#EPIZODY: O tym, jak złapała mnie kontrola biletów

15 grudnia 2013

O tym, jak złapała mnie kontrola biletów



Byłem na rozmowie. Nie wiem jak napisać, żeby było poprawnie, "o pracę" czy "o pracy".

Jeśli napiszę, że o pracy, Czytelnik gotów pomyśleć, że spotkałem się z kimś, kto mi opowiedział o swojej pracy, może ze swoim znajomym?
Może też wysnuć przypuszczenie (błędne), że pojechałem porozmawiać tak ogólnie o pracy. Na przykład z urzędnikiem Urzędu Dla Bezrobotnych. A przecież tak też nie było.
Rozmowa odbywała się w firmie, w której chciałem się zatrudnić.
Wiem, że powinienem napisać "byłem na rozmowie o pracę" i większość wiedziałaby, o co mi chodzi, "oho, i10 znowu pojechał do jakieś firmy, na pewno go nie przyjęli!". 
No tak, nie przyjęli, zaraz wyjaśnię czemu, ale moim zdaniem rozmowa może być tylko o czymś, nie o coś. "Porozmawiajmy o ten stolik?", dlaczego nigdy nie chcesz rozmawiać o ślub"? Jak to brzmi?

Niewłaściwe używanie słów może być przyczyną wprowadzenia w błąd.
Więc wyrażenie "rozmowa o" łączymy z miejscownikiem, chyba że się mylę, wtedy mnie z błędu wyprowadźcie. A ja byłem na rozmowie O PRACY.
Do której mnie nie przyjęli, a przyczyną było właśnie wprowadzenie w błąd.

W swoich poszukiwaniach płatnego zajęcia już dawno posunąłem się do tego, że wypełniam wszystkie, nawet najdziksze aplikacje internetowe, również te, co do których mam podejrzenia, że służą wyłącznie przechwyceniu moich danych osobowych w celu wysłania mi następnie mailem propozycji kupienia czegoś, co zgodnie z informacjami, jakich udzieliłem, jest mi absolutnie, całkowicie, ogromnie zbędne.

Na przykład: stanowisko - mieszacz betonu, a w ankiecie: podaj imię, nazwisko, email, wiek, adres, telefon, pesel, czy masz psa?, a jaką Twój pies je karmę? (zaznacz którąś z powyższych, albo wypełnij rubrykę, jeśli jesteś na tyle nieodpowiedzialny, że karmisz psa tym, co sam jesz). Następnie żeby dostać pracę niezbędnie wyraź zgodę na przetwarzanie przez nas twoich danych osobowych. I przez naszych znajomych. I przez bliżej nieokreślonych ludzi, którym ci nasi znajomi zechcą twoje dane udostępnić. Tak, musisz zaznaczyć wszystkie zgody i akceptacje, bo inaczej nie dostaniesz tej pracy, a żwawiej żwawiej, już betonik czeka, nie ma go kto zamieszać.
No i wypełniasz, zaznaczasz, akceptujesz, wysyłasz, licząc, że kryje się za tym coś sensownego.
Po czym okazuje się, że z pracy nici, a na maila zaczynają ci przychodzić propozycje powiększenia chuja.

Tym razem było jednak inaczej.

W aplikacji oprócz zainteresowania moim psem, samochodem, telefonem, książkami, które czytuję, marką mojego telewizora, masłem, którym smaruję kanapki, ilością znaków, jakie potrafię napisać na klawiaturze komputera w ciągu minuty, marką i wiekiem tego komputera, wysokością na jaką potrafię wleźć i się przy tym nie przerazić oraz przyczynami mojego zadowolenia bądź niezadowolenia z życia seksualnego (zaznacz odpowiednie i wpisz czy na wybór zaznaczenia ma wpływ długość twojego penisa), więc w aplikacji oprócz tego wszystkiego była też rubryka "czy zgodziłbyś się podjąć inną pracę niż oferowana, jeśli taka oferta się pojawi, chociaż wcale nie mówimy, że się pojawi, co to to nie?"
Zaznaczyłem, że zgodziłbym się, głupi by się nie zgodził.
I oto w piątek nieoczekiwanie zadzwoniła do mnie pani żeby zaprosić mnie na rozmowę.

Powiedziała, że będę maszynistą.

Na moje nieśmiałe pytanie czy na pociąg nie trzeba mieć specjalnego prawa jazdy "nie wiem może U, albo hehe, Uuuu, bo ja mam A i B, w życiu nie prowadziłem pociągu...
- ...ale NA PEWNO sobie poradzę!
...pani odpowiedziała:
- Przepraszam jeśli wprowadziłam pana w błąd, chodzi o pracę w biurze. Pisanie na komputerze, dla serwisu internetowego. Zgodzi się pan na jeden dzień próbny? Spodobała nam się pańska ankieta.
I wytłumaczyła mi która ankieta im się spodobała, stąd wiem.
Pewnie, że się zgodziłem! 

Umówiliśmy się na poniedziałek.

W poniedziałkowy, mglisty, łódzki, zimny, wczesny i wypełniony innymi, równie cierpkimi przymiotnikami poranek wbiłem się w czarny garnitur, koszulę oraz krawat. 
Najmilsza obejrzała mnie i stwierdziła, że zdecydowanie wyglądam jak człowiek, który ma pracę:
- A konkretnie jak grabarz - po czym zrobiła mi to, co każda kobieta robi swojemu mężczyźnie idącemu do pracy, czyli poprawiła krawat, ponieważ bez względu na wygląd krawata i jego ułożenie, kobiety mają instynktowną potrzebę sięgnięcia do szyi mężczyzny i poczucia, że jakby chciały, to mogą go udusić.

Biuro znajdowało się w biurowcu (jakżeby inaczej), w centrum Łodzi. 


Wszedłem i zaczęło się robić dziwnie.
Powitał mnie szef firmy i jego świta, wszyscy się do mnie uśmiechali, powiedzieli, że na mnie czekali, że cieszą się z naszego spotkania, potrząsali moją rękę i rozmawiając o moim hobby (blog? naprawdę? zadziwiające!) zaproponowali mi obejrzenie instytucji.
Składała się ona z kilku pomieszczeń typu open space, podzielonych na boksy, a żeby lepiej wykorzystać przestrzeń, klitki nie były kwadratowe, tylko sześciokątne, jak w ulu.
Na środku każdego pomieszczenia było podwyższenie, z biurkiem i komputerem, przy którym siedział najważniejszy truteń. W największym pokoju, do którego weszliśmy na końcu na tym właśnie podwyższeniu znajdowała się obecnie szeroka wstęga z napisem "Witamy i10". 
Co to, kurde, jest? Ukryta kamera?


Rozejrzałem się, ale żadnej nie znalazłem.
- Nie bardzo rozumiem, eghm, skąd ten zaszczyt? - z trudem opanowałem zaskoczenie.
- Napisał pan, że pisze z prędkością - dyrektor, mój przewodnik zajrzał do kartki - tysiąca ośmiuset znaków na minutę - z głębi ula dobiegło kilka niemrawych klaśnięć i jedno parsknięcie.
- Dokładnie tysiąca ośmiuset sześćdziesięciu - ja wam dam parskać, wczoraj specjalnie sprawdziłem. Ze stoperem.
- Panie i10 - uniósł do góry rękę ucinając szum, który moje słowa wywołały na sali - niech pan pokaże! - i wskazał mi krzesło.

Pokazałem.

Komputer był tak fajnie ustawiony, że napisałbym ze dwa tysiące znaków na minutę, ale już po piętnastu sekundach mi przerwali.
- Co to jest? - dyrektor wskazał na monitor, na którym ciągnęły się kolejne rzędy litery "gggggggggggggggggg"
- Jak co? Znaki.

Później poszliśmy do sali konferencyjnej, gdzie próbowali twierdzić, że nie chodziło im o jeden znak, tylko o różne znaki, więc poprosiłem o komputer, na którym wykonałem drugie podejście. 

Kręcąc głowami ponownie zmienili zdanie. Tym razem twierdzili, że w pytaniu nie chodziło im również o znaki losowe, więc podszedłem do trzeciej próby, a później do czwartej i ostatniej, bo się wnerwiłem i powiedziałem, że w pytaniu chodziło wyłącznie o ilość znaków per czas, a już na sto procent nie było tam napisane "ilość znaków układających się w słowa znane innym osobom poza kandydatem", niech sobie sprawdzą co sami napisali.
Na koniec wspólnie ustaliliśmy, że wszystko jest wynikiem wprowadzenia w błąd, choć nie doszliśmy do porozumienia w kwestii kto kogo w błąd wprowadzał.


Wyszedłem i wróciłem do domu, a po drodze dałem się złapać kontroli biletów, o czym napiszę jednak innym razem, bo jak się na spotkaniu przy okazji dowiedziałem, przyswajalna przez Czytelników ilość znaków w jednym poście umieszczonym na internecie wynosi pięć tysięcy i w tym zdaniu została przekroczona. 

I żeby nikogo nie wprowadzać w błąd, wyjaśniam, że te pięć tysięcy znaków pisałem dwie i pół godziny i to jest to przeciętna prędkość, z jaką piszę. 

Posty.

Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX