#EPIZODY: Niewiarygodna lecz prawdziwa opowieść o skręcaniu szafek

1 grudnia 2013

Niewiarygodna lecz prawdziwa opowieść o skręcaniu szafek

Chociaż historia może wydać się niewiarygodna, jednak jest całkowicie prawdziwa. Zacznijmy od początku. W piątek przyszła do nas Monisia. Czy raczej do mnie, bo Najmilsza zajmowała się przebywaniem na szkoleniu w Toruniu. 
Akurat sprawdzałem w Googlach co to jest Toruń i jakie wielkie plagi go dotąd nawiedzały, gdy rozległ się dzwonek do drzwi.


- Muszę kończyć, pa - powiedziała Monisia do słuchawki po zdjęciu płaszcza, butów, założeniu kapci, pogłaskaniu Zmory i posłodzeniu sobie kawy - cześć i10.
- Cześć.
- Wiesz, że wynajęłam mieszkanie?
- Wiem - Monisia zmienia mieszkania jak rękawiczki, a jeśli wziąć pod uwagę, że latem rękawiczek nie nosi, to nawet częściej. Ostatnio przeprowadzała się w lipcu. Dwa razy.
- I w tym mieszkaniu muszę zmienić kuchnię.
- Na co?
Zapadło chwilowe milczenie.
- Jak, na co? - wyciągnęła sobie fajkę z mojej paczki.
- No, na co chcesz zmienić kuchnię?
- Na nic i10. Po prostu w tej kuchni, co jest teraz, są stare meble. Stare i brzydkie. Stare, brzydkie i krzywe. Stare, brzydkie, krzywe i... - informowała mnie Monisia próbując wykrzesać ogień z zepsutej zapalniczki.
- Dobra, rozumiem, masz paskudne meble - podpaliłem jej papierosa.
- ...no. Więc właściciel tego mieszkania, rozumiesz, umówił sie ze mną, że kupi nowe meble, pod warunkiem - zaciągnęła się dymem - że ja te meble sama poskręcam. No i kupił! - zakończyła radośnie rozpierając się w fotelu i wypuszczając siwą chmurę*
- No to poskręcaj.
- Widzisz i10. Gdybym to ja umiała... – siorbnęła kawę i zapatrzyła się tęsknym wzrokiem w dal robiąc smutną minę pod tytułem "gdybym umiała skręcać szafki, moje życie wyglądałoby całkiem inaczej".
- No. Co racja to racja... - też zapatrzyłem się w dal robiąc smutną minę pod tytułem "a gówno mnie to obchodzi, ciekawe co dzisiaj w telewizji?".
- Na szczęście ty umiesz - przerwała milczące strojenie min Monisia.
- Na szczęście dla kogo?
- Dla wszystkich. i10 nie owijajmy kota w bawełnę, ile chcesz?
- Co?
- Ile chcesz wziąć pieniędzy za skręcenie tych sześciu głupich szafek dla jedynej osoby w tej rodzinie, która cię lubi?
- Najmilsza mnie lubi.
- Dobra. Dla jedynej osoby w tej rodzinie, która cię lubi, oprócz mojej opętanej siostry.
- Sama jesteś opętana. Poza tym wasza mama mnie lubi, nazywa mnie "sympatycznym elefantem"...
- ...i oprócz mojej matki.
- Pan Tateusz pytał czy przyjdę na Wigilię...
- ... i ojca.
- To kto został? Wszyscy mnie lubią.
- Wujek Michał cię nie lubi.
- Dzwonił przedwczoraj. Chciał, żebym pojechał z nim na ryby. Nie pojadę, bo zamiast ryb pewnie będzie religijna nasiadówa.

Monisia wypuściła chmurę dymu, która ułożyła się w znak zapytania, ten znaczek, co na klawiaturze jest nad trójką, symbol procentu i błyskawicę.
- Oj dobra, po prostu powiedz, ile chcesz.
- Na kiedy te szafki potrzebujesz?
- Na już. Stoją w przedpokoju i zagracają mieszkanie. Ruszyć się nie można.
- Jutro rano przyjdę.
Monisia wyjęła telefon.
- Rano mi nie pasuje. Przyjdź... – pyk pyk po ekranie - o osiemnastej. Słodki jesteś, stawiam dobrą wódkę - przyłożyła słuchawkę do ucha - Halo, szafki załatwiłam kochana, szykuj się jutro na szoping - powiedziała, pogłaskała Zmorę, założyła buty, płaszcz, wypuściła chmurę dymu i wyszła. Chmura ułożyła się w chmurę, z której biła satysfakcja.

Zgodnie z ustaleniami następnego popołudnia spakowałem do plecaka narzędzia, wsiadłem do Matiza i pojechałem na miejsce.

Tu muszę wyjaśnić, kilka spraw.
Po pierwsze dzielnica, w której Monisia wynajęła mieszkanie nie słynie z bezpieczeństwa, zaś ulica, na którą się wybierałem dla wielu przechodniów bywa ulicą prowadzącą do szpitala i nie ma znaczenia, w którą stronę porusza się zmierzający do szpitala przechodzień. Pod koniec drogi do szpitala zwykle w ogóle przestaje się poruszać.
Po drugie, częstą przyczyną wizyt tych przychodniów w szpitalu są nieporozumienia na tle sportowym. Kibice obu łódzkich drużyn piłkarskich mają między sobą jakiś zadawniony spór, którego praprzyczyny są tak stare, że nikt ich nie zna i nawet znać nie chce. Sprawdzałem w internecie, ale jedyne co znalazłem to bardzo starą wzmiankę o tym jak jeden Żyd drugiemu nie chciał zapłacić za jabłka, poszli z tym do rabina, a ten kazał im spór rozwiązać w „sportowy sposób”, po czym obaj zwołali swoje rodzinne mazeltofy (czymkolwiek są) i zaczęli się zastanawiać o jaki sport mogło rabinowi chodzić.
Po trzecie, jeszcze większą niechęcią wspomniani kibice są uprzejmi obdarzać kibiców drużyn spoza Łodzi, szczególną atencję poświęcając zwolennikom Legii i Pogoni (z równie niejasnych przyczyn. Według internetu w czasach, gdy widzewiacy i ełksiacy stawiali pierwsze kroki w darzeniu antypatią innych miast, Szczecin nawet nie leżał w Polsce).
Po czwarte, właśnie dzisiaj miał się odbyć mecz ze szczecińską Pogonią. Co nie byłoby żadnym problemem - wszak mam cwany sposób informowania, że kibicuję Dniepropietrowskowi - gdyby nie po szóste:

Matiz ma szczecińskie tablice rejestracyjne** .

Dlatego nie zaparkowałem go na pozbawionej latarni ulicy, przy której mieszka Monisia, tylko w oświetlonym miejscu dwie ulice dalej, po czym wyjąłem plecak i poszedłem się przejść.

Był piękny listopadowy wieczór. Rześkie listopadowe powietrze niosło zapach listopadowych spalin, dymu konopii indyjskich i płonącej gumy, pewną oznakę, że niektórzy kierowcy podjarali się na zmianę opon na zimowe i jedynym ich pomysłem na wykorzystanie letniego ogumienia było zbudowanie z niego płonącej barykady. Z oddali dochodziły rześkie, urywane wrzaski pijanych kibiców, a z okien gdzieś nade mną dochodziło rześkie dudnienie listopadowej muzyki deep house.

Nie niepokojony dotarłem do klatki Monisi i powiedziawszy "dobry wieczór" leżącemu przed wejściem młodemu człowiekowi z wbitym w pierś nożem kuchennym*** , wszedłem na górę.

Przed drzwiami mieszkania Monisi stało się jasne, że to ona dba o gust muzyczny mieszkańców dzielnicy. Synkopowo nacisnąłem dzwonek starając się trafić brzmieniem pomiędzy deephouseowe rytmy.

Otworzyła mi jakaś modelka. W ustach trzymała papierosa. Wypuściła dym, który ułożył się w bardzo nieprzyzwoity obrazek.
- Jest eeee... Monisia?! Ja do eeeee... szafek! - krzyknąłem zastanawiając się czy przypadkiem z pyska nie cieknie mi ślina.
- i10? Wejdź, wejdź. Monisia się kąpie. Jestem Gosia, rozbierz się - podała mi rękę przypadkiem odsłaniając ramię, bark, pierś, brzuch, udo i stopę**** - Czekaj, ściszę to - Gosia zniknęła w głębi mieszkania, po czym muzyka nieco przycichła - czego się napijesz?!
- Czekaj, wychodzicie gdzieś?! - rzuciłem plecak i ściągnąłem kurtkę.
- Nie, czemu? – wróciła ze szklanką.
- To po co Monisia się kąpie? - zdjąłem bluzę.
- Mamy ci pomagać z szafkami, może być wódka?
- Czekaj eeee... Gosia - ściągnąłem podkoszulek***** - Kto mi ma pomagać z szafkami?
- No, ja z Monisią.
- Dobra, a gdzie te szafki?
- O tu - wskazała oparte koło mnie o ścianę kartony - przynieść wódkę?
- Nie. Najpierw musimy te szafki zanieść gdzieś, gdzie będziemy je składać. W przedpokoju będzie niewygodnie.
- Pomóc ci?
Zmierzyłem ją wzrokiem.
- Tak. Odłóż to, schyl się i złap o tutaj******.
Przenieśliśmy wszystkie kartony do pokoju balkonowego co było dla mnie okazją do sześciokrotnego podziwiania... mieszkania. Na koniec dołączyła do nas Monisia.
- No, i10, to jest Gosia, postanowiłyśmy ci pomóc, czego się napijesz?
- Poznaliśmy się, co wy tak z tym piciem?
- i10, jest sobota, a my postanowiłyśmy, że skoro nigdzie nie wychodzimy, będziemy jednocześnie skręcać szafki i poimprezujemy. Przeszkadza ci to?
- Nie bardzo, polejcie.

Dwie godziny i pół litra później skręcone były trzy szafki, a dziewczyny doszły do wniosku, że nie odpowiada im rola trzymaczy i podawaczy.
Staliśmy na balkonie i wsłuchiwaliśmy się w późnowieczorne wycie sklepowego alarmu.
- Wiesz co i10, teraz my będziemy same skręcać, ty będziesz nam mówić co mamy robić, usiądziesz sobie i będziesz polewać, dobrze?
Cóż miałem począć, zgodziłem się.

I to jest właśnie fragment historii, który może się wydawać zmyślony, a jest prawdziwy jak moje ubiegłoroczne zeznanie podatkowe. Chociaż nie tak śmieszny.

Bo ja sobie usiadłem, wziąłem drinka i kolejne trzy godziny obserwowałem, jak dwie piękne dziewczyny skręcają szafki kuchenne od czasu do czasu podrzucając im instrukcje typu "weź teraz tamtą część", "mocno dociśnij wkrętarkę", "całym ciałem dociśnij, nie bój się", "młotek się trzyma za drugi koniec", "ładnie wam to idzie" oraz "polałem, wypijcie".

Skończyliśmy przed północą.

Paliliśmy na balkonie papierosa obserwując ludzi wynoszących ze sklepu kartony przez wytłuczoną szybę wystawową.
- Ładne te szafki wyszły - Monisia czknęła i wypuściła chmurę dymu, która ułożyła się w napis "lol".
- Spoko, jutro poprawię. I tak muszę wrócić po samochód.
- Czemu?... a tak, piłeś - zachichotała mocno wstawiona Gosia - słuchajcie idziemy gdzieś potańczyć?
- On nie może - pokazała na mnie Monisia - bo to pantoflarz. i10, jak Najmilsza ci pozwoli to pójdziemy? - zaśmiała się.
- Kogo nazywasz pantoflarzem? - wypiąłem pierś - idziemy potańczyć! - po czym zadzwoniłem do Torunia powiedzieć, że postanowiłem iść na imprezę, a... skohojuszotymrozmawiaamy.. to chciaaaem zapytaś szymoge iś.

Ponieważ Monisia odebrała mi słuchawkę i obiecała, że będzie mnie pilnować - z Torunia otrzymałem pozwolenie (nie, żebym go potrzebował) po czym poszliśmy. Za długo nie siedzieliśmy, bo wszyscy mieli zdrowo w czubie, najwęcej Gosia. Koło trzeciej Monisia zawinęła ją do domu, ja do siebie wróciłem koło czwartej.

Szafki poskręcałem we właściwy sposób na drugi dzień. Poprawiania w sumie było niewiele, kilka drzwiczek założonych do góry nogami, brak pleców, zbędne nóżki w wiszących szafkach, brak nóżek w stojących, no i wszystkie uchwyty przykręcone od wewnątrz. O ile pamiętam te uchwyty miały na celu "uniemożliwienie otworzenia szafek przez osoby niepowołane". 
Dłuższą chwilę zajęło mi odkręcenie zlewozmywaka robiącego w wiszącej szafce za "artystyczne i bardzo nowoczesne drzwiczki". Durszlak przykręcony na stałe do wnętrza tej samej szafki zostawiłem na pamiątkę.
W tym czasie dziewczyny chodziły z ręcznikami na głowach i błagały, żebym nie używał wkrętarki. I mówił szeptem.

Później poszedłem po Matiza. Stał tam, gdzie go zostawiłem, opodal dwóch grup miłośników krajobrazu, podnoszących kawałki tego krajobrazu i rzucających do siebie w celu obejrzenia. Chociaż Matiz miał mniej lusterek niż gdy go zostawiałem to w zamian miał na masce o jeden napis "Widzew" więcej. Zmyje się, a lusterko i tak było potłuczone. Kupując od razu dwa, pewnie dostanę zniżkę.

Monisia chce, żebyśmy w przyszłym miesiącu przykleili w jej łazience kafelki. Tym razem do pomocy ma oprócz Gosi ma przyjść jeszcze jej siostra bliźniaczka.


Poniżej powinny się pojawić nowe przyciski udostępniania, do korzystania z których zachęcam.


>

Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX