#EPIZODY: O tym, jak rozmawiałem z Doradcą

O tym, jak rozmawiałem z Doradcą

Malowałem ścianę w piwnicy, gdy Najmilsza zechciała zaszczycić mnie swoją obecnością.
- Ładnie - pochwaliła - można się tego nauczyć?
- Można. Wymaga wiele pracy i ćwiczeń, ale sądzę, że za kilka lat doszłabyś do takiej wprawy, że kto wie, może nawet potrafiłabyś otworzyć puszkę?
- Idiota.

- No co mnie pytasz, czy można się nauczyć maczać pędzel w farbie i mazać nim po ścianie? - wyemitowałem pełen zadowolenia z siebie rechot. - Debil by umiał. W przedszkolu chyba byłaś?
- Chciałam być miła, ale widzę, że nie warto. Krzywo z tym swoim przedszkolem pomalowałeś, no popatrz tam... - pokazała sufit - nierówno jest.
- No, i jak będziesz pokazywała pierwszej damie naszą piwnicę, może zrobić się nieco niezręcznie.
- Nie umiesz prosto to nie umiesz, nie szukaj wymówek. Zawieziesz mnie jutro do fryzjera?
- Niestety, kochanie - spojrzałem na nią - jutro ojczyzna jest w niebezpieczeństwie i mnie wzywa.
- Co?
- Jadę do urzędu pracy.
- No i dobrze się składa, bo to blisko.

Faktycznie było blisko. Nie tego urzędu, do którego zawsze chodzę, ale innego, w centrum. Ponieważ podczas ostatniej wizyty natknąłem się na kampanię reklamową „Jeden Urząd - Blablablabla” namawiającą bezrobotnych do korzystania z dowolnej placówki, niekoniecznie najbliższej domu - pomyślałem sobie, że tym razem pójdę do tej w centrum.

Pani w okienku poświęciła pięć minut, żeby sprawdzić, a następnie powiedzieć mi, że głupio pomyślałem. Moja wizyta miała być z Doradcą, który będzie mi Doradzał. Muszę jechać tam, gdzie zawsze, hasło „Jeden Urząd - Blablablabla” nie mówi całej prawdy.
Drugi koniec Łodzi, ale co robić, pojechałem. Dobrze, że zawiozłem Najmilszą, bo miałem czas na dojazd. Jakbym jej nie zawiózł, to bym się spóźnił. Chociaż nie, nie spóźniłbym się, bo od razu bym pojechał do tego urzędu co jest bliżej.

W urzędzie nic się nie zmieniło, może ciut bliżej mikrofonu siedziała ta pani, co za pierwszą wizytą myślałem, że podaje wyniki gry w statki na jakiejś hiperdługiej szachownicy, ale ponieważ ani razu nie powiedziała „trafiony” ani „zatopiony” - doszedłem do wniosku, że to musi być bingo. Dzisiaj było ją słychać głośniej: „D245”, „E81”, „A300”...
Byłem parę minut przed czasem, więc zapukałem i wszedłem.

Łódzki Urząd Pracy jest instytucją, której definicja została spisana w stu pięćdziesięciu aktach prawnych, dzięki czemu przeciętny Kowalski nie mając pojęcia czym ona się właściwie zajmuje, próbuje sobie sam wykombinować i dochodzi do wniosku, że Urząd załatwia pracę.

Poniekąd racja. Urząd załatwia pracę, jednak nie przeciętnemu Kowalskiemu. Urząd pracy załatwia pracę tylko mi, o czym się dowiedziałem, gdy pani Zosia pokazała tomik aktów prawnych i powiedziała:
- Istniejemy tylko po to, żeby załatwić panu pracę, panie i10.

Jasne, że nie od tego zaczęła się nasza rozmowa.

Zaczęła się od powitania, bo gdy wchodzę do pomieszczenia, w którym siedzą dwie kobiety, pierwsze co robię, to się witam.
Zdejmuję płaszcz.
Podchodzę do tej, którą znam lub do ładniejszej.
I pytam się, czy ma ochotę na coś do picia...
To w barze.
W Urzędzie poprzestaję na pierwszej czynności:
- Dzień dobry...
Chwila ciszy. Nie wiadomo, czy warto mi odpowiadać.
Obie panie spojrzały na mnie, ta pod oknem wydawała się bardziej mnie lubić, bo nie splunęła.
- ...nazywam się i10 i mam na dzisiaj termin wizyty...
Termin wizyty. Ha. Brzmi jak „termin porodu” albo „termin nalotu*”.
Ta z lewej:
- Pan pokaże.
Jest podmiot, jest orzeczenie, dopełnienia brak.
„Sztuczkę” - mógłby pomyśleć ktoś nieobeznany z Urzędem Pracy. Nie. W Urzędzie Pracy (na razie) nie trzeba pokazywać sztuczek.
Jako znawca obowiązujących procedur od razu domyśliłem się, że mam pokazać, że naprawdę nazywam się i10, wysunąłem więc bardziej do przodu dłoń dzierżącą dowód osobisty.

I też nie zgadłem.

- Kartę wizyt pokaże.
- Nie mam.
”Karta wizyt”, to kartka formatu A4 zatytułowana „Karta wizyt” . Prócz nazwy są na niej moje dane, adres, PESEL, jakiś numer ewidencyjny, następnie oczojebny napis „status: bezrobotny bez prawa do zasiłku” i na końcu tabela składająca się z piętnastu wierszy, w pięciu kolumnach. Te z kolei zatytułowane są „Lp.”, „termin następnej wizyty”, „data stawienia się”, „nr pokoju”, „podpis i pieczątka pracownika PUP”.
Karta wizyt do niczego nie służy.
Być może ma mi przypominać o wizycie w Urzędzie, ale tę samą rolę spełniają: przypomnienie w telefonie, zapis w notesie, terminarz w googlach oraz przede wszystkim Mail Przypominający, który Urząd Pracy mi wysyła trzy dni przed wizytą i w żaden sposób nie da się ustawić, żeby przysyłał w przeddzień. Wiem, bo pytałem.
Ponieważ nie mam obowiązku posiadania i noszenia karty wizyt, więc jej nie posiadam. Za każdym razem dostaję nową. Wrzucając ją przed budynkiem do kosza mam pewność, że daję tym ludziom pracę.
(A fakt, to już wiem, do czego służy karta wizyt)

Nie miałem karty, więc pani z prawej strony wzięła ode mnie zieloną książeczkę i powiedziała „Dowód musi wymienić”... Nie, tutaj trochę fantazjuję. Ale fajne były stare dowody... dobra, do rzeczy.
Pani wzięła ode mnie kawałek plastiku z wbudowanym przez NSA chipem radiolokacyjnym, nadającym do satelity informacje o moich aktualnych poglądach politycznych i odczytała nazwisko, które nosił mój ojciec, dziad, pradziad i ojciec mojego pradziada...
- i11.
...niepoprawnie.
- i10 - poprawiłem.
- Hmmm, rzeczywiście, i10. Zosiu, sprawdź czy masz pana? - zleciła zadanie kobiecie siedzącej pod oknem.
Palec poszedł w ruch. Wzrokiem nie nadążałem za zamykającymi się na ekranie okienkami.
- To w końcu jak? i11 czy i10 mam szukać?
- i10, kochana - spojrzenie pani po prawej informowało, że nawet jeśli jakimś przypadkiem w dowodzie mam napisane „i10” ona wątpi, bym naprawdę tak się nazywał.
- Nie mam, ty sprawdź - poszukiwania chwilowo nie dawały rezultatu. Wręcz czuło się rosnące napięcie.
Klik. Klik, klik - nie widziałem, co stuka kobieta, bo monitor mi zasłaniał. W każdym razie nie znalazła, bo pokręciła przecząco głową, spojrzała na mnie, przysunęła sobie mój dowód i ponowiła klikanie.
- Pan i10?
No to już chyba ustaliliśmy?
- To ja.
- Miał pan przyjść dzisiaj...- zawieszenie głosu, rolę werbli spełniły jeszcze dwa kliknięcia... trzecie kliknięcie... - ...na jedenastą.
Uf.
- Tak. I jest jedenasta.
- Do kogo jest? - pani Zosia wykazała się umiejętnością tworzenia zdań z podmiotem domyślnym.
- Do ciebie.
- Pan siada - wskazała mi krzesło obok siebie. Skorzystałem.

Następnie, ponieważ to był mój pierwszy kontakt z doradcą zawodowym, pani Zosia sprawdziła, czy od mojej ostatniej wizyty nie zmieniły się takie dane, jak imię ojca, miejsce urodzenia, ukończone szkoły, kursy i miejsca pracy. A ponieważ poprzednia wizyta była miesiąc temu - nic nie uległo zmianie, co pani skonstatowała nie wiedzieć czemu z niechęcią.
- Nic się nie zmieniło?
- Nic - położyłem rękę na sercu. - Nic a nic.
- Hmmm... w międzyczasie nie zdobył pan grupy inwalidzkiej? - to pytanie zabrzmiało jak „nie zdobył pan matury?”.
- Nie zdobyłem.
- No dobrze... - po minie rozpoznałem, że wcale nie dobrze.
- ...a co by pan chciał robić?
Byłem na to przygotowany.
- Chciałbym zarabiać pieniądze.
- Jako kto?
Powiedziałem jej.

I właśnie wtedy, jak już wspominałem, pani Zosia pokazała mi tomik aktów prawnych i powiedziała:
- Istniejemy tylko po to, żeby załatwić panu pracę panie i10.
i dodała:
- ...ale nie mamy stanowiska „osoby, która czyta w urzędzie numery bingo”.

Kiedy rzuciłem kilka innych propozycji wyszło na jaw - jak podejrzewałem od początku - że nie bardzo mam wybór. Z moim wykształceniem, doświadczeniem i ainwalidzkością spójrzmy... czy chciałbym może zostać pomocnikiem szarlatana?
Nie zechciałem.
- Teleankieterem?
- Ile płacą?
- Na początku pan im płaci.
Nie zechciałem.
Oferty się skończyły, pani Doradca odwróciła się do mnie, wyłączyła w swoim fotelu funkcję masażu i Doradziła:
- Powinniśmy porozmawiać o programie podnoszącym kwalifikacje. Zechciałem.
- Słyszał pan o psach?
- Obiło się o uszy. Ssaki, szczekają, ruchomy ogon, gonią koty.
Chwilę trawiła informację.
- Nie o psach, tylko o PSACH. Program Szybkiej Aktywizacji Chyba.
- Nie jest pani pewna?
- Nie, tak się nazywa. Program wdraża ministerstwo, które nie wie, czy ta aktywizacja będzie szybka. Zresztą nie chodzi o nazwę, chodzi o skierowanie pana na kurs.
- Skierowaniu...
- Pana na kurs.
- Skierowaniu mnie...
- Na kurs.
- Kurs?
- Kurs.
- Aha. Jaki kurs?
Pani Zosia przejrzała listę dostępnych dla mnie kursów. Znaczy, najpierw ją wyszukała, później przejrzała. Wyszukiwanie trwało znacznie dłużej, bo do przejrzenia była tylko jedna pozycja.

Chwilę później spotkanie się skończyło. Na koniec pani Doradca Zosia wydrukowała dla mnie nową kartę wizyt, w której starannie wbiła pieczątkę i złożyła podpis.
Podarłem i wywaliłem ją wychodząc z urzędu. Przed budynkiem na moment zatrzymał mnie mały tłok spowodowany trwającą uroczystością poświęcenia nowych telewizorów plazmowych (do wyświetlania ogłoszeń), nowego routera sieciowego (do połączenia wszystkich pomieszczeń w jedną superszybką sieć) i nowych PlayStation 3 (co każe przypuszczać, że jakaś firma wypuściła działającego na tych konsolach pasjansa).

Trochę spieszyłem się do fryzjera po Najmilszą. Podzieliłem więc światła sygnalizacyjne na czerwone i nieczerwone i udało mi się nie tylko zdążyć, ale i być „godzinę za wcześnie”, co stwierdziła Najmilsza. Czekając, przez godzinę przyglądałem się więc rzucającej „kurwami” rybie**.
Gdy w drodze powrotnej opowiedziałem Najmilszej przebieg wizyty, śmiała się, jakby to było co najmniej śmieszne.

A już najbardziej ucieszyło ją, że jedynym kursem, jaki miał mi do zaproponowania mój Doradca Zawodowy był kurs malarza ściennego.


Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX