów?”
”Czyż życiem nie rządzą liczby?” – pomyślałem i odczytałem całość.
– Najmilsza, jadę do Wrocławia. Szykuj szamę!***** – zagrypsowałem. Trochę bezsensownie, bo akurat i tak szykowała szamę.
– Co? – dowiodła, że w związkach nawet tak drobne różnice, jak dobór lektur, mogą prowadzić do nieporozumień.
– Będę wykładał na Uniwersytecie.
– Co? 
– Kafelki – zarechotałem – kurwa.
– Co mam szykować?

Po kilku minutach, gdy akurat mijaliśmy się na tej samej częstotliwości komunikacyjnej, tylko na fali w drugą stronę, pokazałem jej maila z proponowanym tytułem warsztatów, który brzmiał...******... ”Stare norweskie przysłowia – używać czy nie używać” i na podpis pod mailem.
– PACZ, REKTOR – rzekłem.
Przysunęła głowę do ekranu:
– Redaktor nie rektor, kup sobie okulary.
A następnie, będąc kobietą pokładającą niewielką wiarę w umiejętności swojego faceta Najmilsza poddała w wątpliwość moje kompetencje jako mówcy.
– Poradzisz sobie? Przemawiałeś już do studentów?
– Oczywiście.
– Niby kiedy?
– Na studiach. Wiele razy.
– Wygłupiasz się.
– Nie, poważnie mówię.
Ponieważ nie wyjaśniałem jej, że większość moich przemów zaczynała się od "słuchajcie, kto ma notatki?" lub "ej, chodźcie w sobotę pójdziemy na miasto", Najmilsza uspokojona wróciła do szykowania szamy.

Jednak miała rację co do okularów. Napisałem do pani redaktor (nie rektor), że bardzo chętnie przyjadę. Wymieniliśmy się telefonami i uzgodniliśmy, że skoro zapraszają mnie studenci – ludzie z definicji biedni, chętnie obniżę swoje oczekiwania finansowe, ale nie więcej niż o czterdzieści milionów złotych.

W rozmowie wydało się też, że posiadam jedno z czterech istniejących papierowych zdjęć słynnego, wyjaśniającego wszystkie norweskie przysłowia „Talerza z Wiosłem”, którego nieoryginalne wersje zalały swojego czasu sieć, siejąc zamęt i popłoch w związanym z lokalnym środowiskiem filologów norweskich drobnym „układziku”, jaki się tam wytworzył, może sam a może wcale nie sam.*******

Termin ustaliliśmy na środę.
– Wsiądziesz w autobus. Umiesz wsiąść w autobus? – upewnił się na koniec troskliwy głos organizatorki prelekcji.
Zapewniłem, że wiem, jak wygląda autobus i że zapisałem sobie peron, godzinę, datę odjazdu, nazwę linii i numer biletu. Na wszelki wypadek wysłała mi to wszystko dodatkowo na maila w dwóch różnych formatach plików (wydrukowałem oba i kiedy podczas wsiadania kontrolerka zapytała, gdzie jest druga osoba doszedłem do wniosku, że być może wszystkie rezerwacje mają ten sam numer albo dziewczyna na wejściu tylko udaje, że coś sprawdza).

Podróż zaczęła się przyjemnie dzięki rozmowie telefonicznej. Dowiedziałem się, że Jolka, której nazwiska nie napiszę, puszcza się z szefem, czego po zachowaniu puszczalskiej domyślił się Zenon z kadr.
Tak to przynajmniej facet siedzący na siedzeniu za mną przekazywał swojemu rozmówcy lub rozmówczyni. Co dodawało smaczku – wszyscy bohaterowie opowieści, łącznie z narratorem, byli pracownikami tego samego łódzkiego zakładu pogrzebowego. „Szafir” lub „Kefir”, nie bardzo wiem, bo kiedy gość spostrzegł, że pół autobusu na niego patrzy, poszedł rozmawiać do łazienki i chociaż stewardesa rozdała wszystkim kubki, żeby można było przyłożyć do ucha i do ściany – słabo było słychać.

A tak! Autobus miał łazienkę i stewardessę, nie zapominajmy jednak, że zrezygnowałem z czterdziestu milionów wynagrodzenia, pojechałem za zwrot kosztów podróży, nie dziwne, że organizatorzy kupili mi bilety na prawdziwy autobus, a nie poprosili, żebym na przykład do tego Wrocławia przybiegł.
Na miejsce dojechaliśmy o czasie, co ciekawe, po drodze przejechaliśmy przez słynne na całą Polskę centrum... różnych rzeczy... na przykład... koła, które można wytoczyć, jeśli wbić w to miejsce cyrkiel. Czyli przez Sieradz.
Tu warto wspomnieć, że nazwa miasta oznacza w języku prasłowiańskim „tak zwany...”, z czego może wynikać, że prasłowianie przynajmniej próbowali, ale po jakimś czasie po prostu dali spokój wymyślaniu nazwy i zajęli się ciekawszymi prasłowiańskimi zajęciami, najprawdopodobniej jak uczą legendy, łażeniem po polu w lnianych pidżamach.
Chociaż historia nazwy Sieradza jest bardzo dobrze znana, to nie każdy wie, że w tej pięknej miejscowości urodził się człowiek, który Mikołaja Kopernika namówił do porzucenia planów zostania zdunem! A także, że jest tam największa Biedronka na świecie, dzięki czemu miasto to jest nazywane Biedronkową Stolicą Świata. Naprawdę kawał sklepu. Gdyby ten wielki czerwony w czarne plamy, głupio uśmiechnięty, przylepiony nad wejściem do gmachu owad któregoś dnia się spierdolił spadł – na sto procent trzeba by było ogłosić żałobę narodową. A gdyby dotoczył się do jezdni i potoczył się w kierunku zabudowań? Strach myśleć, mam nadzieję, że jest dobrze przylepiony.
Zamiast wózka sprzed Gigabiedronki można sobie wziąć TIRa, stoją jeden za drugim, ale nie mam pojęcia, czy trzeba im gdzieś wcisnąć dwuzłotówkę, bo nie zatrzymywaliśmy się, tylko przejeżdżaliśmy obok.

Jak wspomniałęm - do Wrocławia dotarliśmy zgodnie z rozkładem.

Na miejscu przywitali mnie organizatorzy, których (zgodnie z ustaleniami) poznałem po norweskich rytualnych toporach ofiarnych. Oni mnie poznali po okularach lennonkach. W zasadzie bez sensu było, że każdy musiał się jakoś wyróżniać. Wystarczyłoby, żeby tylko oni mieli topory lub tylko ja lennonki, przed wizytą w więzieniu ustalę to jakoś mądrzej – choć nie jestem całkiem pewien, czy uczestniczki tamtego spotkania też wyjdą po mnie na dworzec.

Studenci pokazali mi kilka atrakcji Wrocławia, między innymi duży budynek Tower Cośtam (z daleka), starówkę******** (z bliska) i Uniwersytet Wrocławski (od wewnątrz).
Później odbyły się warsztaty.
A po nich, zgodnie z norweską tradycją, poszliśmy na pożegnanie skoczyć z mostu do Odry********, po czym słuchacze odprowadzili mnie na autobus powrotny.

Bardzo kreatywni ludzie, pełni pasji i pomysłów.  Całkiem poważnie – jak studiować to tylko Komunikację Wizerunkową we Wrocławiu na wydziale Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej.

Siedząc we wracającym do Łodzi autobusie sprawdziłem maile.
Wśród nich były dwie nowe propozycje współpracy. Interesująca i świetna. Interesująca zawierała propozycję odstąpienia bloga firmie motoryzacyjnej. Odpisałem, że się zastanowię.
Świetna propozycja przyszła od firmy chcącej umieścić reklamę.
Taką  reklamę, że w zasadzie nie było nad czym się zastanawiać. Na blogu pojawi się za tydzień.




Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX