#EPIZODY: O tym, jak wymyśliłem aplikację na androida

24 listopada 2013

O tym, jak wymyśliłem aplikację na androida

Wymyśliłem ją dziesięć lat temu, w czasach, gdy pierwszym skojarzeniem ze słowem android był film s-f na podstawie Phillipa K.Dicka*, a drugim Michael Jackson. Akurat kupiłem Matiza, oglądałem go z obrzydzeniem zastanawiając się, co w nim można zmienić, żeby nie był taki paskudny, gdzie dodać spoilery, gdzie go poszerzyć, jak go, nie wahajmy się użyć tego słowa, stuningować.


Bardzo szybko doszedłem do wniosku, że jedynym sposobem stuningowania Matiza optycznie jest obniżenie go i to od razu gdzieś tak o półtora metra, żeby nad dziurę w ziemi wystawała najwyżej antenka. 

Jeśli nie optycznie to jak? 

Szybko policzyłem pozostałe zmysły, zawiesiłem w środku auta choinkę o zapachu Ferrari, polałem samochód wódką i przetarłem szmatą, żeby był śliski. Nic się nie zmieniło. Ponieważ nie wiedziałem wtedy nic o zmyśle równowagi i przyspieszenia, a "widzeniu martwych ludzi" nie dawałem wiary pozostał mi tylko jeden zmysł. Słuch. Jak zmienić Matiza, żeby lepiej brzmiał? Wsadzić do środka klakson od autobusu? Będzie przestraszał, może przyprawi lękliwą staruszkę o zawał, ale to nadal nie jest to. 

Pomyślałem sobie wówczas, że fajnie byłoby mieć w samochodzie bajer, który zmieniałby gówniane "pyr pyr pyr" wydawane przez silnik auta, na jakieś "bruum", "wziuuu", albo nawet "wrrrau".
Co mi jest potrzebne? Po pierwsze głośnik, który zamontuję pod klapą, po drugie wzmacniacz, który wzmocni ten głośnik, gdyby się słabo poczuł, po trzecie jakiś układ sterowników połączonych z pedałem gazu albo z kontrolką obrotów, zaraz... Czy Matizy mają kontrolki obrotów? Nie mają. Nie byłem pewien, czy mają jakieś obroty.

Stwierdziłem, że jest mi potrzebna skomplikowana elektronika, która będzie przerabiać dźwięk silnika na dźwięk z głośnika. Dźwięk inny, niż oryginalny daewoowy. "Można będzie sobie wybrać - marzyłem - żeby to był dźwięk superauta, albo samolotu, albo Syreny Bosto. I będzie można to urządzenie zamontować w każdym samochodzie, nie tylko w moim". 
Najbardziej przemawiał do mnie nie pomysł zastosowania systemu w Matizach, tylko właśnie w jakimś supernowoczesnym Porsche czy innym Diablo, spod któego maski wydobywałoby się "balalalaaaam bam bam bam" tak charakterystyczne dla Trabanta. Kto by to kupił? Moim zdaniem każdy wielbiciel tuningu. Ustrojstwo byłoby niedrogie, głośnik, mały wzmacniacz, i elektronika sterująca. 
Której nie miałem.

Przypomniałem sobie wszystkich znajomych mających coś współnego z elektroniką i do nich zadzwoniłem.

Pierwszy powiedział, że naprawa lodówek owszem, ma wiele, nawet bardzo wiele wspólnego z elektroniką, ale niestety nie potrafi zrealizować mojego pomysłu, bo lodówki rzadko poddawane są tuningowaniu, jeszcze rzadziej akustycznemu, a nigdy, przenigdy nie montuje się do nich wzmacniaczy dźwięku, bo i po co.

Drugi znajomy powiedział że mój pomysł jest głupi, dzięki czemu lista moich znajomych mających coś wspólnego z elektroniką się skończyła a przy okazji skurczyła.

Byłem pewien, że odpowiednie ustrojstwo mogą dla mnie zrobić Chińczycy. Jednak po chińsku umiałem wyłącznie liczyć, niestety tylko do trzech a nie byłem gotów powierzyć swojego genialnego pomysłu komuś, kto być może mnie oszuka, sam go zrealizuje i zarobi miliony, na co właściciel budki z chińskim żarciem odparł, że jeśli mu nie powiem choćby w zarysie o co mi chodzi, to mi nie pomoże. Przedstawiłem bardzo ogólny zarys, a on odparł, że nie da rady załatwić przyjazdu najlepszych chińskich elektroników, sam się na elektronice nie zna, jego żarcie wcale nie jest chińskie lecz wietnamskie a poza tym wszystkim na jego gust to ja nie liczę po chińsku tylko po japońsku.

Czując się oszukany i nie znajdując rozwiązania dla swojego problemu porzuciłem genialny pomysł na dziesięć lat.

Siedem, może osiem lat później słowo "android" przestało przywodzić jako pierwsze skojarzenie ze znakomitym filmem lub jeszcze lepszym muzykiem**, a zaczęło się kojarzyć z systemem operacyjnym wymyślonym przez firmę płacącą blogerom za reklamy, które oni mają na swoich blogach i które można obejrzeć, jeśli się komuś spodobają, ale do których oglądania ci blogerzy nie mogą nikogo namawiać. Czyli Google.

Niestety w tym czasie akurat prowadziłem bar, starałem się sprostać idiotyzmom Sanepidu i jednocześnie próbowałem wymyślić urządzenie zmieniające pogodę z brzydkiej na ładną (lub odwrotnie, też przynosiłoby dochód), staremu pomysłowi zmiany dźwięku samochodu zaś nie poświęcając ani sekundy.
Poza tym miałem telefon firmy, która sądząc po logo zaczynała od sprzedaży używanych owoców, a na telefonach tej firmy instalowało się wyłącznie to, na co producent telefonu pozwolił i co sam wymyślił.

Przełom nastąpił rok temu.

Akurat zmieniłem choinkę zapachową w samochodzie (ponownie zapach Ferrari, tylko nowszy model) i doszedłem do wniosku, że skoro mam koreański samochód, to kupię sobie koreański telefon. 
- Arigato, świetny pomysł i10 san - powiedziała Najmilsza poprawiając kimono. (Wszystko mam koreańskie, nawet obraz, jak powiesiłem na ścianie to nie wisi prosto, tylko jakoś tak skośnie).
No więc zmieniłem telefon i tam był zainstalowany Android.

Błyskawicznie się zorientowałem, jak z niego dzwonić, mniej błyskawicznie jak w nim instalować programy i wtedy mnie olśniło. Ten telefon może robić za ustrojstwo sterujące dźwiękiem z głośników pod maską! Nie wiem jak, ale może!
- Arigato, świetny pomysł i10 san - poparła mnie Najmilsza, poprawiając wiązankę kwiatów przed ołtarzykiem Kim Ir Sena stojącym w łazience, więc wziąłem w dłoń... internet i jakiś tydzień poświęciłem na wyszukanie firm, które zrobią dla mnie odpowiednie oprogramowanie. Później do tych firm zadzwoniłem.
Że takie oprogramowanie to nie jest tania rzecz zorientowałem się po pierwszej rozmowie.
Oczywiście nie powiedziałem rozmówcy, o co mi chodzi. Przecież rozmówca zaraz po zakończeniu rozmowy pobiegłby zrealizować mój pomysł i zarobić miliony, a mi zostałaby figa z makiem.
- Potrzebuję program, który będzie rozpoznawał, na jakim biegu chodzi mikser i wyświetlał na wyświetlaczu telefonu odpowiednią cyfrę.
- Po co to panu?
- Pracuję w ośrodku dla głuchoniemych wielbicieli siekanych surówek.
- Poważnie?!
Pełna napięcia chwila ciszy...
- A oni nie mogą patrzeć na ten mikser? 
- Nie mogą, ponieważ to jest wielki mikser z zamykaną pokrywą i nie widać jak szybko się kręci, musi być cyfra na wyświetlaczu - co ja się bzdur nagadałem wypytując firmy o ich umiejętności programistyczne, to głowa mała.
- Wie pan, nie wiem, ale napisanie takiego programu to wydatek tak od trzydziestu tysięcy.
Sporo. Zbyt sporo.
- Porozmawiam z PEFRON-em, jak nam zrefundują to się do pana odezwę.

W końcu dotarłem do firmy, która mieściła się w Łodzi i współpracowała z pomysłodawcami ciekawych aplikacji na zasadzie pomysłodawca wymyśla, firma robi, zyski pół na pół.

Powiedzieli, że aplikacja wyświetlająca prędkość miksera znajdzie niewielu nabywców, więc wyznałem, że tak naprawdę nie chodzi o mikser.
- A o co?
- Nie mogę powiedzieć, bo sami to zrobicie, a ja nie zarobię.
- Rozumiemy pana obawy, przyślemy umowę o poufności - i przysłali.
Podpisaliśmy bardzo, bardzo skomplikowaną umowę o poufności wysłaliśmy sobie ją kilka razy mailami, każdorazowo nanosząc nowe poprawki mówiące co, kto i komu zrobi jeśli co, kto i komu powie, później listami poleconymi wymieniliśmy się ostateczną wersją umowy i na koniec zostałem zaproszony do biura firmy.

Z ich biura można obejrzeć całą panoramę Łodzi, budynki, kominy, znowu kominy, znowu budynki, gdzieniegdzie park, wszystko rozkopane, szału nie ma. 
Elegancka sekretarka zaprosiła mnie do sali konferencyjnej, gdzie przywitałem się z właścicielem firmy i jego doradcami. Pochwaliłem panoramę Łodzi, przedstawiłem zebranym swój pomysł i wyświetliłem prezentację, którą zakończyłem słowami:
- Sądzę, że przy cenie pięciu euro za licencję kupi to każdy, w wersji free byłby dźwięk tylko jednego samochodu, w wersji płatnej wszystkie samochody, motocykle, może czołg... bo czemu nie?

Przestali się śmiać po jakichś pięciu minutach.

Ponieważ jednak ludzie mało otwarci na genialne pomysły rzadko miewają biura, z których można obejrzeć panoramę całej Łodzi powiedzieli:
- Hej, to może być świetny pomysł! Obgadamy to, spotkajmy się jutro.

A następnego dnia pokazali mi aplikację na Androida, która robi dokładnie to, co wymyśliłem, świetnie się sprzedaje... i jest w sprzedaży od trzech miesięcy.

Prawdopodobnie mam po prostu pecha, ale może powinienem sprawdzić, czy właściciel budy z chińskim żarciem nie przylatuje do pracy helikopterem.***






Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX