#EPIZODY: O tym jak zostałem porwany

19 stycznia 2014

O tym jak zostałem porwany

Wczoraj przyszła do nas Monisia. Znaczy, do mnie i do Najmilszej, której nieobecność tłumaczyła konieczność kupienia psu kości. 
Monisia była sama i - co zaskakujące - nie rozmawiała przez telefon.
W pierwszej chwili pomyślałem, że ogłuchła, ale nie:


- Ja do ciebie i10 – rzuciła zdejmując kurtkę, a kurtkę rzuciła zdejmując buty* - sprawa jest. Masz herbatę? 
- Nie mam, postanowiliśmy skończyć z używkami, zaczęliśmy od herbaty. Zajęty jestem. 
- Nie wygłupiaj się, zrób. Gdzie Najmilsza? 
- W sklepie, zaraz powinna być. 
Wstawiłem wodę, a siostra Najmilszej ulokowała się w fotelu ze Zmorą, psem Najmilszej na kolanach. Tak mogłaby wyglądać Dama z Łasiczką, gdyby Leonardo się nie spieszył i zamiast panny farbującej włosy namalował wysuszoną, uczesana i umalowaną. I gdyby szczura machnął na czarno. 

- Gdzie Emil? – zalałem Earl Greya wrzątkiem. Pół kubka, bo Monisia zagęszcza herbatę cukrem, nazywając tę czynność „słodzeniem”. 
- Kto? – do zagęszczania użyła łyżeczki. Niepotrzebnie – prościej było zawartość kubka przelać do cukiernicy, ale człowiek składa się z drobnych nawyków. Jednym z nawyków Monisi jest komplikowanie. 
- Emil, twój narzeczony. 
- A, ten cymbał. – siorbnęła – mówisz, Emil?? Jesteś pewien? 
- Jestem. Gdzie jest? 
- Rozstaliśmy się. Właśnie wiele mi wyjaśniłeś - przypaliła papierosa. - Emil, powiadasz... 
Zmora zeskoczyła z monisiowych kolan i podbiegła do drzwi, co jest niechybną oznaką pojawienia się w nich Najmilszej. Albo listonosza. Albo nie pojawienia się nikogo, po prostu czasem podchodzi do drzwi. Teraz jednak wyczuła swoim psim zmysłem Najmilszą. 

Siostry padłyby sobie w ramiona, ale jednej przeszkadza siatka z kością, drugiej gorąca herbata, więc machnięciem ręki dały sobie znać, że padanie w ramiona owszem, bardzo chętnie, ale nie dzisiaj, może następnym razem. 
- Miałeś pisać jakieś podanie - Najmilsza popatrzyła na mnie - skończyłeś? 
- Nie skończyłem, mamy gościa. 
- A co piszesz? - zainteresował się gość. 
- A gdzieś tam, do konkursu na marketingowca - nie chciałem wdawać się w szczegóły. 
- Nie pisz. I tak cię nie przyjmą, zresztą mam lepszą propozycję, zaraz wam powiem. 
- Właściwie dlaczego mieliby mnie nie przyjąć? - zainteresowałem się. 
- Nie wiem. Przez jakąś pierdółkę, którą nikt normalny by się nie zajmował. Zostaw to, mówię. 

- Jak tam Emil? - Najmilsza pod czujnym spojrzeniem Zmory wkładała kość do lodówki. Duża ta kość. Nie tyle kość, co fragment szkieletu należący do stworzenia, które zanim wyginęło potrafiło zjadać liście ze szczytów drzew. Przy czym drzewa mogłyby być na wzgórzu, a stworzenie niekoniecznie. No, naprawdę wielka kość, ciekawe czyja... 
- Rozstaliśmy się - odpowiedziała Monisia odrywając mnie być może od dokonania przełomowego odkrycia paleontologicznego. 
- O! Czemu!? - Najmilsza zrobiła minę kury, która zniosła jajko. 
- Nie lubił jak mówiłam do niego zdrobniale. 
- A jak do niego mówiłaś? - zapytaliśmy z Najmilszą równocześnie. 
- Krzyś. 

Jako pierwszy poczułem, że należy przerwać milczenie: 
- Zerwał z tobą? 
- On ze mną?! - Monisia wyrzuciła te słowa niczym Robert De Niro proszący swoje odbicie o skupienie uwagi na rozmówcy - i10, ty normalny jesteś? Ja z nim zerwałam! 
Najmilsza z ulgą oparła się o futrynę. Ja miałem wrażenie, że czegoś nie zrozumiałem. 
- Bo mówiłaś do niego zdrobniale? 
- Bo się czepiał. O wszystko się czepiał... - Monisia wyjęła papierosa - ...wiecie jak jest... - przypaliła - ...dziewczyna poznaje chłopaka, chłopak zaczyna robić dziewczynie wyrzuty o pierodły, w końcu gdy chłopak stwierdza, że dziewczyna za dużo słodzi, ona zdejmuje pierścionek i wali go mikserem w głowę** ... - zastanowiła się - Emil... hmmmm... Dobra, nieważne. Ja nie w tej sprawie. Podobno szukasz pracy? 

Najmilsza w krótkim parsknięciu wyraziła całą swoją opinię o moich poszukiwaniach, w rewanżu lekkim wykrzywieniem ust wyraziłem całą swoją opinię o jej opiniach. 
- Szukam. Mikserem? Narzeczonego? - spróbowałem powrócić do tematu. 
- Mikserem. Już nie jest moim narzeczonym, ok? Nie mówmy o tym. 
- Ok. Co z tą pracą? 
- Mam znajomego... - i popłynęła opowieść o znajomym, jak trendy się ubiera, jakim eleganckim samochodem jeździ, kompletnie niepodobnym do takiego, powiedzmy Matiza i jaki to w ogóle jest sympatyczny facet. 

Po kilku minutach spróbowałem zepchnąć rozmowę do interesującego mnie koryta. 
- A co z tą pracą? 
Z podobnym skutkiem mógłbym - machając zwiniętą gazetą - układać chmury w sylwetkę człowieka. W kapeluszu, stojącego na drabinie i trzymającego wiertarkę. Makity. Z wiertłem widiowym. 
Próbować mogę, nic ponadto. 
- No przecież cały czas mówię - oznajmiła Monisia - ostatnio widzieliśmy się w zeszłym tygodniu, miał taką fajną koszulę, wiecie... 

W końcu dowiedziałem się, że jej znajomy nie ma dla mnie pracy, ale znajomy tego znajomego być może ma i w związku z tym mam się udać, mam się powołać, a najlepiej najpierw zadzwonić, Monisia chętnie podałaby mi numer, gdyby nie to, że akurat telefon jej się zepsuł. No, przynajmniej to mamy wyjaśnione. 
- Czyli nic nie wiesz? - upewniłem się. 
- i10, jak nie wiem, no jak nie wiem? 
- No jak nie wie? - Najmilsza też nie rozumiała, jak mogłem nie zrozumieć. 
- No, nie wiesz nic o tej pracy. Nie masz numeru telefonu, tak? 
- Przecież mówię, że mam - pogrzebała w torebce i triumfująco wyjęła kartelusik - trzymaj, zadzwoń, najlepiej dzisiaj, bo pilne, ile możesz być bezrobotny? - siostry popatrzyły na siebie wzrokiem mówiącym „zadawanie się z bezrobotnym jest dla jego znajomych cierpieniem, którego ten tępy bezrobotny i tak nie pojmie”. 

Zadzwoniłem, dowiedziałem się, że pani przeprowadzająca bezbolesne depilacje zna Monisię, owszem, jednak doskonale sobie radzi, chwilowo nie potrzebuje pracownika. 
Monisia przeprosiła mnie i znalazła właściwy numer telefonu, zadzwoniłem pod drugi numer i okazało się, że rzeczywiście. Szukają kogoś. Nie wiedzą, kim jest Monisia, ale szukają. Umówiliśmy się na spotkanie dwa dni później. 

Pierwszy raz w życiu byłem na spotkaniu w sprawie pracy odbywającym się na stacji benzynowej. 
Jak w kiepskim kryminale, no ale starać się trzeba, tym bardziej, że moja aplikacja do konkursu na marketingowca została odrzucona przez jakąś pierdółkę, którą nikt normalny by się nie zajmował. Najmilszej powiedziałem, że przez to, że nie zaznaczyłem w życiorysie, że palę, (a tak naprawdę przez to, że życiorys napisałem niewłaściwą czcionką***

Rozejrzałem się po pustej stacji, wyjąłem telefon i puściłem strzałkę****. Z zaparkowanego na parkingu napadziarskiego furgonu Forda wysiadł i podszedł do mnie podejrzany typ. 
- i10? - zapytał. 
A z iloma ludźmi w garniturach się tutaj umówił? 
Wyszczerzyłem zęby, żeby pokazać pracodawcy jak bardzo się cieszę ze spotkania na tej jakże pięknej stacji benzynowej. Być może zapyziałej, ale w piękny zapyziały sposób. 

Niepotrzebnie się szczerzyłem. Podejrzany typ wyjaśnił, że jest kierowcą,dopiero mnie zawiezie do pracodawcy, tak mu kazano. Otworzył tylne drzwi swojego służącego do porwań i napadów na banki auta i zachęcającym: 
- Wskakuj tu, z przodu nie ma fotela - zaprosił do zajęcia miejsca. 

Skrzynia furgonu załadowana była najróżniejszymi materiałami budowlanymi, wśród których nie było jednak podręcznego fotela budowlanego, krzesła budowlanego, ani nawet stołka budowlanego, usiadłem więc na workach z cementem (budowlanym) leżących koło betoniarki. 
Niestety, gdy typ zamknął drzwi zrobiło się ciemno, zaś gdy ruszył betoniarka też ruszyła. Wstałem i złapałem się jej starając się nie dać zmiażdżyć. Wokół mnie przewalały się pręty zbrojeniowe. Miałem nadzieję, że żaden mnie nie przedźga bo nikt nie zechce zatrudnić człowieka, który dał się przeszyć prętem zbrojeniowym w pierwszym dniu pracy, ba! zanim tę pracę w ogóle zaczął! 

Po jakichś piętnastu minutach doszedłem do wniosku, że Monisia w zemście za namówienie Emila do oświadczyn zleciła pozbycie się mnie i że jedziemy w miejsce, gdzie zostanę zastrzelony, a następnie zabójca wymuruje mi grób i postawi pomnik. 
I tylko dlatego, że pomnik mi jakoś w tej historii nie leżał - nie zadzwoniłem na policję. 

Chwilę później betoniarka ostatni raz rąbnęła o ścianę szoferki, silnik auta zgasł a kroki skierowały się do tylnych drzwi. Na wszelki wypadek ścisnąłem wymacane w ciemności narzędzie i drzwi się otworzyły. 

- A co ty tak po ciemku jechałeś? Tu masz światło - typ pokazał włącznik światła. Teraz mi pokazał, żartowniś. - Idź tam, tam są biura, a w nich znajdziesz szefa, powodzenia. 
Przed nami na wielkim placu stał przeszklony, ale spory budynek, obok niego szklarnia i pomieszczenia gospodarcze. Wszystko malowniczo położone w porośniętej kępami drzew dolinie. Na pewno nie byliśmy w Łodzi. Może Ozorków? 
Wysiadłem, oddałem typowi moją obronną poziomicę, otrzepałem ubranie ze śladów po atakach materiałów i narzędzi budowlanych i poszedłem na rozmowę. 

Okazało się, że znam pracodawcę, ponieważ jest umiarkowanie znanym (z telewizji) cudzoziemcem pochodzącym z kraju z którym mamy wspólną granicę. Na najnowszym rankingu FIFA. 
Podał mi swoją umiarkowanie znaną (z telewizji) rękę i zaproponował, żebym usiadł. 
Lekko sepleniąc zwracał się do mnie po staropolsku, bo w trzeciej osobie. 

Przez kilka chwil próbowałem mu wytłumaczyć, kto mnie do niego przysłał i kim jest absolutnie nieznana mu Monisia, ale w końcu machnął ręką i przeszliśmy do rozmowy rekrutacyjnej. 
- Lubi źwiezięta? 
- Lubi. Znaczy, lubię. Mam psa. 
- Dobzie. Umie się obchodzić? 
- Z psem? 
- Nie. Zie źwieziętami czi umie. Źreśtą, źaraś źiobacimy. Niemiećki źna? 
- Nie. 
- Ok. W ogrodnićtwie praciował? 
- Nigdy. 
- To dobzie. Tu źbyt mądrego nie ćsieba. 
Teza o pozytywnym wpływie flory na ludzkie IQ wydała mi się naciągana, ale nie powiedziałem mu tego, tylko zapytałem: 
- A co to za praca? 

I umiarkowanie znany (z telewizji) cudzoziemiec wyjaśnił mi, że musi wyjechać do swojej matki, żeby ją pochować. Nie, nie - matka żyje, uchowaj Allah, nie w tym sensie pochować. Ale nie będzie mi tłumaczył w jakim, bo i tak nie zrozumiem. 
- Róźnice kulturowe, roziumie? 
W ciągu jednej sekundy dwukrotnie przechyliłem głowę o jakieś cztery centymetry do góry i z powrotem opuściłem o taką samą odległość w dół. Żeby uniknąć nieporozumień wynikających z najwyraźniej ogromnych różnic kulturowych, pionowe ruchy głowy, które w jego kulturze mogły oznaczać cokolwiek, na przykład chęć schwytania żyrafy, wsparłem słowem „tak”. 
- Dobzie, zie roziumie - stwierdził i kontynuował. 
Zatrudnienie nie miało być na stałe, najwyżej miesiąc. 
Czas ten miałem spędzić siedząc w szopie i chroniąc posiadłość przed zakusami lokalnej społeczności. 
- My obciokrajowci nie mamy łatwo - zadumał się umiarkowanie znany (z telewizji) cudzoziemiec, bezmyślnie przekładając ułożone na biurku sztabki złota. - Mogę zaproponować... - zapisał coś na kartce po czym przesunął ją w moją stronę - ...tyle. 

Sięgnąłem po kartkę i przeczytałem „5 zl za godzine”. Czcionka Tahoma, czternastka, bez polskich znaków. 
Wtedy sobie pomyślałem, że czasem jest tak, że człowiek się stara, ma ambicje, poznaje nowych ludzi, stopniowo buduje zespół współpracowników, wyznacza i realizuje nowe cele, osiąga sukcesy, a później i tak kończy popełniając samobójstwo w bunkrze gdzieś pod Berlinem, a jego zwłoki zostają oblane benzyną i spalone. Wniosek: nie przesadzać z ambicjami. 
Dlatego zgodziłem się na propozycję. 
Bez umowy, nie trzeba umowy, euforia wzbierała we mnie jak kiszona kapusta popita mlekiem. Będę miał pracę! 

- Mam tu siedzieć całą dobę? - uznałem, że muszę przygotować Najmilszą na dłuższe rozstanie, ale nie powiem jej, że jestem stróżem, obciach, ujmę to jakoś inaczej. Na przykład, że pilnuję zamku. Albo elektrowni jądrowej. 
- Ciałą nie. Będzie siedział w dzień. W noci jeśt Ciesiek - umiarkowanie znany (z telewizji) cudzoziemiec popatrzył za okno, gdzie Ciesiek - podejrzany typ, który mnie przywiózł, męczył się akurat z betoniarką wyraźnie nie mającą ochoty na opuszczenie samochodu. 
Oprócz tego do moich obowiązków będzie należało podlewanie roślin w szklarni, stąd pytanie o doświadczenia ogrodnicze. 

No i najważniejsze: mam wyprowadzać konia. 

- Konia? 
- Tak, koń ciórki. Mały koń. Pokazię, pójdzie zie mną. 
Poszliśmy obejrzeć małego konia. 

Rzeczywiście był mały. Taki koń - kurdupel czyli kucyk. 
Miałem go wyprowadzać raz dziennie przez godzinę, żeby biegał, a oprócz tego podrzucać końskie żarcie „z tamtej o, kupy, widzi?” i codziennie na koniec pracy „tamtymi o, widłami” zbierać miniaturową kupę na taczkę i rozsypywać w „tamtej o, śklarni, widzi?”, a niedorozwiniętemu pionowo koniowi wrzucić snopek nowej słomy. 
- Z tamtej o, śterty, widzi? 
Wypowiedzi pracodawcy kazały mi się zastanowić, czy poprzedni pracownik przypadkiem nie był niewidomy. Może go zwolnili bo oślepł? 

Później weszliśmy do końskiego koniarium (czy jak się nazywa to miejsce do trzymania małych koni), żeby zapoznać się z podopiecznym. Wyszło na jaw, że na nic moje doświadczenie, znajomość ekonomii, zarządzania i marketingu. Stało sie jasne, że statystyka i rachunkowość nie są pomocnymi dziedzinami wiedzy osobie, której najzwyczajniej w świecie nie polubił koń. Koń kurdupel. 
Z drugiej strony, w swoim CV z całą pewnością nie mam wpisanej „umiejętności nawiązywania kontaktów z końmi*****”. 

Zwierzak rżał, wierzgał i nie pozwolił mi się zbliżyć. W końcu rąbnął mnie kopytem w spodnie od garnituru, w których pechowo akurat trzymałem nogę, więc zrezygnowałem z zapoznawania się. Wszyscy wiedzą, co koń zrobił Supermanowi. 

Umiarkowanie znany (z telewizji) cudzoziemiec stwierdził, że odraza, jaką zwierzę do mnie czuje dziwną mu się wydaje i zastanwiał się, co może być jej przyczyną: 
- Mozie miał kontakt ś naturalnie wyśtępującim wrogiem koni? - spytał. 
- Kto? 
Różnice kulturowe chyba uniemożliwiały mu używanie zaimków, bo nie odpowiedział 
tylko wskazał palcem. 
- Że ja? – zastanowiłem się - A co jest naturalnie występującym wrogiem koni? 
- Tygryś. 
Wyobraziłem sobie Mamę Najmilszej skradającą się przez łąkę w stronę spokojnie pasącego się stada końskich karzełków, w ostatniej chwili wyskakującą nad trawę, chwytającą zębami gardło jednego ze stworzeń i ciągnącą ją ku kępie drzew. Do jamy w ziemi. 
- Nie, nie mam kontaktu z naturalnie występującym wrogiem koni. 
Umiarkowanie znany (z… wiecie skąd) cudzoziemiec pomasował się po brodzie. W Polsce oznaczałoby to, że myśli (porąbane mamy te gesty), nie wiem co oznaczało w jego kulturze, w każdym razie powiedział: 
- A mozie pali papierosi? 
Jasne, że palę. 
- Jakzie pali! Wyraźnie mówiłem, kategorischerauchverbot! Nić nie waźne, oproć 
palenia. Koń nie lubi! 

No i się rozstaliśmy. Ciesiek odwiózł mnie na najbliższy autobus. Do Ozorkowa. 

Jak opowiedziałem dziewczynom historię, to najpierw się śmiały, później powiedziały, że nie znają mojego potencjalnego pracodawcy, bo nie oglądają programów motoryzacyjnych, ale Monisia może popytać wśród swoich znajomych, na pewno nagra mi coś innego. Poprosiłem ją, żeby tego nie robiła. Kategorische verbot! Niech nie załatwia mi żadnych więcej rozmów o pracę. Jej rozmowa oprócz oczywistej straty czasu przyniosła mi czyszczenie garnituru, wydatek na bilet powrotny z Ozorkowa, koszt dojazdu na zapyziałą stację i z powrotem, oraz przede wszystkim spuchniętą nogę z wielkim czarnym sińcem, dzięki czemu, ile razy wstaję z fotela muszę wysłuchiwać Najmilszej radośnie informującej Zmorę: 
- A teraz pan nam pokaże, jak koń kuleje. 






Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX