#EPIZODY: O tym, jak prawie zostałem dogoterapeutą

O tym, jak prawie zostałem dogoterapeutą


Zapisałem się na dogoterapię. Nie, że ja wymagam, zdrów jestem jak dość zdrowa ryba. Najmilsza wymagała. 
- Kochanie, idź na dogoterapię - powiedziała. - Zapisałam cię, będziesz miał papier, z którym łatwo znajdziesz pracę.
- Jaki papier? Że zdrowy jestem?
- Na to nie licz. Dostaniesz papier, że jesteś dogoterapeutą.

- Dogoterapeuci są w cenie - potwierdziła Monisia, która odwiedziła nas tego popołudnia, by porobić coś, nie bardzo wiem co, na swoim nowym telefonie. - Mój narzeczony był dogoterapeutą.
Odwróciliśmy z Najmilszą głowy.
- Emil? - upewniłem się. - A przypadkiem nie farmaceutą?
Monisia oderwała się od telefonu, na którym pisała smsa, sprawdzała ustawienia, hackowała Pentagon, czy co ona tam od dłuższego czasu robiła.
- Ty nie bądź i10 taki mądry, dobrze? - powiedziała głosem Scarlett Johansson przed mutacją. - Ty z tymi twoimi zderzakami hormonów...
- Zderzaczami hadronów - poprawiłem. - I zderzaczem. Jeden jest.
- ...to o prawdziwym życiu pojęcia nie masz. - ciągnęła. - Czy ty wiesz, na przykład, kim jest taka Donatella Versace?
- Żółwicą ninja.
- No właśnie - Monisia prychnęła i odwróciła się do Najmilszej. - Jak można być takim ignorantem?! - obie przewróciły oczami, przez co Najmilsza zauważyła krzywy karnisz.
- i10, obiecałeś, że to przykręcisz - pokazała palcem. - A jednak dalej źle wisi - spojrzała na mnie wzrokiem surowym jak mięso żywego dzika.

I tak sprawa Emila jakoś umknęła. Zawsze tak się dzieje, jak poruszam niewygodny temat. Czy to Najmilsza, czy Monisia, czy jakakolwiek kobieta jaką znam, zacznie omawiać pięćdziesiąt innych spraw, sprytnie przeskakując na kolejne po wątpliwych związkach między nimi i kończy, gdy ma pewność, że temat leżący u źródeł został rozmyty w morzu odciągających uwagę dźwięków.
I wtedy można wrócić do dogoterapii.

Prawdę mówiąc, jak posłuchałem, co Najmilsza miała do powiedzenia, to wcale nie był taki głupi pomysł.
Kurs organizowała jakaś fundacja. Co najważniejsze był bezpłatny. Do uczestnictwa pchało się całe mnóstwo chętnych, zaś ponieważ Najmilsza mogła mnie wkręcić - zrobiła to. Jedynym warunkiem uczestnictwa w kursie było posiadanie psa. Dyskusja zakończyła się radą Monisi:
- i10, co ci szkodzi? Weź Zmorę i idź, ty się czegoś nauczysz, Zmora się nauczy - i poniekąd miała rację.

Zajęcia leczenia psami odbywały się w patio fabryki kiedyś produkującej przędzę. Dzięki wpompowaniu paru milionów złotych - przerobionym na patio fabryki nie produkującej przędzy.
Obecnie produkowano tu ubezpieczenia. Wystrój wskazywał, że właściciele firmy powiedzieli stroicielowi wnętrz "zrób tak, żeby każdy, kto wejdzie do naszego patio wiedział, że jesteśmy firmą wypłacającą naprawdę dużą kasę". Brakowało jedynie poprzyklejanych gdzieniegdzie banknotów albo walającej się w kącie sterty złota.
Poczułem, że mój Matiz jest ubezpieczony w niewłaściwej firmie, będę musiał to zmienić.

Choć zjawiłem się kilka minut przed czasem - wszyscy uczestnicy byli już na miejscu, niewielka grupa ośmiu osób i siedmiu psów, bo jedyną osobą bez psa był prowadzący, jak się okazało po tym, gdy podszedł i wyciągnął rękę.
- Chrzanowski - przedstawił się. - Prowadzący. Rodowód jest?
- Oczywiście. Pierwszy i10 o jakim słyszałem pojechał z Marszałkiem do Honolulu* - postarałem się, żeby samo "h" w słowie "Honolulu" zabrzmiało wyraźnie, gardłowo i arystokratycznie.
- Pytam o rodowód psa - złośliwie udał, że nie zrozumiał żartu, schylił się do Zmory, a ta wykorzystała okazję i polizała go po twarzy.
- Nie wiedziałem, że musi mieć. To kundelek.
- Nie musi. Ważne, żeby spełniał warunki - odznaczył pozycję na trzymanej w ręku liście uczestników. - Proszę usiąść panie i10.

Usiadłem na ostatnim wolnym krześle. Ustawione były w kółko, jak na zebraniu Anonimowych Alkoholików (chyba) lub jak przy Okrągłym Stole (na pewno) tyle, że - rzecz jasna - bez stołu.
Wszystkie psy były rasowe. Dwa retrievery, trzy labradory i dwa nieznanej mi rasy, co nie znaczy, że nie rasowe, po prostu nie jestem jakimś kynologiem. Psiaki siedziały nieruchomo przy swoich właścicielach i żaden nawet nie drgnął, gdy Zmora obiegała to towarzystwo i obwąchała każdy ogon. Pomyślałem, że te to muszą mieć rodowody, takie były wyniośle spokojne.
- No chodź, nie rób mi wsi. - przywołałem Zmorę teatralnym szeptem, zyskując wdzięczność w oczach właścicielki białego labradora, akurat przez Zmorę molestowanego.

- Dzień dobry państwu, spotkaliśmy się tutaj wokół bardzo ważnego tematu, jakim jest dogoterapia - rozpoczął prowadzący. - Nazywam się Amadeusz Chrzanowski i będę prowadził z państwem zajęcia.
Następnie, ponieważ nie było stołu, Amadeusz schylił się po leżącą na ziemi ulotkę , więc Zmora podbiegła i polizała go po nosie.
Pozwolił się lizać.
- Tu państwo widzicie, jest piesek... jak ma na imię? - zwrócił do mnie to, co mu pies lizał.
- Zmora.
Zapadła chwila milczenia.
- Tak. Tu mamy pieska o ciekawym imieniu i jak państwo widzicie jest to zwierzak bardzo - Amadeusz zdjął sobie Zmorę z głowy - kontaktowy.
Potoczyłem po zebranych dumnym wzrokiem. Ich rasowe pupile nie były tak kontaktowe jak mój. Siedziały niekontaktowo, jakby wypchane, koło nóg swoich właścicieli.
- Tak - facetowi udało się wyprostować. - Więc w dogoterapii kontaktowość zwierzęcia jest bardzo ważna...
Wstałem, podszedłem do faceta z retrieverem i wyjąłem Zmorę szukającą czegoś w jego plecaku. Siadając na miejsce położyłem ją sobie na kolanach.
- ...jest bardzo ważna... - prowadzący uśmiechnął się do mnie z podziękowaniem i kontynuował - ...bo dogoterapię stosujemy najczęściej wobec dzieci z niepełnosprawnością, zaburzeniami, dla przykładu z ADHD. Dlatego najważniejsze, że te psy nie mogą być agresywne. I żeby były posłuszne. I żeby była więź między właścicielem i jego partnerem psem.
Moja partnerka wyrwała się z moich kolan, pobiegła do prowadzącego, oparła przednie łapy o krzesło i wsadziła mu nos w krocze.
- W porządku - powiedział. - Skoro Zmora chce, zaczniemy od niej. Więc jak powiedzieliśmy, przede wszystkim musimy mieć pewność, że pies nie jest agresywny - pociągnął Zmorę za ucho, ogon, łapę, po czym wziął na ręce i odwrócił do góry nogami. Ponieważ wszystko to robił w przyjacielski sposób, Zmora wijąc się usiłowała go polizać go po twarzy, ale nie ugryzła, co Amadeusz pochwalił.
I poinformował, że choć Zmora nie jest rasowa, to najbliżej jej do rasy pinczer:
- Pinczery to rasa powiadamiaczy. Czyli psów, które dużo szczekają, bo o wszystkim chcą poinformować swoich właścicieli.

Po czym obejrzeliśmy ćwiczenie, w którym pies, któremu „najbliżej do rasy pinczer” miał dać głos.
Pies nie dał głosu. Nawet gdy prowadzący zaczął na nią szczekać.
Pies przyglądał się prowadzącemu z ciekawością przekrzywiając głowę i od czasu do czasu próbując polizać prowadzącego po twarzy. W ciszy.

Wyjaśniłem, że Zmora raczej nie szczeka i zapewniłem, że też uważam, że jest to cecha nietypowa jak na pinczery, choć w domu akurat bardzo przydatna.
Zmora słysząc swoje imię porzuciła Amadeusza i wskoczyła mi na kolana.

Następnie parędziesiąt minut słuchaliśmy, jakie są cele i rola dogoterapii (naprawdę szczytne, fajna sprawa) i zapoznaliśmy się z materiałami, które każdy dostał.
Na koniec pierwszych zajęć przeszliśmy do omawiania ćwiczeń, jakie będziemy w trakcie kursu wykonywać.

- Jednym z prostych ćwiczeń jest obrysowywanie. Dzieci dostają kredę i mogą obrysować psa - oznajmił prowadzący.
- W jakim sensie "obrysować"? - zapytałem.
- Pies leży, a dzieci go obrysowują - spojrzał na mnie. - Dosłownie. Tą kredą, co ją dostają.
Zmorę będzie można obrysować jak zdechnie. A prawdopodobnie TRZEBA ją będzie obrysować, jeśli zakończy żywot wyskakując przez okno lub jeżeli dostanie kulkę w trakcie jakichś pieskich porachunków mafijnych**.
W żadnym dziecięcym szpitalu w żaden sposób nie będzie można obrysować żyjącej Zmory. Nie będzie leżeć wśród obrysowujących dzieci, będzie je obiegać, przeskakiwać i próbować polizać po małych, chorych dziecięcych buziach.
Zastanowiłem się. To są dzieci, nikt nie wymaga od nich precyzji, mają obrysowywać, nie trasować. Więc jeśli jako obrys potraktujemy wielkie koło obejmujące całe pomieszczenie i jeżeli to koło miejscami będzie wchodzić na ściany, wtedy Zmorę można obrysować. Dopóki ktoś nie otworzy drzwi... przestałem się zastanawiać, bo przeszliśmy do omawiania kolejnego ćwiczenia.

- Innym ćwiczeniem jest przechodzenie przez psa. Dzieci dzięki temu uczą się równowagi, bo mają psa nie nadepnąć.
Przed oczami stanęła mi gromada poprzewracanych dzieci i odbijająca się, skacząca po nich kangurzymi susami Zmora. Dzieci próbują wstać, na co pies nie pozwala, liżąc je z radością po nosach, ustach...
Kolejne zadanie, do którego Zmora się nie nadaje.
Tak jak do przytulania i do prowadzania przez dzieci na smyczy.
Liczyłem, że będzie z niej pożytek przynajmniej w ostatnim z omawianych ćwiczeń. W edukacji dzieci „jak należy postępować z psem”.

Według Amadeusza do psa należy wystawiać otwartą rękę zwróconą wnętrzem do psa (Zmora zignorowała rękę i polizała go po oku).
A gdy Amadeusz przyjął pozycję „na żółwia”, tłumacząc, że należy ją przyjąć w przypadku ataku agresywnego psa (klęcząc kulimy się i zasłaniamy dłońmi kark - warto wiedzieć) musiałem podejść, zdjąć z niego podskakującą radośnie i usiłującą dobrać się do ucha Zmorę, by do końca zajęć trzymać ją za obrożę.

Będę chodził na te zajęcia i skończę kurs, dzięki temu dostanę papier dogoterapeuty. Dogoterapeuty bez psa, chyba, że zdobędę innego, bo Zmora się nie nadaje. Bo chociaż pinczery czasem się nadają, to nie pinczery z aż tak wielkim ADHD.
Jedynym rozwiązaniem wydaje się przeprowadzenie na Zmorze dziecioterapii - niestety nic takiego nie istnieje.

Co ciekawe - gdy tylko wróciliśmy z zajęć do domu - Zmora zaczęła ujadać. Tak jak kiedyś nie szczekała nawet na listonosza - tak teraz szczekaniem oznajmiała nawet, że nic się nie dzieje.

Zdziwionej Najmilszej wytłumaczyłem, że to normalne, powiadamiacze tak mają.


.

Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX