#EPIZODY: O gęsiach

10 listopada 2013

O gęsiach

Ostatni miesiąc spędziłem w Szczecinie, gdzie zostałem zaproszony w charakterze dekoratora wnętrz. Konkretnie miałem udekorować betonowe ściany pewnego domu kafelkami.


Jako, że od początku mój pomysł na dekorację podłogi bardzo kubistyczną wizją przyklejonego do podłogi adidasa nie przypadł do gustu właścicielom mieszkania, sporą część czasu spędziłem na próbach oderwania ozdoby, a następnie na próbach oderwania podeszwy ozdoby.
Niestety właściciele również do pomysłu dokręcenia do podłogi mosiężnej tabliczki z wygrawerowanym napisem "Podeszwa", i10, 2013" podeszli z wyraźnym brakiem zrozumienia kierujących mną intencji, więc przez kolejne dwa dni koncentrowałem się na eleganckim zamaskowaniu pozostałej po wykuciu podeszwy ozdoby dziury. Wyszło jak wyszło, nie w tym rzecz.

Rzecz w tym, że podróż do Szczecina była podróżą życia.

Przede wszystkim, pojechałem autobusem. Nie napiszę jakich linii, bo nic w tej podróży nie było zasługą firmy przewozowej. Wszystko było zasługą kierowcy, ale zacznijmy od początku.

Autobus przyjechał na czas. Czekało na niego kilkanaście osób, w tym ja z przewieszonym przez ramię jutowym workiem. W worku zapakowaną miałem kielnię (którą kupiła a następnie ze słowami "jedź, muruj, a bez pieniędzy nie wracaj" wręczyła mi Najmilsza), jakieś ubrania no i zniszczone robocze adidasy. Prawy z nich miał się stać niedługo później istotnym i niepokojąco widocznym elementem bardzo nowoczesnej łazienki, w której woda miała lecieć na zaprogramowane hasło (miało być "woda", ale jak na koniec z właścicielem opijaliśmy robotę to wraz z nim ustawiliśmy coś typu "nociurkajkurwa", kupa śmiechu była, trochę mniejsza będzie jak jego dzieci będą jakiś czas chodzić brudne, bo wtedy akurat ustawialiśmy w łazience dzieci a łatwo to się tego hasła nie przestawia).

Więc ja z workiem, kilkanaście osób, wśród nich babcia starowinka z chrustem na plecach i gęsią wystającą z koszyka. Nie, wygłupiam się, bez gęsi, bez chrustu. Normalna staruszka, ze słuchawkami na uszach, zaś ze sposobu w jaki odwracała głowę wywnioskowałem, że nie nosi słuchawek, żeby posłuchać lub dać posłuchać swojej gęsi Tupaka, tylko po prostu niedosłyszy.
I jak ten autobus przyjechał (na czas), to kierowca wysiadł, podszedł do staruszki i zaprosił ją do autobusu jako pierwszą.

A później stanął na schodku i powiedział:
– Dobry wieczór. Bagaże pasażerów podróżujących do Szczecina włożymy z tamtej strony autobusu, a z tej umieścimy bagaże tych z państwa, którzy wybierają się bliżej.
Po czym wyjął z kieszeni eleganckiej marynarki rolkę taśmy do znakowania bagaży, marynarkę zdjął i zawiesił na lusterku i przystąpił do oznaczania bagaży i pakowania ich do luku... bagażowego.
Każdy pakunek otrzymał naklejkę, a każdy pasażer potwierdzenie przyjęcia. Poczułem się jak w samolocie. Bagaże też poczuły się jak w samolocie. Oklejone naklejkami wyglądały bardzo samolotowo i profesjonalnie (może oprócz jednego jutowego worka).
Zapakowawszy nasze rzeczy wszyscy rozsiedliśmy się na miejscach, dzięki niewielkiej ilości podróżujących każdy miał do dyspozycji co najmniej dwa fotele prócz babci na końcu, którą kierowca wpuścił wcześniej, jak się okazuje po to, żeby mogła zająć cały rząd foteli na tyle. Siedziała bardzo zadowolona głaszcząc swoją gęś.

Skojarzenie z samolotem wzmogło się, gdy kierowca stanął na środku i powiedział.
– Witam państwa na pokładzie autobusu do Szczecina linii XXX. Zacznijmy od sprawy najważniejszej – lekko podniósł głos żeby przyciągnąć naszą uwagę – kto z państwa chce poduszkę?
"Co?!" myślałem, że się przesłyszałem, więc wychyliłem głowę, podobnie jak ja zrobiło sporo głów. Kierowca stał i trzymał w ręku podniesioną nad głowę poduszkę. "Jedną ma? A co mi tam, chętnie wezmę" – podniosłem rękę do góry. Nie tylko moja ręka zawisła w powietrzu, no to kurde, nie wylosuję poduszki.
Wtedy kierowca policzył uniesione ręce (osiem) otworzył jakiś pojemnik obok siebie, wyjął osiem poduszek, podszedł i dał każdemu po jednej. Co ciekawe, każda poduszka była inna. Mi się trafiła z naszytą żółtą kaczką. Na żadnej nie było loga firmy, do której należał autobus dlatego jestem pewien, że poduszki, jak i wszystkie inne wydarzenia podczas tej podróży wynikały z inicjatywy kierowcy i właśnie dlatego nie będę robił tej firmie reklamy. Tym bardziej, że kibel nie działał.
Kierowca rozdawał poduszki, a pasażerowie patrzyli na siebie z niedowierzaniem, oszołomieni. Naprawdę? Poduszki nam dał? Gdzie jest ukryta kamera?
Rozdawszy poduszki Pan Kierowca, bo gość zasługuje, żeby go pisać wielką literą stanął na początku pojazdu i rzekł:
– Nazywam się Janno Wak, będę państwa kierowcą i wyruszymy za dwie minuty.

Następnie podał czas przybycia do poszczególnych miejscowości na trasie, poinformował o planowanych postojach, ze smutną miną przeprosił za niedziałającą toaletę, pocieszył wszystkich informacją, że w miejscach postojów można załatwić wszystkie potrzeby oraz podał koszt potrzeb w poszczególnych miejscach.

Czyli, na przykład, że w Poznaniu z toalety będzie można skorzystać na dworcu, koszt to pięć złotych, bo to przecież Poznań, ha ha, ale jak przejść na drugą stronę ulicy, to tam jest druga toaleta płatna tylko złotóweczkę, ponadto jeśli pierwsza osoba przytrzyma drzwi drugiej osobie drzwi, to druga osoba nie będzie musiała wrzucać złotówki, druga przytrzyma trzeciej i tak dalej a tym systemem moglibyśmy załatwiać się w kółko przez kilka dni cały czas za tę pierwszą złotówkę, jednak prosi, żeby tego nie robić, bo postój będzie trwał tylko czterdzieści minut.
Dodał, że wystarczy przejść przez ulicę, aby znaleźć stację benzynową, zaopatrzoną w napoje, słodycze i przyrządzającą doskonałe hotdogi, zwrócił uwagę, by idąc na tę stację być ostrożnym, trzeba sprawdzić, czy coś nie jedzie, bo jest to ruchliwe miejsce w Poznaniu, choć – rozejrzał się po obserwujących go twarzach – nigdy o 3 w nocy, a o tej godzinie tam będziemy.
Później kierowca podszedł do każdego z pasażerów i sprawdził, czy podłokietniki są podniesione i zabezpieczone w pozycji zamkniętej, co jest, jak wyjaśnił, wymogiem bezpieczeństwa.
Na koniec zapytał czy jest nam wygodnie i pojechaliśmy.

Po starcie na prośbę jednej z pasażerek pan Wak zgasił światło, a na prośbę drugiej zapalił oświetlenie punktowe, by ta druga mogła poczytać swoją gazetę (sądząc po stroju "Poradnik Nazisty"). Ponieważ oświetlenie nad fotelem esesmanki nie działało a tej pierwszej działało, panie na sugestię kierowcy zamieniły się miejscami. Wszystko odbyło się w sympatycznej atmosferze, kierowca spełnił obie prośby a następnie rozwiązał problem chętnie i z uśmiechem.
Pewnym zgrzytem mogła być dramatyczna śmierć gęsi, ale ponieważ, jak już napisałem żadnej gęsi nie było, nie było też pewnego zgrzytu.

Na każdym postoju kierowca przypominał, ile czasu postój będzie trwał, gdzie jest toaleta, ile trzeba za nią zapłacić i gdzie można kupić napoje, jedzenie, lub fajki jeśli komuś zabrakło. O fajkach to mówił konkretnie do mnie, bo byłem jedyną palącą osobą i pan Wak najwyraźniej doszedł do niesłusznego wniosku, że niebawem mi się skończą.
Dwukrotnie doszło do przedłużenia postoju z winy spóźniającej się esesmanki, krótkiego przedłużenia, może kilkuminutowego, co jednak nie zdenerwowało ani kierowcy ani pozostałych pasażerów. Nikt nie zaproponował, by zostawić esesmankę tam, gdzie robi te swoje esesmańskie rzeczy jakiekolwiek by one nie były i ruszać bez niej. Ba! Nikt nawet o tym nie pomyślał.
A na kolejne postoje dojeżdżaliśmy o czasie.
W Szczecinie byliśmy na końcu.
Kierowca wydając bagaże sprawdzał numerki, każdemu dziękował za podróż, podał zapowiadaną pogodę i życzył miłego dnia.

No i tyle.

Dopiero na przystanku tramwajowym klepiąc się po kieszeniach zorientowałem się, że zostawiłem na siedzeniu autobusu lakistrajki. Gdybym kupił nową paczkę, gdy mi to doradzał pan Wak, teraz miałbym co palić.
Bardzo, bardzo miło wspominając podróż dotarłem do miejsca robót kafelkowych i już pierwszego dnia podczas sprawdzania wytrzymałości kleju pozbawiłem się połowy wszystkich roboczych butów, jakie ze sobą zabrałem. Ale nie o tym jest historia.

Chodzi o to, że jak się jedzie autobusem, to trzeba mieć zgięte nogi a później właściciela owych nóg bolą kolana. Przynajmniej mnie bolą. Ponadto miesiąc czasu spędziłem na klęczeniu nad kafelkami, lub na kucaniu nad klejem, lub na pochylaniu się nad swoim własnym ciężkim losem.

Włąśnie z tej przyczyny w drogę powrotną wybrałem się Polskimi Kolejami Państwowymi, których skrót z jakiejś podejrzanej przyczyny brzmi TLK, chciałem po prostu pojechać z wyciągniętymi nogami, żeby nie bolały mnie kolana.
Kupując bilet z przesiadką w Kutnie zapytałem, z którego peronu odjeżdża pociąg z Kutna, bo na przesiadkę miałem siedem minut.
– A nie wiem – zacharczała przez głośnik kasjerka na szczecińskim dworcu i trzasnęła wyłącznikiem.
Informacji tej nie posiadał również ponury konduktor.
Miejscówki sprzedawane były po kolei (bo to kolej wszak), czyli najpierw zapełniano pierwszy przedział, potem drugi i tak dalej, dzięki czemu mój przedział był pełny, podobnie kilka następnych, a dalej rozpoczynały się puste.
Ponury konduktor sprzeciwił się mojej zmianie miejsca, "bo nie po to są miejscówki, żeby każdy siadał gdzie chce". Przez większą część drogi siedziałem z podkulonymi nogami naprzeciwko jakiejś staruszki. Nie mogłem wyciągnąć nóg, ponieważ staruszka pod siedzeniem trzymała trumnę*.
Ponieważ okno w przedziale miało szczelinę, którą dzięki staraniom pasażerów udało się odrobinę powiększyć (chociaż zamierzenia były odwrotne), w przedziale było najzwyczajniej w świecie zimno. No to gdzieś od Poznania jechałem na korytarzu, przynajmniej nogi miałem proste i tak nie zasnąłbym przy tym ciągłym gęganiu.

A w Kutnie okazało się, że moje pytania o peron, z którego odjeżdża pociąg do Łodzi były durne i bezsensowne, ponieważ pociąg uciekł.
Mieliśmy siedem minut spóźnienia i choć ten pociąg zazwyczaj czeka na pasażerów przesiadających się ze Szczecina, to żeby czekał niezbędne jest zawiadomienie obsługi pociągu o spóźnieniu. Kto miał zawiadamiać? Pewnie ja, pani w informacji dworca tego nie wiedziała.
Na kolejny pociąg do Łodzi czekało na kutnieńskim (mam nadzieję, że dobrze to napisałem) dworcu pięć osób. I gęś.
Dla zabicia czasu opowiedziałem właścicielce gęsi, jak wyglądała podróż w tamtą stronę, a ona mi opowiedziała o swoim wnuczku, który siedzi w więzieniu, więc chyba nie zrozumiała, o czym mówię.
I wtedy pomyślałem, że przy najbliżeszej okazji wydarzenia te opiszę, bo warto wiedzieć, że jeśli trzeba  podróżować z Łodzi do Szczecina lub z powrotem, to raczej należy wybrać się w tę podróż autobusem. Obojętnie, czy podróżujemy z gęsią czy bez.




Copyright © By i10 · Powered By Blogger · Helpful Spirit RedFoX

XXXXX