#EPIZODY: O z góry przegranej walce z kobiecym fochem

12 stycznia 2014

O z góry przegranej walce z kobiecym fochem

Ponieważ Najmilsza z jakiejś przyczyny nie uwierzyła w moje tłumaczenia dotyczące spotkania z kontrolerką biletów w kawiarni - miałem przejebane.

Najpierw próbowałem być obrażony w myśl zasady, że najlepszą obroną jest atak i "jak można mi nie wierzyć, przecież mam świadków, nawet jest wpis na blogu". 
Nie zadziałało - Najmilsza była dużo bardziej sfochowana ode mnie.
Zagadywanie też nic nie dawało - nie odzywała się i już.
W mieszkaniu panowała cisza, z którą zaczynałem czuć się nieswojo.
Włączyłem więc muzykę - nie pomogło. Nawet nie ściszyła, założyła swoje słuchawki i włączyła Cohena.
Słuchanie Cohena oznacza poziom Defcon 2, czyli jeszcze nie wojna, ale myśliwce poderwane i uzbrojone. Defcon 1 będzie, gdy w słuchawkach pojawi się Dead Can Dance.

Musiałem reagować.

Pozmywałem naczynia – nic.
Wyjąłem odkurzacz, ale nie nasz, tylko stary złom, przywleczony od Mamy Najmilszej. Kobieta ma zwyczaj oddawać nam zabytki, których miejsce – moim zdaniem – jest na śmietniku. Jeszcze dorabia do tego ideologię „Nowe odkurzacze są do niczego, ponieważ KIEDYŚ to się DOPIERO robiło odkurzacze!”. 
Wyjęcie zabytku niemal natychmiast wywołało brak jakiejkolwiek reakcji. Podobnie, gdy go podłączyłem do gniazdka. I gdy go włączyłem. A po wetknięciu rury usłyszałem:
- Z drugiej strony, idioto, to jest wylot – co być może można nazwać reakcją, ale nie taką, na jaką liczyłem.
Przełączyłem wąż pod ssanie i skoro miałem sprzęt złożony – wypróbowałem jak działa. Odkurzacz to fajna sprawa, nie trzeba się schylać, żeby coś podnieść. Poodkurzałem całe mieszkanie, sprawdziłem, czy da radę zassać cukier z cukiernicy (dał radę) i dopiero podczas podnoszenia rurą butów z ziemi i ustawiania ich na szafce Najmilsza podeszła i wyjęła mi rodzinną pamiątkę z rąk. Niestety, zrobiła to bez słowa, do tego zamknęła się w pokoju.

Co by tu jeszcze?

Choinka!
Co prawda jeszcze nie gubiła igieł, ba! wyglądała prześlicznie, ale już czas na nią, niedługo połowa stycznia. Zdjąłem i pochowałem do pudełek łańcuchy, bombki i inne ozdoby. To był bardzo dobry ruch, bo znalazłem cukierka. Zajrzałem do pokoju. Najmilsza siedziała ze słuchawkami na uszach. 
- Kochanie, rozebrałem choinkę!
Popatrzyła na mnie wzrokiem, jakim pierwszego września trzydziestego dziewiątego obrońca Westerplatte mógł spoglądać na nadpływający niemiecki pancernik. Ale uchyliła jedną słuchawkę.
- Znalazłem cukierka, chcesz pół?
A z taką miną ów obrońca mógł usiłować odczytać sporządzony gotykiem napis na burcie okrętu. Tylko on pewnie poruszałby ustami, a Najmilsza nie poruszała tylko prychnęła, wyciągnęła kabel od słuchawek z komputera dzięki czemu Cohen rozbrzmiał pełną mocą z głośników i odwróciła sie od ekranu. 
Tą propozycją tylko zaogniłem konflikt – powinienem pamiętać, że Najmilsza nie lubi cukierków.
Przy dźwiękach „Im your man” spakowałem lampki i bombki, po czym wyrzuciłem choinkę, przy okazji wynosząc śmieci. Spora nadgorliwość z mojej strony, nawet połowy wiadra nie było.

Zrobiłbym pranie, ale nie znam zasad, pewnie upiorę zielone z czymś, z czym zielonego się nie pierze, na przykład z ręcznikami, tylko pogorszyłbym i tak fatalną sytuację.
To posprzątałem łazienkę, umyłem wszystko, łącznie z muszlą, lustrem, kranem i szczoteczką do zębów. Te dwie ostatnie rzeczy jednocześnie.

”Nanaaa, nananana nana, nananana nana naaa naaa NA!”

Postanowiłem pochować pudełka z ozdobami i przy okazji posprzątać piwnicę.
Najmilsza często mnie ostrzega, że jak się wkurzy tak ostatecznie, to każe mi w niej zamieszkać, wygląda, że porządek może mi się tam przydać.
Wziąłem klucze, gwizdnąłem na Zmorę, psa Najmilszej i poszliśmy.

Nasza piwnica jest miejscem, w którym owszem, mógłbym zamieszkać, gdybym był służącym. Służącym do produkcji penicyliny grzybem. Wilgoć i zapach bagna ma źródło w komórce należącej do katechety z góry, ale facet tak bardzo... wierzy w to, co robi, że całkowicie utracił możliwość prowadzenia normalnych rozmów, dlatego dawno darowałem sobie próby wytłumaczenia mu, że pomidory w ciemności nie rosną, więc ich w piwnicy nie wyhoduje. I nic tu nie pomoże modlitwa. Nie potrzeba światłości nadprzyrodzonej, potrzebne są przyziemne, ordynarne i bardzo materialne fotony. Nie powiedziałem mu tego.
Sądząc po zapachu sadzonki zgniły.

Sąsiad ma plantację, zaś ja w piwnicy mam warsztat.
Tu znoszę stare niedziałające rupiecie i przy pomocy narzędzi i wrodzonego zmysłu technicznego sprawiam, że stają się starymi niedziałającymi fragmentami rupieci.
Rzeczy leżące na grubym dębowym stole mogą dla kogoś obcego wyglądać na rozrzucone w nieładzie, z tej przyczyny, że je rozrzuciłem w nieładzie, tak mi wygodniej.

Na początek posprzątałem ten stół, dzięki czemu znalazłem stary pendrive Najmilszej, o którego zeżarcie podejrzewaliśmy psa. Jak się okazuje - niesłusznie.
Skarciłem się w myślach za fałszywe podejrzenia i głośno skarciłem Zmorę za próbę zeżarcia trutki na szczury. Nie ma co się dziwić psu, o ile pamiętam z przedszkola trutka jest słodka i smaczna. Prawdopodobnie pani przedszkolanka nie wyczułaby jej w swojej herbacie, dzięki czemu raz na zawsze skończylibyśmy z leżakowaniem, gdyby nie to, że jako pomysłodawca planu postanowiłem zostać testerem smaku, a mój gang okazał się składać ze mnie i ośmiu kapusiów pani przedszkolanki.
Rodzice do dziś wspominają, że spędziłem tydzień w szpitalu bycząc się na obserwacji, a gdy wróciłem, była inna pani przedszkolanka, bo poprzednia postanowiła wyjechać na Śląsk, kupić kilof i oddać się relaksacyjnemu wydobyciu węgla kamiennego.
Ja wspominam tylko, że leżakowania zamiast zrobić się mniej – zrobiło się więcej, bo w szpitalu musiałem non stop leżeć. Porażka.
Zabrałem Zmorze trutkę i dałem wzgardzone przez Najmilszą pół cukierka.

Posprzątałem z ziemi śmieci. Poukładałem narzędzia warsztatowe. Wyrzuciłem puszki po piwie.
Godzinę później piwnica błyszczała. Na tyle, na ile może błyszczeć ponura wilgotna nora do przetrzymywania węgla. Czyli nie błyszczała. Ale przynajmniej była posprzątana i w razie kłopotów będzie stanowić moje siedlisko.

Niestety Najmilsza nie zeszła na dół by ucieszyć się nadzwyczajnymi efektami mojej pracy, rzucić mi się na szyję, ucałować i zaproponować wspóle spożycie przygotowanego przez nią posiłku. Wprost przeciwnie - włączyła Dead Can Dance.

Nie wiedziałem, co robić.

Z nudów sprawdziłem, co skrywa pendrive. Były tam jakieś głupie przepisy i folder "foto" w którym znalazłem zdjęcia Najmilszej ze Zmorą. Zrobiliśmy je w dniu, gdy Najmilsza uratowała małą Zmorę przywiązaną przez złych ludzi do drzewa w środku ciemnego lasu, zawiązaną w worek i wrzuconą do rzeki* . Fotografie przedstawiały Najmilsza ze Zmorą na rękach, Najmilszą głaszczącą Zmorę, Zmorę liżącą Najmilszą po twarzy i Najmilszą piorącą rękaw. Na tym ostatnim zdjęciu Zmorę symbolizowała plama na rękawie.

"Tak! - pomyślałem - To będzie idealny prezent na zgodę. Wywołam te zdjęcia!"

Ucieszony własną pomysłowością wskoczyłem w Matiza i pomknąłem ** do fotografa. Sto metrów dalej wyskoczyłem z Matiza, poczekałem na autobus i kontynuowałem pomknięcie do fotografa starając się zapamiętać, by w drodze powrotnej wejść na stację i kupić ze dwa litry benzyny. Matizy ponoć mało palą, mój egzeplarz niestety jest wyjątkiem od tej ponoci.

W zakładzie fotograficznym były bardzo miłe panie, kazały wybrać format zdjęć, błyszczące czy matowe, może zechce pan wyretuszować sobie przed wywołaniem, tu mamy specjalną maszynę. Ponieważ musiałem jeszcze skoczyć na stację po benzynę, poprosiłem o wywołanie po prostu wszystkiego z pendrive’a i poszedłem kupić pięć litrów wody, nie, żebym był spragniony, potrzebowałem baniaka - do czegoś to paliwo będę musiał nalać.
Jakąś godzinę później odebrałem zdjęcia.

Najmilszą urzekło, że wywołałem osiem jej zdjęć z malutką Zmorką, jednak kluczem do jej serca był fakt, że zapłaciłem kupę forsy za osiemdziesiąt pięć zdjęć butelki perfum. Miłe panie u fotografa oddając mi stosik fotografii rozmiaru trzynaście na osiemnaście stwierdziły: 
- Kazał pan wszystkie - są wszystkie. Mógł pan powiedzieć, że folder „foto” tak, a folder „przepisykulinarne” nie.
Jasne, mogłem. Jakbym do niego zajrzał, ale nie zajrzałem, więc nie próbowałem dyskutować z miłymi paniami, tylko zapłaciłem.

Natomiast Najmilszą zapytałem, co w folderze o mylącej nazwie „przepisykulinarne” robiło osiemdziesiąt pięć nieostrych zdjęć perfum, które dostała ode mnie w prezencie i gdzie te perfumy właściwie są?
- Jakie perfumy?
- O te – pokazałem osiemdziesiąt pięć półmatowych dowodów na to, że robię Najmilszej prezenty o rozmazanych brzegach.
Przyznała się, że sprzedała na Allegro, bo były "nieoryginalne" i śmierdziały „jakby kotem”, a folder tak nazwała, żebym do niego nie zajrzał. Sposób - jak się okazuje - skuteczny.

Przez chwilę udawałem obrażonego, powiedziałem, że to nie kot, tylko piżmak, powinna wiedzieć, że Biern Borg do wszystkich swoich perfum dodaje charakterystyczny zapach robiony piżmaka, zwłaszcza do „Poison”. Później się pogodziliśmy, wszystko sobie wybaczyliśmy i nawet zaproponowałem, że nauczę ją ustawiać aparat tak, żeby zdjęcia wychodziły ostre (czyli  pokażę, który guzik uruchamia autofocus). 

A później Najmilsza zapytała, co zrobiłem z choinką i jak powiedziałem, to znowu się obraziła stwierdzając, że większego idioty w życiu nie widziała.

Kurde, niby skąd mogłem wiedzieć, że ta śliczna choinka była sztuczna?



Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX