#EPIZODY: O wielkiej i tragicznej w skutkach awarii

O wielkiej i tragicznej w skutkach awarii

W piątek odwiedziła nas Monisia.
Weszła bez telefonu przy uchu, święto jakieś? 
Spojrzałem w kalendarz i pierwsze, w czym się zorientowałem, to, że nie mamy kalendarza, w który mógłbym spojrzeć. 
Więc wyjąłem telefon i spojrzałem na wyświetlacz. 

Poprzez liczne ślady użytkowania, rysy na nierysującym się szkle i kształty odcisk czyjegoś, ucha, najprawdopodobniej mojego, ależ mam kształtne uszy, przebijała data. Szósty grudnia. "Mikołajki, faktycznie święto" – ucieszyłem się. "O kurwa, a ja nie mam prezentu dla Najmilszej!"– zmartwiłem się. "A może ona nie ma dla mnie?" – pocieszyłem się. "Na pewno ma" – nie byłem zdecydowany, czy się ucieszyć czy zmartwić, więc przestając zaprzątać sobie sprawą głowę, wziąłem od Monisi płaszcz.
– Jesteś szajbus i nie życzę sobie, żebyś do mnie mówił tym tonem – oznajmiła.
– Jakim tonem?! – przecież jeszcze do niej nic nie powiedziałem, nauczyła się skubana czytać w myślach, czy co?
Popatrzyła na mnie wzrokiem tak kompletnie, absolutnie pozbawionym zrozumienia, jakbym z nas dwojga to ja tutaj bredził od rzeczy i wskazała na swoją głowę. Z ucha wystawał jej kabelek, zatem siostra Najmilszej nie stoi w miejscu, idąc z duchem czasu postanowiła się okablować. W sumie racja, w jednej ręce zawsze trzyma papierosa, w drugiej telefon, teraz jedną rękę będzie miała wolną, może ją wykorzystać do czego chce, na przykład żeby kogoś dusić.
Monisia położyła palec na ustach i wzniosła wzrok ku niebu rozkładając ręce jakoś tak, jak robią księża nad pucharami w tym momencie, gdy wierni klęczą i mają nie podglądać tylko patrzeć w podłogę (wiem, bo podglądałem, pewnie za to nie pójdę do nieba).
– Bo ja tak mówię! – za to człowiek, z którym rozmawiała Monisia do nieba pójdzie, jeśli wspomnieni przed momentem księża nie mylili się zapowiadając, że "poniżeni zostaną wywyższeni".
– I nie proś! – kurde, gość nie tylko pójdzie do nieba, ale go tam wręcz zaniosą.
– Nie dzwoń! Ja zadzwonię! – i posadzą na jakimś zajebiście wysokim słupie, że go będzie widać z każdego miejsca w niebie. Na słupie bardzo wysokiego napięcia.
– Raz powiedziałam i nie mam zamiaru niczego tłumaczyć! – Monisia wyjęła słuchawkę z ucha, spojrzała na nas i zakończyła:
– Cześć wapniaki! Co robicie? – faktycznie nie miała zamiaru niczego tłumaczyć.
– i10 pisze swój głupi pamiętniczek, a ja szukam sukienki na Sylwestra – czasem odnoszę wrażenie, że małe puchate foczki znajdują większe zrozumienie u uzbrojonych w pały, harpuny i piły spalinowe zabójców małych puchatych foczek, niż ja znajduję u Najmilszej. Głupi pamiętniczek? W myślach zapamiętałem sobie, że nie muszę sobie przypominać o konieczności kupienia prezentu. Tylko, żebym nie zapomniał.
– A to dobrze, że wpadłam, pomogę ci. i10, dziwaku, zrobisz nam kawy? – Monisia wyjęła cienkie mentolowe i przystąpiła do wytwarzania dymu, a ja poszedłem zrobić kawy.
Przed wizytą Monisi akurat kończyłem pisać tekst na bloga. Tekst, z którego byłem wybitnie zadowolony. Tekst ważki, poruszający istotny temat, na czasie i to poruszający go w niekonwencjonalny sposób, nie tylko potrząsając, ale i wyginając, skręcając i ściskając, by zaraz po tym rozprężyć i rzucić nań nowe światło. Światło postanowiłem rzucić od środka, dzięki czemu byłem pewien, że Czytelnicy po pierwsze się zachwycą, po drugie wzruszą, jednak co najważniejsze – będą się śmiać, co najmniej przez miesiąc. Więc przez miesiąc nie będę pisał nic nowego napawając się przychylnymi komentarzami, emailami, listami, nadsyłanymi spontanicznie dużymi sumami pieniędzy, a po miesiącu pojadę do Sztokholmu ustalić, z jakiej dziedziny wolałbym dostać Nagrodę Nobla. Z literatury, pokojową czy z ekonomii.
Zaraz, jest Nobel z ekonomii?

– Jest Nobel z ekonomii? – postawiłem kawę na stoliku przed dziewczynami.
– Jasne, tylko nie płaci Nobel – odrzekła Najmilsza, a Monisia sięgnęła po cukier, jedna łyżeczka, dwie łyżeczki...
– Żadnej nie płaci. Gość nie żyje – skwitowała Monisia. Trzy łyżeczki... cztery...
– No tak, ale tej nie ufundował.
– A kto? – pięć...
– Ktoś inny, po co ci to i10? – szósta łyżeczka byłą ostatnia.
– Sprawdzałem, czy wiecie – odmówię przyjęcia Nobla z ekonomii, powinien go dostać człowiek, który ożeni się z Monisią i nie wyląduje w przytułku. Wyczyn porównywalny ze zdobyciem Everestu tyłem.
Zimą.
Nago.
Konno.

Usiadłem do komputera, a dziewczyny poszły do drugiego pokoju ze słowami: 
– ...śliczna sukienka, ale ta nie, bo za mało będzie widać to, co powinnaś pokazywać kochana kliknij tutaj masz może jakąś koleżankę, którą kręci rewitalasz dostałam na promocji i jednak chcę sprzedać, bo mi nie leży ja też chyba mam coś z tej serii tam zobacz rozświetlacze czy inne ustrojstwa a czytałaś o tej niuni Zelda powiedz no jak można zaliczyć tak głupią wpadkę z cudzym dzieckiem a dajmy na to taki Zmachowski czwórka dzieci a pognał jełop jeden do Riczartson faceci... - chwila ciszy - a słuchaj kochana widziałam że Doda sobie kupiła takie buty jak ja te wiesz które i teraz normalnie obciach się w nich pokazać poczekaj wstawimy pranie i zjemy tosty?
Włączyłem radio, żeby je trochę zagłuszyć i usiadłem do komputera.

Migocząca ikonka w komputerze oznaczała, że dostałem maila. Fajnie! Dziwny był temat wiadomości "Jakie Zwierzęta Chciałbyś Hodować – ankieta". Wygląda na to, że ktoś chce się zająć sprowadzaniem zwierząt, ale nie wie, jakie mu pójdą. Wybrał kiepską drogę zdobycia informacji, powinien raczej zapytać w kółkach rolniczych, czy coś, a nie rozsyłać mailing. Ja na przykład chciałbym hodować krokodyla, co wcale nie znaczy, że mnie stać na krokodyla, że mam gdzie trzymać krokodyla i że mam czym krokodyla karmić, spojrzałem na drzwi za którymi siedziała Najmilsza "Głupi pamiętniczek? – do krokodyla!". Nie powinienem mieć takich myśli, no dobra, nie miałbym czym go karmić.
Więc jeżeli więcej osób CHCIAŁOBY hodować krokodyle, a ten facet na podstawie ankiety wypełnionej przez nieodpowiednią grupę docelową sprowadzi, powiedzmy, tysiąc krokodyli, to może się okazać, że mu większość tych gadzin zostanie w tym, w czym się krokodyle trzyma. W krokodylarni. Gość kompletnie nie zna się na marketingu, może potrzebuje kogoś kto się zna? Mnie?
Na wszelki wypadek wyślę mu życiorys.
Napisałem maila, nacisnąłem „wyślij” i w tym samym momencie wysiadł prąd.
Zapomniałem wspomnieć, że od wczoraj za oknem szalała wichura o imieniu Ksawery, kurde, kto tym wichurom wymyśla imiona? Imię jak dla papieża. No i... Ksawery, to wcale nie jest wichura tylko orkan, co najmniej jakby była jakaś różnica, w każdym razie wieje na tyle mocno, że od czasu do czasu łamie jakieś drzewa.
W radio mówili, że jak zapałki, ale gdy wyszedłem rano sprawdzić, to się okazało, że bzdura, zapałek nie łamie, same drzewa.
A te drzewa sporadycznie przewracają się na rzeczy związane z elektrycznością typu kable, transformatory i inkasenci z elektrowni, w wyniku czego kable się urywają, transformatory wybuchają, a inkasenci oburzają i żądają podwyżek. Po czym nie ma prądu, a jak jest, to coraz droższy. Normalne zjawisko pogodowe, właśnie nam się przydarzyło.

Komputer bez prądu działał, ale mail do mojego – miałem nadzieję – przyszłego pracodawcy, nie wysłał się, bo router bez prądu jest jak siostra twojej dziewczyny, popatrzeć można, jednak nie bardzo ma to sens. Więc sięgnąłem po książkę, akurat zacząłem czytać "Atlas zbuntowany" (tytuł może być mylący, książka nie jest opowieścią o rebelii zorganizowanej przez wnerwione wyposażenie biblioteki. Ani sali treningowej).
Gdy czytałem, ożywiona rozmowa w drugim pokoju z wolna przycichała. Albo dziewczynom siadały baterie, albo zaczynały rozmawiać o duchach – spojrzałem na zegarek – południe, za wcześnie na duchy.
– i10!!! Umiesz zrobić kawę bez prądu!? – rozległo się z pokoju. Czyli audio siadało, bo Monisi skończyły się stymulanty.
– Po prostu nie dolewasz wódki!
W drzwiach pokazała się ta z monisiowych części ciała, przez którą według posiadanych przeze mnie informacji Monisia traci najwięcej ciepła.
– Bez elektryczności i10. Masz pomysł na kawę bez elektryczności?
– Nie ma elektryczności, nie ma kawy – wskazałem prostą funkcję wynikającą z wyposażenia naszej domowej kuchni wyłącznie w urządzenia na prąd – chyba, że rozpalisz ognisko, albo lubisz kawę z zimną wodą.
Nie miała ochoty więc odwróciła się pokazując tę część monisiowego ciała, przez którą według posiadanych przeze mnie informacji faceci tracą rozum i wróciła do pokoju.
Tym razem awaria, zwykle trwająca nie dłużej niż godzinę, trwała dużo dłużej niż godzinę. W międzyczasie dziewczyny zdążyły pójść do sklepu po papierosy i na spacer ze Zmorą. Akurat kończyłem czytać książkę (a tylko ktoś, kto ją widział zrozumie, o czym piszę, osiem kilo w miękkiej okładce) gdy do pokoju weszła Najmilsza.
– i10, zimno się robi.
Oprócz elektrycznej kuchni, mamy też elektryczne ogrzewanie. Niestety piec szybko się wychładza, a swoje dołożył papieski orkan miotający za oknem mieszaniną śniegu, drzew i inkasentów i skutecznie wysysający z naszego mieszkania resztki ciepła.
– Nic nie poradzę słonko, weźcie koce. I psa – pies Najmilszej o imieniu Zmora, działa jak naturalny grzejnik.
Godzinę później skończyła się bateria w laptopie, zaś ja mam zły nawyk pisania tekstów w notatniku i ich niezapisywania dopóki nie skończę. Dopóki nie skończę, nie zapisuję absolutnie niczego. Dlatego właśnie szlag trafił kilka otwartych notatek, osiem wersji listu motywacyjnego, sześć życiorysów, z których co jeden, to lepszy, kilka podań o pracę, i nieznane zdjęcie jednoznacznie i ostatecznie wyjaśniające przyczynę katastrofy smoleńskiej Diabli wzięli też mój świetny tekst i związaną z nim nagrodę Nobla.

Łoskot wyrywanych z głowy włosów zwabił dziewczyny. Wysłuchały wyjaśnień, zaproponowały coś uspokajającego, najlepiej melisę i powiedziały, że mój problem to nie jest prawdziwy problem, bo im jest zimno, koce i pies nie pomagają.
– i10, zadzwoń do elektrowni – zażądała Najmilsza.
– Sama se zadzwoń – żucie melisy nic nie dało, poza tym papier z saszetki przylepił mi się do podniebienia, co nie zmniejszało irytacji, wprost przeciwnie.
– A jaki numer?
– Dziewięć, dziewięć, jeden – jak wspominałem wyłączenia prądu choć nie tak długotrwałe, są dość częste, dzwonimy wtedy na pogotowie energetyczne, niby, żeby poinformować o awarii, oni nam mówią, że owszem, wszystko wiedzą i że prąd będzie z powrotem o tej i o tej godzinie. Dlatego pamiętam numer.
– Hmmm... – zastanowiła się Najmilsza – chyba nie. To jakiś inny numer.
– Dziewięć, dziewięć, jeden.
– Czekaj, kochana ja mam gdzieś zapisany – Monisia przypaliła papierosa pochylając się nad telefonem.
– Dziewięć, dziewięć, jeden – powtórzyłem.
– O! Mam! To jest inny numer – obie obejrzały na mnie z pogardą – na ten dzwoń.
Najmilsza wystukała ciąg cyfr i przyłożyła słuchawkę do ucha.
– Nie – pokręciła głową – ten jest zły. Mówi, że nie ma takiego numeru.
– Dziewięć, dziewięć, jeden?
– Wiem! – moja złośliwsza połowa podniosła palec – na klatce jest napisane!
– Dziewięć, dziewięć, jeden.
Poszły obie sprawdzić numer na klatce schodowej. Wróciły po chwili i popatrzyły na mnie z wyższością.
– Tam jest napisane dziewięć, dziewięć, DWA! Ha!
Nie chciało mi się wyjaśniać, że administrator budynku drukując kartkę zatytułowaną „ważne numery” musiał mieć zły dzień, bo w numerze pogotowia energetycznego się pomylił, a zamiast słowa Policja napisał Psiarnia. Same do tego dojdą.

– Halo, mówi Najmilsza. Dzwonię z takiej a takiej ulicy. Chciałabym zgłosić awarię.
– ...
– Prądu.
– ...
– Acha. A pod jakim numerem się zgłasza awarie prądu?
– ...
– Sekunda, wezmę coś do pisania. i10, daj mi coś do pisania.
– Nie mam.
Monisia wyjęła z torebki i podała.
– Tak, już notuję.
– ...
– ...więć, ...więć, ..den. Dziękuję bardzo, do widzenia.
Odwróciła się do mnie:
–Widzisz jaki ty jesteś? Nawet długopisu nie możesz podać! Nic, normalnie NIC nie można na ciebie liczyć! Mam już ten numer – zamachała do siostry kartką.
I zadzwoniła.

Dodzwonienie się na pogotowie energetyczne podczas orkanu nie jest łatwe, pewnie cała Łódź zgłaszała awarie. Oczekiwanie na połączenie dziewczyny umilały sobie rozmową. W pewnym momencie z szumu informacyjnego wyłapałem jak Monisia mówi:
– A słyszałaś tę piosenkę co leciała w sklepie? Mój obecny ustawił sobie taki dzwonek, no co za bezguście.
– Jaką piosenkę? – aż mnie uniosło.
– Taka lalala, nana, lalala, na, musiałeś słyszeć. Straszny obciach, ale modna, wszędzie teraz leci.
– Ta piosenka leciała w sklepie pod naszym domem?
– No tak.
– Jak byłyście po papierosy?
– Jak byłyśmy po papierosy.

Poszedłem do przedpokoju, po drodze wypluwając do zlewu melisę, otworzyłem szafkę i pstryknąłem przełącznik bezpieczników.
Wtedy radio zagrało, pralka ruszyła, w łazience zapaliło się światło, piec zaczął grzać, czajnik z wodą zaszumiał, a z tostera wyskoczyły zjarane grzanki.
Udało mi się też włączyć komputer. Nie, nie odzyskałem posta, życiorysów, listów motywacyjnych ani zdjęcia.
Za to odpisali mi na maila, który jednak się wysłał. Że nie szukają pracowników i nie planują sprzedaży krokodyli, bo w ich grze internetowej można hodować tylko kury*, świnie i barany.

Sami są barany.




Zachęcam do komentowania i, jeżeli się podoba, do udostępniania. 


Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX